Publicystyka

Ze słabym nie liczy się nikt

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Rząd powinien z Litwą postępować ostrzej. Powinien rozważyć posunięcia naprawdę dla Wilna bolesne – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
„Usiądźcie z nami do stołu! " – wzywa Polaków litewski publicysta Eldoradas Butrimas, obciążając zarazem stronę polską odpowiedzialnością za obecne pogorszenie relacji między Warszawą a Wilnem. Korespondent „Lietuvos Rytas" podkreśla zwłaszcza decydującą i – jego zdaniem – złowrogą rolę obecnego polskiego rządu, a personalnie ministra Sikorskiego.
Jest tu notabene zgodny z częścią polskich prawicowych polityków i komentatorów, skłonnych nie tylko do walenia w gabinet Tuska z każdej broni, jaka wpadnie im w ręce, ale też do sugerowania rządowi zdrady narodowej i odgrywania roli de facto rosyjskiej agentury. Pogorszenie relacji z Wilnem miałoby być w myśl tych koncepcji celowym niszczeniem giedroyciowsko-prometejskiej wizji polskiej polityki zagranicznej i świadomym działaniem na rzecz Rosji. Wspomniani politycy i komentatorzy piszą i mówią to niemal wprost, Butrimas jest ostrożniejszy, ogranicza się do aluzji.
Rządy Platformy uważam za złe, minister Sikorski nie jest, niestety, wyjątkiem od tej reguły. Mimo to muszę powiedzieć jasno: akurat działania w sprawie relacji z Litwą uważam za jaśniejszy punkt w dokonaniach i ministra, i całego gabinetu. A jeśli miałbym rząd wzywać do jakiejś zmiany postępowania w tej materii, to z całą pewnością nie postulowałbym jego łagodzenia. Odwrotnie – doradzałbym więcej ostrości, rozważenie posunięć realnych, wychodzących poza sferę dyplomatycznej symboliki. Posunięć naprawdę bolesnych dla Wilna.

20 lat zwodzenia

W dziedzinie relacji z Litwą Butrimas stawia Polsce za wzór postępowanie Niemiec wobec naszego kraju. „Polska była słabszą stroną, a ta mocniejsza – Niemcy – okazała się bardzo hojna, wyrozumiała i cierpliwa". Zauważmy, że po upadku komunizmu Polska w ciągu kilku lat zrealizowała w odniesieniu do mniejszości niemieckiej (ale nie tylko niemieckiej) wszystkie standardy Unii Europejskiej. Natomiast co do sugerowanego przez dziennikarza „Lietuvos Rytas" rzekomego niedostatku polskiej cierpliwości, to przypomnijmy choćby, że traktat polsko-litewski został podpisany w 1994 roku, czyli niemal 20 lat temu. A przewiduje on m.in. zapewnienie obywatelom obu krajów możliwości „używania swych imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej". Przez niemal 20 lat kolejne rządy i sejmy litewskie nie zrealizowały tego zobowiązania, przy czym czyniły to niejednokrotnie w sposób demonstracyjny. Trudno inaczej określić choćby odrzucenie przez litewski Sejm ustawy umożliwiającej litewskim Polakom zapisywanie nazwisk w dokumentach w formie oryginalnej w kwietniu 2010 roku. Dokładnie w dniu wizyty w Wilnie Lecha Kaczyńskiego – polityka bardzo oddanego idei budowania mostów między Polską a jej wschodnimi sąsiadami. Jeśli coś takiego nie jest wrogą manifestacją, to nie wiem, jaki akt można byłoby określić tym mianem. Brak zgody na umożliwienie Polakom zapisywania nazwisk w oryginalnej pisowni Butrimas wiąże z faktem, iż... Warszawa nie chce przeprosić Litwinów za zajęcie Wilna przez Żeligowskiego w 1920 roku. Nasuwają się tu dwie refleksje. Pierwsza, mniej ważna, dotyczy samego tego postulatu. Jest on absurdalny podwójnie. Absurdalny merytorycznie, odebranie bowiem obcemu krajowi ziemi i miasta, zamieszkanych wówczas w zdecydowanej większości przez Polaków, nie było działaniem, z którego powodu ktokolwiek miałby kogokolwiek przepraszać. I absurdalny ideologicznie. Wpisująca się bowiem w mainstream politycznej poprawności obsesja przepraszania wszystkich przez wszystkich za wszystko, co działo się w przeszłości, prowadzi do jawnych niedorzeczności (kiedy doczekamy się przeproszenia przez rząd Republiki Włoskiej narodu Izraela za zburzenie Świątyni Jerozolimskiej...?) i jest przejawem dążenia do powszechnego ujednolicenia wizji przeszłości, dążenia pachnącego intelektualnym totalizmem. Co jednak znacznie ważniejsze – łączenie wyrażenia zgody na realizację praw człowieka (a umożliwienie zapisywania własnego nazwiska zgodnie z zasadami pisowni własnego języka jest prawem człowieka) z ustępstwem w jakiejś innej dziedzinie jest działaniem absolutnie sprzecznym z europejskimi i szerzej – zachodnimi – standardami. Tak jak złamaniem standardów byłoby, gdyby np. strona polska, w odpowiedzi na wrogie posunięcia Litwinów, zaczęła zamykać litewskie szkoły w Sejneńskiem. Byłoby to oburzające – i uzależnianie zgody na polską pisownię nazwisk od czegokolwiek jest oburzające w dokładnie takim samym stopniu.

Hakata?

A sprawa nazwisk nie jest jedyną, w której strona litewska prowadzi konsekwentnie antypolską politykę. Aktualna jest kwestia polskiego szkolnictwa. Mniejszość polska (a także rosyjska) są w całości zdania, że nowa ustawa pogarsza sytuację szkolnictw narodowych. Władze litewskie krytykuje nawet tak umiarkowany polsko-litewski polityk jak Czesław Okińczyc. Europejskie standardy nakazują uwzględnianie wrażliwości mniejszości narodowych i chronienie ich przed działaniami asymilatorskimi. A mniejszości uważają reformę edukacyjną za w swoich konsekwencjach, jeśli nie celach, asymilatorską właśnie. Kwestia podwójnych nazw ulic i miejscowości, zamieszkanych przez zwarte mniejszości, to standard w Europie, również w Polsce. Wystarczy przejechać się pod Gogolin albo i na tereny zamieszkane przez polskich Litwinów. Na Wileńszczyźnie jest to zakazane, próby samowolnego wieszania podwójnych tablic grożą grzywną. Wreszcie – sprawa restytucji własności ziemi. Przypomnijmy – przez cały okres, który minął od odzyskania niepodległości, władze litewskie w różny sposób, stosując rozmaite urzędnicze techniki, utrudniały odzyskiwanie podwileńskiej ziemi przez miejscowych Polaków. Ziemia ta często trafiała natomiast w ręce przybywających do i pod Wilno Litwinów z innych regionów kraju. Polakom natomiast – na mocy niemającej precedensu w innych państwach ustawy o „przemieszczeniu" – w zamian za odebraną w okresie radzieckim działkę podwileńską oferowano ziemię na odległych terenach, na których polskiej mniejszości nie ma. Ta metoda miała swoje apogeum w latach 90., teraz jest już rzadka, ale wileńscy Polacy nadal mają problemy z odzyskaniem ziemi po dziadkach, a wszystkie praktyki władz litewskich doprowadziły do znaczących zmian w polskim i litewskim stanie posiadania. Czy przypadkiem władze litewskie w sposób ciągły nie łamały i nie łamią konwencji Rady Europy zakazującej rozpraszania zwartych skupisk mniejszości narodowych metodami administracyjnymi? A mówiąc górnolotnie – czy wielką przesadą byłoby użycie w tym kontekście określenia: polityka typu Hakaty?

Nie ulegać szantażowi

Taką wyliczankę można by kontynuować. Kolejne rządy litewskie nie wywiązywały się z kolejnych zobowiązań w bardzo wielu sprawach. A nie wywiązywały się, bo miały słuszne poczucie całkowitej bezkarności, oparte na następującym aksjomacie: „Możemy z Polakami – i z Polską – postępować tak, jak chcemy. Polska i tak ma związane ręce, nic nam nie może zrobić, no bo przecież dobrze wie, że czyha Rosja...". I kolejne polskie rządy ulegały temu niewerbalizowanemu szantażowi. A uleganie szantażowi zawsze rozzuchwala szantażystę. Kolejne polskie rządy popełniały też inny błąd. Kierowały się założeniem, że jak wystarczająco długo będzie się w rękawiczkach podchodzić do wrażliwości Litwinów, to oni w końcu zrozumieją, że Polska niczym im nie zagraża (granice są uznane, Wilno jest stolicą Litwy i każdy normalny człowiek wie, że tak będzie już zawsze) i zmienią swoją politykę. Tymczasem polska ustępliwość była po prostu uznawana za dowód słabości. I wbrew pozorom wcale nie pomagało to w realizowaniu polskich ambicji wspierania państw poradzieckich w drodze na Zachód. Bo pomińmy już nawet fakt, że polskie starania o wsparcie Litwy w tej dziedzinie nie spotykały się z dobrą wolą Wilna (Orlen został z Możejek wypchnięty w dużej mierze przez litewskie koleje, również plany polskiego zaangażowania w budowę litewskiej elektrowni jądrowej spełzły na niczym, m.in. na skutek postępowania strony litewskiej). Ważniejsze jest coś innego. A mianowicie to, że aby odegrać w polityce międzynarodowej jakąś większą rolę, trzeba być uznanym za podmiot silny. A kraj, który przez prawie 20 lat nie potrafi w relacjach z innym, mniejszym załatwić sobie realizacji ważnych dla siebie (i formalnie uznanych przez mniejszy podmiot!) postulatów, nie będzie uznany za szlachetny, tylko za słaby. Będzie za taki uznany i w Wilnie, i w Mińsku, i w Kijowie. I również w Moskwie.

Pisał w Opiniach

Eldoradas Butrimas "Usiądźcie z nami do stołu" 19 marca 2012
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL