„Strach” cofnął dialog o całą epokę

aktualizacja: 18.01.2008, 19:27
Foto: Rzeczpospolita

Dobrze byłoby, aby polskie środowiska żydowskie, które od lat apelują o walkę z krzywdzącymi uproszczeniami na swój temat, dziś odniosły się krytycznie do takich uproszczeń dotyczących Polaków – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Przed chwilą skończyłem lekturę „Strachu” Jana Tomasza Grossa. Teraz już rozumiem, dlaczego ta książka budzi tak sprzeczne opinie. Dlaczego jedni recenzenci bagatelizują jej wady, inni nie zgadzają się, by nawet najszczytniejsze intencje autora zwalniały go z obowiązku dbałości o historyczny warsztat i szacunku dla cudzej wrażliwości.
To ponura lektura. Ponura w dwóch zupełnie różnych znaczeniach. Ponury jest temat – tragiczny los Żydów, którzy zginęli po wojnie wskutek zdziczenia obyczajów, wskutek obaw współobywateli, że dawni mieszkańcy upomną się o swój majątek czy też za przyczyną tezy, że „każdy Żyd to komunista”.
Krytyczny czytelnik z jednej strony, mierząc się z tak trudnym tematem, pragnie uszanować moralną pasję Grossa i zachować dobrą wolę. Z drugiej jednak trudno mu nie zadać sobie pytania o rzetelność autora przy ocenie skali zbrodniczych incydentów i o prawdziwość przedstawianego w książce historycznego kontekstu wydarzeń. O przyczyny niejasności lub uproszczeń.
Tymczasem młody człowiek, który nie zna publikacji o wprowadzaniu siłą komunistycznej władzy, z książki Jana Tomasza Grossa wyniesie wrażenie, że mordów na Żydach dokonywano w kraju, w którym nikogo innego nie mordowano, nie ścigano i nie katowano.
Żydzi od wieków wiedzą, jak niepokojąco brzmią uogólnienia pod ich adresem: „Żydzi oszukują chrześcijan”, „mają podwójną moralność”
„Strach” chciałoby się podzielić na dwie części. Pierwszą, zbudowaną z relacji o mordach na Żydach po wojnie, skonfrontować z rzetelną kwerendą archiwalną, weryfikując wspomnienia ocalałych. Po to, żeby lepiej naświetlić wydarzenia, które należą do żydowskiej martyrologii i które polscy czytelnicy powinni poznać.
Druga część książki, która nie pomoże w recepcji pierwszej – to fragmenty zawierające podejrzenia autora co do złych skłonności większości Polaków. Szkoda, że ktoś nie doradził Grossowi, aby wiele z tych prowokacyjnych lub jątrzących tez wyrzucił do kosza. Bo mogą się położyć cieniem na i tak niełatwy dialog polsko-żydowski i katolicko-żydowski.
Okazuje się jednak, że można tę książkę rozumieć zupełnie inaczej. Tak, jak czytają ją przychylni Grossowi recenzenci. Z ich interpretacji dowiedziałem się, że waga tematu, jakim były zabójstwa Żydów po wojnie, usprawiedliwia wszystkie chwyty. Autorzy „Gazety Wyborczej” Marek Beylin czy Joanna Tokarska-Bakir ułatwiają sobie sprawę, nawet nie polemizując z krytycznymi wobec książki uwagami historyków. Słyszymy opinie, że bez sprowokowania polskiego czytelnika książka nie przebiłaby się do opinii publicznej.
I znów pojawia się przekleństwo dwuznaczności. Autorzy nie precyzują, czy chodzi o prowokację, którą miałoby być opisywanie mordów na Żydach, czy też o prowokacyjne uogólnienia obrażające ogół Polaków. Fakt i sugestia, potwierdzona i domniemana wina splątane są często w „Strachu” w taki sposób, że nie sposób ich rozplątać.
Ten grzech towarzyszył już „Sąsiadom”. A przecież to rzetelność warsztatowa winna dawać siłę moralnym oskarżeniom Grossa.
Gross źle reaguje na słowo „żydokomuna”, ale nie zawahał się przed lansowaniem własnej etykiety, pisząc o „katoendecji”
Tymczasem publicyści broniący „Strachu” występują w roli psychoterapeutów. Mówią: „znajdźcie w sobie siłę, by sprostać oskarżeniom Jana Tomasza Grossa”. Ale już rzetelności warsztatu autora nie chcą oceniać. Uznają książkę za prawdę objawioną i każdego, kto z nią polemizuje, traktują jak opornego pacjenta, który nie chce przyjąć dobrodziejstw terapii. A w tych najbardziej zatwardziałych widzą nawet ukrytych antysemitów.
Wszelkie wątpliwości wobec „Strachu” zbywają ironią: „przecież Gross miał w Polsce od razu przechlapane”. W domyśle: Polacy wymyślą tysiąc sposobów, by na swe dawne zbrodnie dziś przymykać oczy.
Adam Szostkiewicz, dyskutując o „Strachu” w TVN, stwierdził, że dowodem bezstronności i braku uprzedzeń Jana Tomasza Grossa jest jego wcześniejsze książka: wydana w USA i przedrukowana w podziemnym obiegu monografia „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali”. Sam pamiętam, z jakim przejęciem czytałem w latach 80. tę książkę opartą na relacjach obywateli polskich, którzy wyrwali się z łagru. Wtedy Gross przedstawił bardzo nieraz gorzkie opinie zesłańców na temat konfliktów polsko-żydowskich na Kresach RP zajętych przez Sowietów po 17 września 1939 roku. Pisał o wstąpieniu części Żydów do czerwonej milicji i lokalnych władz sowieckich. Gdy dwie dekady później wydał „Sąsiadów”, kwestię już zbagatelizował. Co się w ciągu tych 20 lat zmieniło?
Trudno nie mieć wrażenia, że przyczyną innego spojrzenia na powojenny splot stosunków polsko-żydowskich był nowy styl pisania o Holokauście, który stał się obowiązujący od początku lat 80. Młoda generacja historyków żydowskich, urodzonych zazwyczaj w USA, grubo po wojnie opisuje zagładę Żydów, nie uwzględniając specyfiki sytuacji państw Europy Środkowo-Wschodniej ściśniętych między totalitaryzmem nazistowskim a sowieckim. Nowy styl zmieniał też dawniej oczywiste proporcje winy. O ile wcześniej oczywista była dominująca wina Niemców za Zagładę, o tyle od lat 80. wzmacniał się trend uwypuklający odpowiedzialność krajów kolaboracyjnych i okupowanych przez III Rzeszę.
Ta zmiana najbardziej zaskoczyła Polaków. W naszej okupacyjnej pamięci były informacje o kolaborujących przy eksterminacji Żydów Łotyszach, Ukraińcach, litewskich szaulisach. Większość Polaków uważała jednak, że jako kraj, który nie ugiął się przed Hitlerem w 1939 roku, nie wyłonił kolaboracyjnych władz i w największym stopniu ratował Żydów, może liczyć na jakieś pozytywne wyróżnienie z masy państw okupowanych lub zwasalizowanych przez niemieckich architektów Holokaustu. Gross jako naukowiec z Polski w opinii wielu Polaków powinien więcej wiedzieć o tragizmie okupacji nad Wisłą. A jednak „Strach” wpisał się w styl pisania o Holokauście, który ignoruje lokalne realia. Gross potraktował Polaków nawet bardziej surowo od innych, stwierdzając, że tylko tu po wojnie Żydzi byli zagrożeni. Trudno pojąć, na czym oparł tę tezę. Wszak podobny do wypadków kieleckich pogrom miał miejsce w lipcu 1946 roku w Bratysławie.
Jan Tomasz Gross – z wykształcenia socjolog – na co dzień traktowany jest przez swoich zwolenników jak historyk. Gdy jednak wychodzą na jaw jego błędy, obrońcy nazywają go eseistą. To wygodne rozdwojenie autorskiej jaźni.
Wielu krytyków „Strachu” odrzuca taryfę ulgową wobec tej książki przede wszystkim dlatego, że zależy im na rzetelnym polsko-żydowskim dialogu. Z tego powodu Grossa krytykują tak różni ludzie jak Marek Jan Chodakiewicz, Andrzej Grajewski, abp Józef Życiński, a także kardynał Stanisław Dziwisz, który wczoraj napisał list w tej sprawie. To znaczące, że również ludzie Kościoła dostrzegli zagrożenia, jakie może przynieść ta książka.
Prawem strony żydowskiej jest analizować czystość intencji takich krytyk. Ale prawem krytyków jest domagać się uczciwego traktowania tych obiekcji i nieinterpretowania ich jako wyrazu lęku przed uznaniem bezmiaru polskich zbrodni. Bo krytycy Grossa chcą się zmierzyć z winami własnego narodu, ale bez naginania faktów i bez zamykania dyskusji o poparciu nowej okupacyjnej władzy przez część polskich Żydów.
Jeszcze w latach 80. wydawało mi się, że Polacy żydowskiego pochodzenia gotowi są do rozliczeń z tym tematem. Potem, po 1989 roku – paradoksalnie – ze szczerą dyskusją było coraz gorzej. Wiem, że to najbardziej delikatny temat dla pokolenia marcowego. Od 40 lat kwestia współpracy niektórych Żydów z komunistami jest używana instrumentalnie. Już samo słowo „żydokomuna” jest punktem sporu. Czy to określenie historyczne, czy epitet? Jeśli wykreśli się je ze słownika historyków, to jak nazwać przypadki wszystkich tych Żydów, którzy między okresem międzywojennym a – przynajmniej – 1956 rokiem ulegli fascynacji komunizmem?
Gross unieważnia ten problem jednym ruchem pióra. Ten, kto mówi o problemie żydokomuny, to antysemita. Bo Żydów komunistów nie było, byli jedynie komuniści, którzy z tożsamością żydowską nie mieli zbyt wiele wspólnego.
To w sumie nic nowego. Debaty na ten temat prowadzili korowcy z publicystami Ruchu Młodej Polski jeszcze w latach 70. i 80. Ale mimo drażliwości tematu, jakiś poziom samorefleksji istniał. W wywiadach z lat 80., choćby Adama Michnika dla „Powściągliwości i Pracy”, ludzie Marca potrafili o tym opowiadać. Potrafiła o to pytać w książce „Oni” Teresa Torańska.
Dodajmy tu, że choć Jan Gross tak źle reaguje na słowo „żydokomuna”, sam nie zawahał się przed lansowaniem własnej etykiety, pisząc o „katoendecji”. Oczywiście zwolennicy Grossa nie widzą w tym nic dyskusyjnego.
Na koniec jeszcze jedno. „Ta książka, podobnie jak sama [ówczesna] rzeczywistość ociera się o sadyzm” – pisała w „Gazecie Wyborczej” Joanna Tokarska-Bakir. Ma rację. Opisy mordów na Żydach bywają drastyczne i mają prawo takie być, bo Gross chciał wykrzyczeć prawdę o tragedii swojego narodu. Ale jak powinniśmy reagować, gdy owe drastyczności sąsiadują z niesprawiedliwymi uogólnieniami dotyczącymi złych skłonności Polaków?
Jaka byłaby reakcja, gdyby powstała książka zbierająca powojenne relacje akowców katowanych przez ubowców żydowskiego pochodzenia, gdyby spisano w niej wymyślne techniki tortur i obok sugerowano, że Żydzi mają szczególną predylekcję do zadawania niewinnym ofiarom cierpienia? Co powiedziano by, gdyby wydawca tej książki głosił, że bez takiej dawki okrucieństwa książka nie wstrząśnie dzisiejszym czytelnikiem i nie wywoła zrozumienia dla grozy stalinizmu w Polsce?
Taką sytuację powinien wyobrazić sobie każdy, kto dziś dziwi się negatywnym reakcjom na „Strach”.
„Dyskusja o relacjach polsko-żydowskich nie powinna polegać na wykazywaniu, na ile Jan Gross konfabuluje – powiedział parę dni temu KAI Piotr Kadlčik, przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP.
– Problem polega na tym, że jeżeli nie mówi się o takich rzeczach [o Polakach dokonujących mordów na Żydach], to potem historycy, tacy jak Gross, dopisują swoje własne zakończenie”.
Można jednak na problem spojrzeć inaczej. Czy Jan Tomasz Gross nie zaszkodził raczej debacie o napadach na Żydów w powojennej Polsce, publikując książkę, do której można mieć tak wiele zastrzeżeń?Bardzo źle byłoby, gdyby środowiska żydowskie zasklepiły się dziś w bezkrytycznej obronie książki Jana Tomasza Grossa. Można oczywiście sprzeciwiać się podejmowaniu przez prokuraturę śledztwa w sprawie „Strachu”, można, a nawet należy reagować, gdy ktoś lży autora tej książki. Ale nie powinno się zamykać dyskusji o wadach „Strachu”.
Ta książka bowiem cofa dialog na temat drażliwych polsko-żydowskich spraw o całą epokę. Dobrze byłoby więc, aby polskie środowiska żydowskie, które słusznie od lat apelują o walkę z krzywdzącymi uproszczeniami na swój temat, dziś odniosły się krytycznie do takich samych uproszczeń dotyczących Polaków.

POLECAMY

KOMENTARZE