Bartosz Węglarczyk poleca
Wojna z Iranem coraz bliżej. Na razie tylko w słowach
O scenariuszach nadciągającej wojny Izraela z Iranem dyskutują już wszyscy - od Rijadu przez Brukselę i Watykan po Waszyngton. Czy konflikt jest już nieunikniony?
Nie, nie jest. Wiele z buńczucznych wypowiedzi, przeważnie anonimowych, w mediach to tylko rytualne dyplomatyczne straszenie. Iran straszy świat co chwila twierdząc, że jest na skraju jakiegoś bliżej niesprecyzowanego przełomu w swym programie nuklearnym.
Niedomówienia Teheranu jedynie zwiększają chaos, czym poprawiają pozycję przetargową Iranu. Z drugiej strony doniesienia mediów o tym, jakoby Izrael podjął już decyzję o zbombardowaniu Iranu (od kilku lat regularnie, co kilka miesięcy, media podają nawet kolejne daty ataku) to forma nacisku na Iran. Im bardziej Teheran jest przekonany, że atak jest nieunikniony, tym chętniej może się zgodzić na ustępstwa w negocjacjach nuklearnych z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej i Unią Europejską.
Temu samemu służą też oficjalnie twierdzenia rozmaitych rzeczników, że "wszystkie opcje są możliwe". W świecie dyplomacji oznacza to niewiele. Żaden dyplomata nie powie publicznie, że wyklucza jakąś formę nacisku, bo ogranicza sobie w ten sposób pole manewru. Stąd też takich wypowiedzi nie należy interpretować inaczej jak tylko pewien dyplomatyczny rytuał.
Informacje o tym, jak armia izraelska szykuje się do powietrznej inwazji na Iran, są oczywiście prawdziwe. Wojskowi nie są od podejmowania decyzji o tym, czy i kogo należy atakować. Ta decyzja należy do polityków. Wojskowi muszą być gotowi na ewentualność, że politycy decyzję o wojnie podejmą - plan zbombardowania irańskich instalacji nuklearny rzeczywiście jest od lat gotowy i z pewnością jest stale ćwiczony i modyfikowany. Ale to nie oznacza, że wojna na pewno będzie.
Coraz częściej o potrzebie uderzenia na Iran mówią jednak właśnie politycy. Brytyjski szef dyplomacji William Hague powiedział dziś BBC, że atak na Iran "nie byłby czymś mądrym". Podczas niedawnego przesłuchania szefa amerykańskich służb wywiadowczych na Kapitolu Lindsey Graham, jeden z wpływowych republikańskich senatorów powiedział, że opcja dyplomatyczna się wyczerpuje, a opcja militarna wobec Iranu może być jedyną realną. Znany i szanowany publicysta "Washington Post" twierdzi, że sekretarz obrony Leon Panetta jest przekonany, iż Izrael zaatakuje Iran tej wiosny. Panetta nie prostuje tych słów i nikt w Waszyngtonie nie ma wątpliwości, że Penetta rzeczywiście tak uważa.
Z militarnego punktu widzenia naloty na Iran będą przedsięwzięciem niezwykle skomplikowanym. - Bardzo trudna operacja, nie da się jej porównać z nalotem na syryjski reaktor nuklearny w 2007 roku - mówi cytowany przez New York Times były szef wywiadu lotnictwa USA gen. David Deptula.
Zdaniem Deptuly, i nie tylko jego, szanse powodzenia takiego ataku są niewielkie. Irańczycy mają nowoczesne systemy obrony przeciwlotniczej, korzystają też ze wsparcia wojskowych specjalistów z Rosji i Chin. Irańczycy mają nowe rakiety BM-25 zbudowane na bazie starych radzieckich rakiet międzykontynentalnych. Dyrektor amerykańskiego wywiadu wojskowego DIA powiedział ostatnio członkom komisji obrony Senatu USA, że rakiety te wkrótce trafią do służby i będą mogły uderzyć w każdy cel na Bliskim Wschodzie i w Europie Wschodniej.
Irańskie instalacje nuklearne są rozproszone po kraju, wiele z nich schowanych jest głęboko pod wieloma metrami ziemi i skał. Na liście celów ewentualnego izraelskiego nalotu znalazły by się na pewno ośrodki badawcze w Natanz, Fordo, Araku i Isfahan. O tych czterech ośrodkach wiemy, że tworzą podstawę irańskiego programu nuklearnego. Irańczycy na pewno mają jeszcze tajne ośrodki. I Izrael na pewno o nich wie? Czy wierzy, że może je zniszczyć?
Izraelczycy potrzebowaliby do tego potężnych bomb, których prawdopodobnie nie mają. Prawdopodobnie, bo na temat izraelskiego arsenału wiadomo niewiele. Izraelczykom brakuje też samolotów cystern, które byłyby potrzebne do zatankowania samolotów w powietrzu.















