REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kultura

Muzyka

Satynowy rock Bon Jovi

Paulina Wilk 08-11-2009, ostatnia aktualizacja 08-11-2009 23:54
on Bon Jovi zapowiedział, że podczas dwuletniej trasy koncertowej trzy razy zagrają  na stadionie Meadowlands w East Rutherford, rodzinnym mieście lidera grupy (fot. Mel Evans)
źródło: AP
on Bon Jovi zapowiedział, że podczas dwuletniej trasy koncertowej trzy razy zagrają na stadionie Meadowlands w East Rutherford, rodzinnym mieście lidera grupy (fot. Mel Evans)
Bon Jovi the circle Universal Music 2009
źródło: Rzeczpospolita
Bon Jovi the circle Universal Music 2009

Od 25 lat grają takie same piosenki. Nowa płyta to dowód, że nie muszą się zmieniać. Miłość fanów nie słabnie

Zwykle wygląda to tak: stadion, 60-tysięczna publiczność, krzyk, a na scenie czterech przaśnych rockmanów, którzy wciąż noszą skórzane spodnie, rozpięte koszule i mają obnażone torsy. Ścięli włosy, choć klawiszowiec David Bryan zachował przedłużoną wersję tzw. mokrej włoszki. Od lat 80. wiele się wydarzyło w muzyce i modzie, ale członkowie Bon Jovi są zbyt bogaci i popularni, by zawracać sobie tym głowę.

Mają fatalną prasę i najwierniejszych fanów na świecie. Sprzedali ponad 120 milionów płyt, a dziś do sklepów trafi ich dziesiąty album „The Circle”.

Nie zaszkodziła im internetowa rewolucja ani światowy kryzys finansowy. Od ćwierć wieku grają dla tłumów – od Nowego Jorku po Abu Dhabi. Są w pierwszej piątce najczęściej występujących grup świata. W lutym rozpoczną wielką podróż – dwuletnie tournée ze 135 przystankami w 30 krajach. Latem dadzą serię koncertów w londyńskiej O2 World. Bilety od dziś w sprzedaży.

W zeszłym tygodniu zespół przyjechał do Londynu na dwa kameralne koncerty. O środowym, odbywającym się w studiu BBC 2, pisały wszystkie brytyjskie dzienniki. O czwartkowym, który miał miejsce w małej salce British Music Experience na najwyższym piętrze hali O2, wiedziało tylko 200 fanów, którzy przyjechali z całej Europy.

Muzycy, zwykle biegający po wysokiej na kilka metrów scenie, byli na wyciągnięcie ręki. Ale i tak grali bombastycznie, jakby mieli przed sobą gigantyczny tłum. Potężne brzmienie zagłuszało śpiew Jona. Na powitanie krzyknął: – Witajcie w barze! Nawiązał w ten sposób do dawnych dni, gdy jako młodzi muzycy zarabiali w małych lokalach. Jednak teraz członkowie Bon Jovi, choć wszyscy pochodzą z małego miasteczka w New Jersey, nie umieją już zrezygnować ze swej wielkości.

Wszystko w ich występie było totalne, popisowe, przerysowane. Nawet w piosenkach opowiadających o bezrobociu czy zagubionych chłopakach z zapadłej mieściny Ticco Torres walił w bębny, jakby chciał postawić na nogi Madison Square Garden, a Sambora zamaszyście wywijał ramieniem nad gitarowym gryfem. Bon Jovi to supergwiazda w rozmiarze XXL gotowa na spotkanie z całym światem, a nie pojedynczym człowiekiem.

W lutym rozpoczną dwuletnie tournée. Zagrają w 135 miejscach w 30 krajach

Na sekretnym londyńskim występie zjawili się punktualnie, gładko ogoleni, w wyprasowanych T-shirtach. I od razu stało się jasne, że nie będzie ostrego grania, tylko poprawne wykonania poprockowych piosenek w identycznych jak na płycie wersjach. Między słodkimi melodiami pojawiło się kilka gitarowych solówek, ale Richie Sambora to nie szalony Keith Richards, grał zaplanowane nuty i szybko usuwał się w cień. Wybrane na ten wieczór piosenki – kombinacja starych przebojów i premierowych utworów – były idealnie skomponowane, tyle że przewidywalne i nudne. Ale chyba tylko mnie to przeszkadzało. Gdy Jon Bon Jovi obiecywał, że dziś w nocy będzie moim supermanem, znużona rozglądałam się za wolnym krzesłem. Tymczasem stłoczone pod sceną kobiety w wieku od 20 do 50 lat piszczały wniebowzięte. Magia Jona trwa. Jest niezmienna jak on sam.

Lider Bon Jovi to skuteczny muzyczny populista. Potrafi pogodzić interesy gospodyń domowych, twardzieli z prowincji i czekających na pierwszą miłość nastolatków. Wygląda jak piękniś z plakatu. W rzeczywistości działa jak kalkulujący biznesmen. W filmie dokumentalnym „When We Were Beautiful”, nakręconym w czasie ostatniego tournée, mówi: – Jestem dyrektorem zarządzającym od ponad 20 lat potężną organizacją.

Dzień po koncercie na spotkanie z dziennikarzami przyszedł z miną przedsiębiorcy i choć starał się być uprzejmy, bezustannie bębnił palcami w stół, odliczając każdą sekundę. Pytany o ocenę rządów Baracka Obamy odpowiedział, jakby miał na myśli siebie: – Jest bardzo zajętym facetem i dźwiga potężną odpowiedzialność. To nie jego wina, że ludzie oczekują od niego cudów.

Towarzyszące zespołowi od zawsze ironiczne recenzje skwitował krótko: – Ludzie są zawistni, nie mogą znieść tego, że nam się udało.

Co innego Sambora, wygodnie rozparty na hotelowej sofie, odprężony i uśmiechnięty. – Nie martwię się o naszą przyszłość – mówi. – W trudnych dla muzyki czasach jesteśmy po bezpiecznej stronie, bo udowodniliśmy już, że potrafimy przetrwać. Mamy szczęście, kochamy grać i mamy dla kogo.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Filmowe tajemnice Sasnala

Wybitny malarz i jego żona Anka sami zdobyli pieniądze na pierwszy film, który jest wydarzeniem artystycznym >>