Weekend rp.pl
Miełość ci wszystko wypaczy
Ja tylko w miełość łabędzią wierzę, na całe życie, od której nie możesz uciec, choćbyś próbował na wszelkie możliwe sposoby, i do której zawsze wracasz – mówi Beacie Chomątowskiej pisarz Wojciech Kuczok
Wojciech Kuczok, pisarz, 40‑latek...
– Ejże, mam dopiero 39 lat! Daj mi się jeszcze chwilę nacieszyć. 40‑latek to był bohater serialu Gruzy, którego z dzieciństwa zapamiętałem jako starszego pana. Nie mów mi tak, bo zaraz mnie czarna żółć zaleje.
No więc: pisarz Kuczok, prawie 40‑latek, teraz na stypendium w Berlinie, siedzi sobie nad brzegiem jeziora Wannsee, gdzie dokładnie 200 lat temu popełnili samobójstwo Heinrich von Kleist ze swoją kochanką Henriettą Vogel. I co o nich myśli? Wariactwo? Czy raczej kiwa głową ze zrozumieniem?
– To nie był poryw romantycznej namiętności, przynajmniej ze strony Kleista, który miał silniejszą skłonność do chłopców, a nawet mężczyzn. Henrietta już prędzej – umrzeć razem z mężczyzną, z którym nie sposób żyć; poddać się obmyślonej przez niego celebrze, żegnać ze światem w geście bez mała artystycznym, przeciągając ostatni, wystawny posiłek, wznosząc kolejne toasty. Ale przecież ona wiedziała, że jest śmiertelnie chora, czego być może nie powiedziała Kleistowi – więc i tu jakieś wyrachowanie się czai, jakaś perwersja w tym wykoncypowaniu, chociaż oboje zostawili pożegnalne listy wystylizowane na miłosne litanie. To było nieco przeaaranżowane, Kleist z pewnością nie umarł z miłości, tu raczej zdecydował weltschmerz.
Nadal wierzysz – jak to kiedyś ująłeś – w miełość?
– Ba, jako... Ino w miełość. Im dłużej siedzę nad Wannsee, w tych oparach pruskiej melancholii, tym bardziej wierzę w miełość, wicie... Miełość jest prosta, nie zna wyrafinowanych katastrof. Owszem, miełość ci wszystko wypaczy, bo póki czujesz się kochany przez Tę Jedyną, nadwyżka endorfin zniekształca obraz świata, ale wtedy jedyna śmierć, o jakiej można myśleć, to chyba tylko wielki rozpuk z nadmiaru szczęścia.
Czym ta miełość właściwie jest?
– To określenie przyszło mi do głowy w czasie, gdy pisałem swoje „chłopowiadania". Chodziło mi o taką miłość potoczystą, prostą, naturszczykowską, nieznającą kalkulacji i w związku z tym niepotrzebującą psychoterapeuty ani poradników, jak przetrwać kryzys w małżeństwie.
Kiedy mówię „miłość", nie myślę: miłość bliźniego, miłość chrześcijańska, miłość do dzieci. Miłość – ta miełość, namiętność, rodzaj choroby – jest przypisana jednej osobie
Twoja miłość do Kariny, z którą rozstaliście się po urodzeniu waszego syna i po latach wróciliście do siebie, to też miełość, a nie romantyczna historia?
– Zdecydowanie miełość, która trwa już 20 lat, niezależnie od epizodu rozstaniowego. To, co mnie wiąże z Nieżoną, jest w jakimś sensie pierwotne, odwieczne; myśmy się naprawdę dość wcześnie odnaleźli z głębokim przekonaniem, że to uczucie wędruje z nami przez kolejne wcielenia. Tyle że jako młodziaki nie bardzo uwierzyliśmy, że to tak od razu, już na zawsze, tylko ten, tylko ona – dlatego nieudane przygody małżeńskie były być może konieczne, żebyśmy rozpoznali jakość tej naszej miełości na skali uczuć. My się jej przyglądamy trochę jak zjawisku przyrodniczemu, więc przyjmujemy za dobrą monetę także te chwile, kiedy między nami zawiewają jakieś wichry gniewne, czasem wprost huraganowe, ale tak to już jest w przyrodzie, że nie zawsze łasi się do nas jako przyjemny landszafcik. Kłótnie bierzemy za taki sam zdrowy objaw jak okresy rodzinnych sielanek, wszystko się musi równoważyć. Wiesz, myśmy się nie poznali na uniwersytecie, nie dobrali podczas intelektualnej pogawędki o wyższości późnego Beethovena nad wczesnym Haydnem, nie zwąchaliśmy dobrego biznesu w mariażu – na nas to spadło jeszcze jako na dzieciaki właściwie – jakiś ogień po prostu. I ciągle się pali, wiesz, kiedy jesteśmy razem, wyraźnie podnosi się temperatura otoczenia... No, ale to nie była od razu taka miłość bezpreludyjna, jakby powiedział mistrz Pankowski, musiałem swoje wychodzić, a za drugim razem głównie wypisać w miłosnych listach. Wpakowałem w nie tyle energii, że przez parę miesięcy nie miałem już sił pisać prozy.















