Weekend rp.pl
Rodzina wabi i nęci
O miłości, odkurzaczu, dezodorancie i innych rozkoszach życia w pożyczonym czasie – mówi Zygmunt Bauman
Panie profesorze, „Love+", gra, która teraz ma ogromne wzięcie, obiecuje więcej miłości?
– „Love+" nie obiecuje więcej miłości. Na marginesie: czy w ogóle można mówić o „więcej" czy „mniej" miłości?! Czy miłość ma ilość, jak groszek w puszce czy pęto kiełbasy na wadze? „Love+" obiecuje miłość bezpieczną – same radości, żadnych przykrości. Jeśli partnerka ma fochy i bryka, można jej się pozbyć bez trudu i wymienić na inną, potulniejszą. Odpadają mitręga zabiegania o jej względy, pułapki negocjacji i kompromisów, katusze zmyślania usprawiedliwień i wymówek – obejdzie się bez wyrzeczeń i ofiar... No a jeśli nie smakuje tak, jak się człowiek spodziewał, albo jeśli nowych rozkoszy już się po niej spodziewać przestał, też kłopotu nie ma. Krótko mówiąc: „Love+" zapowiada miłość „oczyszczoną" z dolegliwości, bez których miłość niewirtualna rzadko kiedy obejść się potrafi. Czysty zysk bez strat i bez ryzyka wpadunku. „Love+" uwodzi swych entuzjastów nie tym, co przyrzeka ofiarować, ale tym, czemu obiecuje zapobiec...
Czyli miłość jest podstawową potrzebą człowieka, bez niej ani rusz. Tyle że przydałoby się trochę ją zmodyfikować, żeby była tak doskonała jak zmodyfikowane ziemniaki czy kukurydza. Tylko czy to będzie jeszcze to?
– W tym sęk właśnie, że okrutnie człowiekowi potrzebna, że obiecuje radości, jakich bez niej nie uświadczysz, ale też że i zasadzek pełna – i w tym jej cały urok. Bez tego nie będzie sobą. Nie można jej zdobyć raz na zawsze, trzeba będzie o nią zabiegać każdego dnia na nowo, żywić ją, wskrzeszać; nie obliczysz z góry wysiłku, jakiego od ciebie zażąda. Zgadzasz się z góry, a przecież nie wiesz na co, przysięgasz, a przecież nie wiesz, ile dotrzymanie przysięgi będzie cię kosztowało. Jeśli pragniesz nigdy jej nie stracić, wiedz, że czynisz swą przyszłość zakładnikiem losu, a i – by tak rzec – zadłużasz się na resztę życia. Jakie to wszystko sprzeczne z tym, do czego dostarczyciele dóbr nas, ich konsumentów, przyzwyczaili: jak stwierdzisz, że nabyty towar szwankuje, odnieś go do sklepu i jeśliś go nie uszkodził, zwrócimy ci wydatki. A jeśli towar pełni szczęścia ci nie przyniesie, wymień go na inny, nowy i ulepszony – jest ich wszak bez liku. Na wyciągnięcie dłoni... Do natychmiastowego użytku i spożycia na miejscu. Więc chce człowiek, ale się boi... Ciągnie go, ale i odpycha.
To może najpierw ustalmy, co to znaczy kochać, w czasie gdy własna wolność stała się najwyższą wartością.
– Nowoczesność obiecała minimalizację wysiłku i maksymalizację wygody. Drogę na skróty od pragnienia do zaspokojenia. W olbrzymiej liczbie przypadków obietnicy dotrzymała. Ale nie ma zysku bez strat. Nie wszystko, co do życia szczęśliwego potrzebne, da się od wysiłku, pokonywania przeszkód, zmagania z przeciwnościami losu i samopoświęcenia uwolnić. Są wśród składników szczęścia i takie, dla których właśnie zapamiętały wysiłek i triumf nad przeciwnościami losu są warunkiem niezbędnym: ba, są owymi doznaniami, które szczęśliwością człowieka darzą. Doskonałość tworu powstałego z pokonywania trudności jest jedną z takich rzeczy. A wśród nich prym wiedzie miłość spełniona. Bo z przyrodzenia nie jest ona przedmiotem znalezionym i nigdy nie jest tym, co się przeżywa z mieszaniną pożądania i zawstydzenia, ready made; może być tylko dziełem upartej i wytrwałej, zapamiętałej, gotowej na trudy, niepowodzenia i porażki twórczości. Wiem, to w świecie supermarketów brzmi staroświecko... Ale jak powiadali starożytni: Hic Rhodos, hic salta. Albo jak powiadali nie całkiem znów starożytni: tu jest pies pogrzebany. Albo znów jak orzekali bez ogródek, a brutalnie nowożytni: Take it or leave it...
Załóżmy, że take it. Większość z nas chce spróbować, poczuć, pocierpieć mimo wszystko. Kłopot w tym, że zakochanie, czyli łatwiejszy towar, wypiera miłość. Zakochanie to bycie na haju, chodzenie na palcach przez kilka tygodni, a niech tam, nawet miesięcy, ale przychodzi taki moment, że trzeba stanąć obiema stopami na ziemi. I wtedy dopiero może się zacząć miłość. Czyli może nie o rodzaj uczucia chodzi, tylko o umiejętność bycia z innym człowiekiem? I tu jest pies pogrzebany?















