Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jak nie pomagać Afryce

Stolica Rwandy Kigali zmienia się w szybkim tempie: trwajš prace nad ukończeniem obwodnicy
AFP
Najlepsza forma wsparcia, jakš możemy zaoferować Afrykanom, to nie przeszkadzać im w rozwoju. Na poczštek – wpuszczajšc ich produkty na nasze rynki
„Nigdy nie spotkałem kraju, które rozwinšłby się dzięki pomocy zagranicznej, albo kredytom. Kraje, w których dokonał się rozwój — w Europie, Ameryce, Japonia, kraje azjatyckie takie jak Tajwan, Korea, Singapur — wszystkie wierzyły w wolny rynek. Tu nie ma żadnej tajemnicy. Afryka po okresie kolonialnym wybrała złš drogę". Te słowa prezydenta Senegalu Abdouyale Wade wracajš co jakiœ czas, gdy mowa o pomocy dla krajów zwanych dziœ globalnym Południem. Przemysł pomocowy jest zabójczy dla rozwoju afrykańskich gospodarek, niszczy więŸ między rzšdzonymi a rzšdzšcymi i utrzymuje setki milionów ludzi w trwałym uzależnieniu od Zachodu

Obecnie trudno już znaleŸć bezkrytycznych zwolenników pomocy, co jest wielkim osišgnięciem ludzi, zwłaszcza z krajów ubogich, którzy w cišgu ostatniej dekady pisali i mówili o tym, że przemysł pomocowy jest zabójczy dla rozwoju ich gospodarek, niszczy podstawowš więŸ między rzšdzonymi a rzšdzšcymi na jakiej opierać się powinna każda władza i utrzymuje setki milionów ludzi w trwałym uzależnieniu od Zachodu.

Jednak fakt, że nawet dyrektorzy i pracownicy organizacji pomocowych sami siebie krytykujš nie znaczy, że walka o zwycięstwo normalnoœci w stosunkach między krajami bogatymi a biednymi jest zakończona. Co to, to nie — możemy bić się w piersi, ale żadna organizacja pomocowa z własnej woli nie odda milionów, które dostaje na realizację „projektów", ani satysfakcji moralnej płynšcej z faktu, że pomagajšc biednym stoimy po jasnej stronie mocy.

Zamiast rozwoju

Pomoc zagranicznš można podzielić z grubsza na dwie grupy. Do pierwszej należš akcje humanitarne prowadzone w wypadku zagrożenia życia ludzi. Tutaj panuje powszechna zgoda: wobec takich kataklizmów, jak powódŸ, trzęsienie ziemi, klęska głodu, czy tsunami człowiek, którego na to stać powinien pomóc poszkodowanym. I nie ma znaczenia, czy katastrofa ma miejsce w Nowym Orleanie, Japonii, czy w Somalii — chodzi o to, by najszybciej ratować życie ludzkie. Wielu z nas wydaje się, że debata na temat sensownoœci pomocy dla ubogich toczy się wokół tego typu akcji.

Wydaje nam się tak, bo głównie o takiej pomocy mówi telewizja, oraz pracownicy organizacji pomocowych. Ale to nieprawda. Na akcje pomocy humanitarnej œwiat wydaje od 5 do 10 procent całoœci budżetu pomocy międzynarodowej. Lwia częœć wydatków pomocowych (w 2010 roku œwiat wydał na pomoc zagranicznš ogółem 150 mld dolarów, głównie z budżetów 23 bogatych krajów OECD) przeznaczana jest na programy rozwoju państw, w których nie ma wojen, trzęsień ziemi, ani głodu. Przed pięćdziesięciu laty Zachód powodowany skšdinšd słusznym poczuciem winy za lata kolonializmu oraz znacznie mniej szlachetnš potrzebš zachowania wpływów w swoich dawnych posiadłoœciach uznał, że najtańszš metodš realizacji tych dwóch celów będzie oddawanie co rok pieniędzy swoich podatników na potrzeby byłych kolonii. Nikt poważnie nie myœlał o włšczeniu tych krajów w obieg œwiatowej gospodarki np. poprzez otwarcie własnych rynków na tańsze produkty z Południa, wspierane przez rzšdy programy inwestycyjne albo przez wpuszczenie krajów Południa na rynki finansowe. Pomoc rozwojowa Zachodu miała w istocie zastšpić normalny rozwój gospodarczy tych krajów. WyobraŸmy sobie Plan Marshalla, któremu nie towarzyszy odejœcie USA od protekcjonizmu, albo sytuację w której po 1989 roku kraje Europy Wschodniej w zamian za corocznš jałmużnę z Zachodu majš zakaz dostępu na europejskie rynki i nie otrzymujš żadnej perspektywy włšczenia w œwiatowy krwioobieg gospodarczy. Na tym mniej więcej polega utrzymywany od 50 lat (z pewnymi modyfikacjami w latach ostatnich) system pomocy międzynarodowej, a Afryka — kontynent, który otrzymuje największš częœć tej pomocy — najsilniej pokazuje jak system ten niszczy ludzi, którym w teorii miał pomagać. W wielu krajach tego kontynentu poziom życia ludzi spadł w porównaniu z latami 60.

Pienišdze dla skorumpowanych

Jeœli niektóre, np. kraje wschodniej Afryki, notujš dziœ poważny wzrost gospodarczy, a ich perspektywy po raz pierwszy od czasów kolonializmu wyglšdajš lepiej — to nie ma to nic wspólnego z pomocš rozwojowš z Zachodu, tylko z wprowadzaniem przez nie mechanizmów wolnego rynku, o których w 2002 roku mówił prezydent Wade. Z krytykš pomocy międzynarodowej jest trochę tak jak z krytykš budowy autostrad w Polsce. Zawsze znajdzie się ktoœ kto zapyta: To wolałbyœ, żeby w ogóle nie budowali?
W przypadku pomocy ten argument jest jeszcze bardziej nie do obrony, bo w grę nie wchodzi przecież nasz komfort podróżowania, tylko życie milionów ludzi. Lepiej, żeby powstała szkoła niż miałaby nie powstać (mimo, że nie ma w niej nauczycieli), lepiej żeby w szpital w buszu miał łóżka, niż żeby nie miał (mimo, że nikt nie nauczył miejscowych obsługiwać nowoczesnych łóżek szpitalnych z Zachodu), lepiej rozdać moskitiery, nawet jeœli sensowniej i lepiej dla lokalnego rynku byłoby zlecić ich wykonanie i sprzedaż miejscowym producentom. Lepiej również — głoszš zwolennicy pomocy — dać pienišdze skorumpowanym władzom wiedzšc nawet, że trzy czwarte zostanie rozkradzione, a reszta trafi do znajomych, bo przecież ktoœ jednak na tym skorzysta. Pomoc rozwojowa to jest „znakomita metoda transferowania pieniędzy od biednych ludzi w bogatych krajach do bogatych ludzi w biednych krajach" — pisał brytyjski ekonomista Peter Bauer. Choć, trzeba przyznać, że w tej ostatniej dziedzinie następujš zmiany. Np. Wielka Brytania odchodzi od bezpoœrednich transferów pieniędzy do budżetów państw takich jak Kenia, w których władze regularnie kradnš pomocowe pienišdze. Brytyjczycy i inni rozdzielajš pomoc własnymi kanałami, których wiarygodnoœć jest większa. Jeœli współpracujš z politykami, to tylko z takimi jak np. prezydent Paul Kagame z Rwandy, dosyć obrzydliwy dyktator, a jednoczeœnie lider, w który ostatnich latach sprawił, że Rwanda dokonała epokowego skoku w rozwoju gospodarczym. To że skutecznoœć pomocy roœnie, nie zmienia jednak jej zasadniczych wad. W Rwandzie poziom uzależnienia budżetu od pomocy zagranicznej regularnie spada (obecnie wynosi 43 procent) a Kagame potrafi postawić się swoim zachodnim mocodawcom, ale ta relacja jest i tak chora. Jeœli połowa albo i więcej wpływów do budżetu uzależniona jest od Zachodu, to władza nie ma żadnego interesu, by wykazywać lojalnoœć wobec własnego narodu. Odpowiada bowiem przed tymi, którzy zasilajš budżet.

Globalny motłoch

Niektórzy mówiš, że najgorszym skutkiem ubocznym pomocy jest korupcja i tworzenie kolejnych pokoleń ludzi uzależnionych od jałmużny, ale moim zdaniem właœnie ten trzeci czynnik jest najbardziej niszczšcy i zabójczy dla ubogich społeczeństw. Poprzez transfery pieniędzy zdejmujemy z władz krajów Południa odpowiedzialnoœć za realizację podstawowych usług, których sami wymagamy od naszych państw: prawa do edukacji, opieki zdrowotnej, czy bezpieczeństwa. W istocie przyczyniamy się w ten sposób do zerwania lojalnoœci władzy wobec narodu, co jest podstawš każdej demokracji. Pracownicy organizacji humanitarnych nie lubiš, gdy używa się okreœlenia „przemysł pomocowy", co jest w pełni zrozumiałe. Okreœlenie to odziera bowiem ich pracę z nimbu działalnoœci bezinteresownej, nakierowanej w pełni na ludzkie dobro i wyzbytej politycznych oraz finansowych motywacji. W rzeczywistoœci jest dokładnie na odwrót: przemysł pomocowy to globalny moloch nastawiony na czerpanie pieniędzy z publicznych Ÿródeł. Jak pisze Linda Polman, autorka głoœnej ksišżki „Karawany kryzysu", opisujšcej praktykę przemysłu pomocowego, na œwiecie istnieje obecnie ponad 37 tysięcy międzynarodowych organizacji pozarzšdowych. Na amerykańskim uniwersytecie Johna Hopkinsa obliczono, że gdyby wszystkie organizacje niosšce pomoc stworzyły jeden kraj, to byłby on pištš co do wielkoœci siłš ekonomicznš na œwiecie. Główny zarzut, jaki stawia Polman organizacjom pomocowym to ich programowy brak odpowiedzialnoœci za to co robiš. Nie chodzi tylko o brak przejrzystoœci w sprawach finansowych, ale o odrzucanie jakiejkolwiek odpowiedzialnoœci za skutki akcji pomocowych. Po pierwsze, z roku na rok roœnie liczba „piratów humanitarnych": organizacji i osób indywidualnych, które np. z potrzeby serca leczš ludzi w buszu. Jako że tego typu „humanitaryœci" działajš głównie w krajach, gdzie władza jest słaba, nikt nie rozlicza ich ze stosowanych metod ani ich katastrofalnych skutków. Polman podaje mrożšce krew w żyłach przykłady szpitali zakładanych przez lekarzy pozbawionych prawa wykonywania zawodu na Zachodzie.

Nakręcanie rynku niewolników

Historia ostatnich 50 lat uczy, że pomoc zagraniczna, i to zarówno humanitarna jak i rozwojowa przyczyniała się do utrzymywania dyktatur, przedłużania wojen, utrzymywania ludzi w nędzy i głodzie, doprowadzania tysięcy ludzi do œmierci. W najnowszej historii mamy co najmniej kilka przykładów sytuacji, w których organizacje pomocowe — œwiadomie, lub nie — brały udział w zbrodniach. W Etiopii podczas wojny domowej w latach 80. komunistyczne władze dokonały największego we współczesnej historii — obok Kambodży — programu przymusowych przesiedleń, w wyniku których zginęło bšdŸ zmarło z głodu około 60 tys. ludzi. W programie tym wykorzystano organizacje pomocowe według następujšcego schematu: najpierw rzšd głodzi ludzi, potem wzywa na pomoc Zachód i rozmieszcza obozy w strefach, z których, albo do których, chce przesiedlić swoich przeciwników politycznych. W Etiopii żywnoœć z pomocy dzielona była między funkcjonariuszy systemu, a resztę sprzedawano na wolnym rynku. Jednš z najbardziej haniebnych kart w historii organizacji pomocowych było ich zachowanie tuż po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, gdy wspólnota międzynarodowa faktycznie utrzymywała zamieszkałe przez milion ludzi obozy we wschodnim Zairze kierowane przez ludobójców z plemienia Hutu. Mimo, że wiadomo było, iż w obozach rzšdzš zbrodniarze, niemal wszystkie organizacje (w takich wypadkach organizacje pomocowe zlatujš się w rejon kryzysu jak pszczoły do miodu) bezkrytycznie wspierały ich utrzymywanie. Organizacje pomocowe wiedzš, że np. wykupujšc czarnych niewolników w Sudanie (istnieje sporo chrzeœcijańskich grup zajmujšcych się tego typu działalnoœciš) nakręcajš rynek. Wiedzš i akceptujš, że za każdym razem, gdy operujš w rejonie działań wojennych (wojna w Sierra Leone jest tego najlepszym przykładem) przedłużajš wojnę, a płacšc grupom zbrojnym podatek za możliwoœć udzielania pomocy i oddajšc im prawo do jej rozdzielania, praktycznie tracš nad niš kontrolę. Najgorsze jest to, że większoœć pracowników organizacji pomocowych zapytana, czy tego praktyki majš miejsce, odpowie zgodnie z prawdš, że sš one normš. Dlaczego zatem cały proceder trwa? Dlatego, że pomoc międzynarodowa jest biznesem opartym na konkurencji. W miejsce każdej organizacji, która wykazuje najmniejsze skrupuły i odchodzi z rynku pojawia się kilka następnych gotowych do udzielania pomocy za wszelkš cenę — nawet za cenę życia ludzi, którym owa pomoc ma służyć. Nic dziwnego — przemysł pomocowy jest jedyna dziedzinš gospodarki, w którym skutecznoœć liczy się wartoœciš wydanych pieniędzy — to czy z sensem, czy bez, nie jest najważniejsze.

Nie szkodzić

Jeszcze nigdy w historii żaden pracownik organizacji pomocowej nie został postawiony przed sšdem za skutki swoich działań. Sam pomysł, by „humanitarystów" rozliczać z ich błędów brzmi jakoœ nie na miejscu. Rozlicza się Busha, Blaira i innych barbarzyńców, a Madonna, Angelina Jolie albo Oxfam, nawet jeœli potęgujš problemy, które rzekomo chcš rozwišzać, to przecież w dobrej wierze. Dodatkowo organizacje pomocy dysponujš ogromnym wsparciem mediów: tysišce dziennikarzy oglšda i interpretuje œwiat Południa w sposób podany im przez „humanitarystów", którzy wożš dziennikarzy w wyznaczone miejsca, pokazujš im, co chcš i opowiadajš co chcš. A ponieważ takie kontynenty jak Afryka i jej mieszkańcy w istocie nikogo w bogatym œwiecie nie obchodzš, rzadko który dziennikarz czuje się w obowišzku, by dršżyć temat samodzielnie i szukać odpowiedzi wykraczajšcych poza sentymentalno—protekcjonalnš papkę z telewizji. Czy jest nadzieja na zmianę? Owszem, nadzieję dajš Hindusi, Chińczycy, Brazylijczycy — narody niegdyœ żyjšce w absolutnej nędzy, które dziœ dzięki własnej przedsiębiorczoœci, talentom, mšdroœci dajš przynajmniej częœci swoich obywateli szanse na godne życie, przy okazji czynišc ideologię pomocowš zbędnš. W ostatnich latach Afryka jest jednym z najszybciej rozwijajšcych się kontynentów, niektóre kraje notujš nawet 10-procentowy wzrost gospodarczy, roœnie poziom wykształcenia Afrykanów, roœnie liczba krajów, w których istnieje jakaœ forma rozliczania władzy przez naród. To cišgle poczštek drogi, a może koniec „złej drogi" którš, jak mówił prezydent Wade, Afryka wybrała przed 60 laty z pomocš Zachodu. Dziœ najlepszš formš pomocy, jaka możemy zaoferować Afrykanom, to nie przeszkadzać im w rozwoju. Na poczštek wpuszczajšc ich produkty na nasze rynki i inwestujšc w Afryce na normalnych zasadach. To znacznie trudniejsze niż zorganizowanie zbiórki na „biedne murzyništka", ale może warto. Dla własnego interesu, ale też z czystej ludzkiej przyzwoitoœci.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL