Plus Minus

Jak nie pomagać Afryce

Stolica Rwandy Kigali zmienia się w szybkim tempie: trwają prace nad ukończeniem obwodnicy
AFP
Najlepsza forma wsparcia, jaką możemy zaoferować Afrykanom, to nie przeszkadzać im w rozwoju. Na początek – wpuszczając ich produkty na nasze rynki
„Nigdy nie spotkałem kraju, które rozwinąłby się dzięki pomocy zagranicznej, albo kredytom. Kraje, w których dokonał się rozwój — w Europie, Ameryce, Japonia, kraje azjatyckie takie jak Tajwan, Korea, Singapur — wszystkie wierzyły w wolny rynek. Tu nie ma żadnej tajemnicy. Afryka po okresie kolonialnym wybrała złą drogę". Te słowa prezydenta Senegalu Abdouyale Wade wracają co jakiś czas, gdy mowa o pomocy dla krajów zwanych dziś globalnym Południem. Przemysł pomocowy jest zabójczy dla rozwoju afrykańskich gospodarek, niszczy więź między rządzonymi a rządzącymi i utrzymuje setki milionów ludzi w trwałym uzależnieniu od Zachodu

Obecnie trudno już znaleźć bezkrytycznych zwolenników pomocy, co jest wielkim osiągnięciem ludzi, zwłaszcza z krajów ubogich, którzy w ciągu ostatniej dekady pisali i mówili o tym, że przemysł pomocowy jest zabójczy dla rozwoju ich gospodarek, niszczy podstawową więź między rządzonymi a rządzącymi na jakiej opierać się powinna każda władza i utrzymuje setki milionów ludzi w trwałym uzależnieniu od Zachodu.

Jednak fakt, że nawet dyrektorzy i pracownicy organizacji pomocowych sami siebie krytykują nie znaczy, że walka o zwycięstwo normalności w stosunkach między krajami bogatymi a biednymi jest zakończona. Co to, to nie — możemy bić się w piersi, ale żadna organizacja pomocowa z własnej woli nie odda milionów, które dostaje na realizację „projektów", ani satysfakcji moralnej płynącej z faktu, że pomagając biednym stoimy po jasnej stronie mocy.

Zamiast rozwoju

Pomoc zagraniczną można podzielić z grubsza na dwie grupy. Do pierwszej należą akcje humanitarne prowadzone w wypadku zagrożenia życia ludzi. Tutaj panuje powszechna zgoda: wobec takich kataklizmów, jak powódź, trzęsienie ziemi, klęska głodu, czy tsunami człowiek, którego na to stać powinien pomóc poszkodowanym. I nie ma znaczenia, czy katastrofa ma miejsce w Nowym Orleanie, Japonii, czy w Somalii — chodzi o to, by najszybciej ratować życie ludzkie. Wielu z nas wydaje się, że debata na temat sensowności pomocy dla ubogich toczy się wokół tego typu akcji.

Wydaje nam się tak, bo głównie o takiej pomocy mówi telewizja, oraz pracownicy organizacji pomocowych. Ale to nieprawda. Na akcje pomocy humanitarnej świat wydaje od 5 do 10 procent całości budżetu pomocy międzynarodowej. Lwia część wydatków pomocowych (w 2010 roku świat wydał na pomoc zagraniczną ogółem 150 mld dolarów, głównie z budżetów 23 bogatych krajów OECD) przeznaczana jest na programy rozwoju państw, w których nie ma wojen, trzęsień ziemi, ani głodu. Przed pięćdziesięciu laty Zachód powodowany skądinąd słusznym poczuciem winy za lata kolonializmu oraz znacznie mniej szlachetną potrzebą zachowania wpływów w swoich dawnych posiadłościach uznał, że najtańszą metodą realizacji tych dwóch celów będzie oddawanie co rok pieniędzy swoich podatników na potrzeby byłych kolonii. Nikt poważnie nie myślał o włączeniu tych krajów w obieg światowej gospodarki np. poprzez otwarcie własnych rynków na tańsze produkty z Południa, wspierane przez rządy programy inwestycyjne albo przez wpuszczenie krajów Południa na rynki finansowe. Pomoc rozwojowa Zachodu miała w istocie zastąpić normalny rozwój gospodarczy tych krajów. Wyobraźmy sobie Plan Marshalla, któremu nie towarzyszy odejście USA od protekcjonizmu, albo sytuację w której po 1989 roku kraje Europy Wschodniej w zamian za coroczną jałmużnę z Zachodu mają zakaz dostępu na europejskie rynki i nie otrzymują żadnej perspektywy włączenia w światowy krwioobieg gospodarczy.
Na tym mniej więcej polega utrzymywany od 50 lat (z pewnymi modyfikacjami w latach ostatnich) system pomocy międzynarodowej, a Afryka — kontynent, który otrzymuje największą część tej pomocy — najsilniej pokazuje jak system ten niszczy ludzi, którym w teorii miał pomagać. W wielu krajach tego kontynentu poziom życia ludzi spadł w porównaniu z latami 60.

Pieniądze dla skorumpowanych

Jeśli niektóre, np. kraje wschodniej Afryki, notują dziś poważny wzrost gospodarczy, a ich perspektywy po raz pierwszy od czasów kolonializmu wyglądają lepiej — to nie ma to nic wspólnego z pomocą rozwojową z Zachodu, tylko z wprowadzaniem przez nie mechanizmów wolnego rynku, o których w 2002 roku mówił prezydent Wade. Z krytyką pomocy międzynarodowej jest trochę tak jak z krytyką budowy autostrad w Polsce. Zawsze znajdzie się ktoś kto zapyta: To wolałbyś, żeby w ogóle nie budowali?
W przypadku pomocy ten argument jest jeszcze bardziej nie do obrony, bo w grę nie wchodzi przecież nasz komfort podróżowania, tylko życie milionów ludzi. Lepiej, żeby powstała szkoła niż miałaby nie powstać (mimo, że nie ma w niej nauczycieli), lepiej żeby w szpital w buszu miał łóżka, niż żeby nie miał (mimo, że nikt nie nauczył miejscowych obsługiwać nowoczesnych łóżek szpitalnych z Zachodu), lepiej rozdać moskitiery, nawet jeśli sensowniej i lepiej dla lokalnego rynku byłoby zlecić ich wykonanie i sprzedaż miejscowym producentom. Lepiej również — głoszą zwolennicy pomocy — dać pieniądze skorumpowanym władzom wiedząc nawet, że trzy czwarte zostanie rozkradzione, a reszta trafi do znajomych, bo przecież ktoś jednak na tym skorzysta. Pomoc rozwojowa to jest „znakomita metoda transferowania pieniędzy od biednych ludzi w bogatych krajach do bogatych ludzi w biednych krajach" — pisał brytyjski ekonomista Peter Bauer. Choć, trzeba przyznać, że w tej ostatniej dziedzinie następują zmiany. Np. Wielka Brytania odchodzi od bezpośrednich transferów pieniędzy do budżetów państw takich jak Kenia, w których władze regularnie kradną pomocowe pieniądze. Brytyjczycy i inni rozdzielają pomoc własnymi kanałami, których wiarygodność jest większa. Jeśli współpracują z politykami, to tylko z takimi jak np. prezydent Paul Kagame z Rwandy, dosyć obrzydliwy dyktator, a jednocześnie lider, w który ostatnich latach sprawił, że Rwanda dokonała epokowego skoku w rozwoju gospodarczym. To że skuteczność pomocy rośnie, nie zmienia jednak jej zasadniczych wad. W Rwandzie poziom uzależnienia budżetu od pomocy zagranicznej regularnie spada (obecnie wynosi 43 procent) a Kagame potrafi postawić się swoim zachodnim mocodawcom, ale ta relacja jest i tak chora. Jeśli połowa albo i więcej wpływów do budżetu uzależniona jest od Zachodu, to władza nie ma żadnego interesu, by wykazywać lojalność wobec własnego narodu. Odpowiada bowiem przed tymi, którzy zasilają budżet.

Globalny motłoch

Niektórzy mówią, że najgorszym skutkiem ubocznym pomocy jest korupcja i tworzenie kolejnych pokoleń ludzi uzależnionych od jałmużny, ale moim zdaniem właśnie ten trzeci czynnik jest najbardziej niszczący i zabójczy dla ubogich społeczeństw. Poprzez transfery pieniędzy zdejmujemy z władz krajów Południa odpowiedzialność za realizację podstawowych usług, których sami wymagamy od naszych państw: prawa do edukacji, opieki zdrowotnej, czy bezpieczeństwa. W istocie przyczyniamy się w ten sposób do zerwania lojalności władzy wobec narodu, co jest podstawą każdej demokracji. Pracownicy organizacji humanitarnych nie lubią, gdy używa się określenia „przemysł pomocowy", co jest w pełni zrozumiałe. Określenie to odziera bowiem ich pracę z nimbu działalności bezinteresownej, nakierowanej w pełni na ludzkie dobro i wyzbytej politycznych oraz finansowych motywacji. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót: przemysł pomocowy to globalny moloch nastawiony na czerpanie pieniędzy z publicznych źródeł. Jak pisze Linda Polman, autorka głośnej książki „Karawany kryzysu", opisującej praktykę przemysłu pomocowego, na świecie istnieje obecnie ponad 37 tysięcy międzynarodowych organizacji pozarządowych. Na amerykańskim uniwersytecie Johna Hopkinsa obliczono, że gdyby wszystkie organizacje niosące pomoc stworzyły jeden kraj, to byłby on piątą co do wielkości siłą ekonomiczną na świecie. Główny zarzut, jaki stawia Polman organizacjom pomocowym to ich programowy brak odpowiedzialności za to co robią. Nie chodzi tylko o brak przejrzystości w sprawach finansowych, ale o odrzucanie jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki akcji pomocowych. Po pierwsze, z roku na rok rośnie liczba „piratów humanitarnych": organizacji i osób indywidualnych, które np. z potrzeby serca leczą ludzi w buszu. Jako że tego typu „humanitaryści" działają głównie w krajach, gdzie władza jest słaba, nikt nie rozlicza ich ze stosowanych metod ani ich katastrofalnych skutków. Polman podaje mrożące krew w żyłach przykłady szpitali zakładanych przez lekarzy pozbawionych prawa wykonywania zawodu na Zachodzie.

Nakręcanie rynku niewolników

Historia ostatnich 50 lat uczy, że pomoc zagraniczna, i to zarówno humanitarna jak i rozwojowa przyczyniała się do utrzymywania dyktatur, przedłużania wojen, utrzymywania ludzi w nędzy i głodzie, doprowadzania tysięcy ludzi do śmierci. W najnowszej historii mamy co najmniej kilka przykładów sytuacji, w których organizacje pomocowe — świadomie, lub nie — brały udział w zbrodniach. W Etiopii podczas wojny domowej w latach 80. komunistyczne władze dokonały największego we współczesnej historii — obok Kambodży — programu przymusowych przesiedleń, w wyniku których zginęło bądź zmarło z głodu około 60 tys. ludzi. W programie tym wykorzystano organizacje pomocowe według następującego schematu: najpierw rząd głodzi ludzi, potem wzywa na pomoc Zachód i rozmieszcza obozy w strefach, z których, albo do których, chce przesiedlić swoich przeciwników politycznych. W Etiopii żywność z pomocy dzielona była między funkcjonariuszy systemu, a resztę sprzedawano na wolnym rynku. Jedną z najbardziej haniebnych kart w historii organizacji pomocowych było ich zachowanie tuż po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, gdy wspólnota międzynarodowa faktycznie utrzymywała zamieszkałe przez milion ludzi obozy we wschodnim Zairze kierowane przez ludobójców z plemienia Hutu. Mimo, że wiadomo było, iż w obozach rządzą zbrodniarze, niemal wszystkie organizacje (w takich wypadkach organizacje pomocowe zlatują się w rejon kryzysu jak pszczoły do miodu) bezkrytycznie wspierały ich utrzymywanie. Organizacje pomocowe wiedzą, że np. wykupując czarnych niewolników w Sudanie (istnieje sporo chrześcijańskich grup zajmujących się tego typu działalnością) nakręcają rynek. Wiedzą i akceptują, że za każdym razem, gdy operują w rejonie działań wojennych (wojna w Sierra Leone jest tego najlepszym przykładem) przedłużają wojnę, a płacąc grupom zbrojnym podatek za możliwość udzielania pomocy i oddając im prawo do jej rozdzielania, praktycznie tracą nad nią kontrolę. Najgorsze jest to, że większość pracowników organizacji pomocowych zapytana, czy tego praktyki mają miejsce, odpowie zgodnie z prawdą, że są one normą. Dlaczego zatem cały proceder trwa? Dlatego, że pomoc międzynarodowa jest biznesem opartym na konkurencji. W miejsce każdej organizacji, która wykazuje najmniejsze skrupuły i odchodzi z rynku pojawia się kilka następnych gotowych do udzielania pomocy za wszelką cenę — nawet za cenę życia ludzi, którym owa pomoc ma służyć. Nic dziwnego — przemysł pomocowy jest jedyna dziedziną gospodarki, w którym skuteczność liczy się wartością wydanych pieniędzy — to czy z sensem, czy bez, nie jest najważniejsze.

Nie szkodzić

Jeszcze nigdy w historii żaden pracownik organizacji pomocowej nie został postawiony przed sądem za skutki swoich działań. Sam pomysł, by „humanitarystów" rozliczać z ich błędów brzmi jakoś nie na miejscu. Rozlicza się Busha, Blaira i innych barbarzyńców, a Madonna, Angelina Jolie albo Oxfam, nawet jeśli potęgują problemy, które rzekomo chcą rozwiązać, to przecież w dobrej wierze. Dodatkowo organizacje pomocy dysponują ogromnym wsparciem mediów: tysiące dziennikarzy ogląda i interpretuje świat Południa w sposób podany im przez „humanitarystów", którzy wożą dziennikarzy w wyznaczone miejsca, pokazują im, co chcą i opowiadają co chcą. A ponieważ takie kontynenty jak Afryka i jej mieszkańcy w istocie nikogo w bogatym świecie nie obchodzą, rzadko który dziennikarz czuje się w obowiązku, by drążyć temat samodzielnie i szukać odpowiedzi wykraczających poza sentymentalno—protekcjonalną papkę z telewizji. Czy jest nadzieja na zmianę? Owszem, nadzieję dają Hindusi, Chińczycy, Brazylijczycy — narody niegdyś żyjące w absolutnej nędzy, które dziś dzięki własnej przedsiębiorczości, talentom, mądrości dają przynajmniej części swoich obywateli szanse na godne życie, przy okazji czyniąc ideologię pomocową zbędną. W ostatnich latach Afryka jest jednym z najszybciej rozwijających się kontynentów, niektóre kraje notują nawet 10-procentowy wzrost gospodarczy, rośnie poziom wykształcenia Afrykanów, rośnie liczba krajów, w których istnieje jakaś forma rozliczania władzy przez naród. To ciągle początek drogi, a może koniec „złej drogi" którą, jak mówił prezydent Wade, Afryka wybrała przed 60 laty z pomocą Zachodu. Dziś najlepszą formą pomocy, jaka możemy zaoferować Afrykanom, to nie przeszkadzać im w rozwoju. Na początek wpuszczając ich produkty na nasze rynki i inwestując w Afryce na normalnych zasadach. To znacznie trudniejsze niż zorganizowanie zbiórki na „biedne murzyniątka", ale może warto. Dla własnego interesu, ale też z czystej ludzkiej przyzwoitości.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL