Co z euro po kryzysie gospodarczym - Bagus

aktualizacja: 28.12.2011, 18:45
Foto: Archiwum

Im szybciej Europa odejdzie od euro i zaakceptuje straty, jakie zostały już poniesione, tym lepiej. Tylko wtedy możliwe będzie szybkie uzdrowienie gospodarki – twierdzi niemiecki ekonomista

Wspólna waluta to klasyczny przykład "tragedii wspólnego pastwiska", czyli sytuacji, w której wspólne posiadanie ograniczonego dobra prowadzi do jego wyeksploatowania i zepsucia. Z euro jest podobnie jak z rybami w morzu, gdy każdy może je łowić. Każdy rybak chce złowić jak najwięcej ryb i nie obchodzi go, czy nie doprowadzi do tego, że one wyginą. Gdyby natomiast morze było własnością prywatną, gdyby każdy miał swój obszar do łowienia, zapewne bardziej dbałby o długoterminową perspektywę połowu.
Co to ma wspólnego z euro? Otóż przez długie lata nie jedno, ale kilka państw wykorzystywało system monetarny euro, aby sfinansować swoje deficyty kosztem innych. Co więcej, w samym mechanizmie wspólnej waluty tkwi zachęta do tworzenia jak największego deficytu i przerzucenia jego kosztów na pozostałe kraje.

To się nie mogło udać

Porównajmy na przykład mechanizm działania amerykańskiego dolara do tego, jak działa euro. Jeśli w Stanach Zjednoczonych Rezerwa Federalna chce sfinansować deficyt i kupuje rządowe obligacje, ceny rosną, a płacą za to obywatele amerykańscy. W strefie euro jest inaczej. Gdy państwo należące do eurostrefy, np. Grecja, ma deficyt, emituje obligacje, które kupowane są przez banki, a Europejski Bank Centralny – niezależnie od pewności obligacji – akceptuje je jako zabezpieczenie pożyczek udzielanych bankom.
To prowadzi do kreacji pieniądza i – tak jak w poprzednim przypadku – wzrostu cen. Tylko że ceny rosną nie tylko w Grecji, ale w całej strefie euro. Płacą więc nie tylko obywatele greccy, ale wszyscy podatnicy strefy euro. Co gorsza, stwarza to zachętę do robienia wszystkiego, aby deficyty były jak najwyższe. Bo korzyść na tym można odnieść tylko wtedy, kiedy deficyt danego państwa jest większy niż innych. Przyjmijmy hipotetyczną sytuację – deficyt Niemiec wynosi 3 proc. PKB, a w większości pozostałych państw ok.10 proc. PKB. W rezultacie w całej tej strefie mamy inflację 8 proc. I choć Niemcy mają deficyt  3 proc., ich realne wydatki spadną – bo ceny rosną szybciej.
Wracając do przykładu ryb – są na szczęście sposoby, aby zapobiegać nadmiernym połowom. Istnieją kwoty, czyli limity na połów określonych ryb. Teoretycznie w strefie euro też mamy coś takiego: pakt stabilizacji i wzrostu, według którego żaden kraj strefy euro nie może przekroczyć 3-procentowego deficytu względem jego PKB. Problem polega jednak na tym, że te regulacje nigdy nie działały. Państwa nagminnie łamały limity bez żadnych konsekwencji. Nie było kar ani sankcji, bo państwa były sędziami w swojej sprawie. Dlatego powstanie wspólnej waluty było projektem, który nie mógł się udać.

Nie ma co ratować

Oczywiście można ten system naprawić poprzez stosowanie sankcji za przekraczanie postanowień paktu. Można również zakazać Europejskiemu Bankowi Centralnemu akceptowania obligacji Skarbu Państwa jako zabezpieczenia dla pożyczek udzielanych przez EBC bankom komercyjnym. To uczyniłoby euro bardzo silną walutą. Takie działania prowadziłyby jednak do jeszcze większej centralizacji w Unii Europejskiej, a euro pozostałoby wciąż walutą polityczną, której funkcjonowanie jest zależne od politycznej woli państw ją tworzących. Czy warto więc ratować euro za wszelką cenę? Według mnie niekoniecznie.
Najlepszym systemem byłby system konkurujących ze sobą walut, w którym teoretycznie każdy może bić swoją walutę i to ludzie decydują, jakiego pieniądza używają. W takiej sytuacji, kiedy jakaś waluta jest słaba lub niepewna, ludzie mogliby przestać jej używać i przerzucić się na silniejszą i pewniejszą. Taki system promuje stabilny pieniądz – a tego przecież wszyscy pragną. Tak jak wszędzie konkurencja prowadzi do lepszej jakości i lepszych cen. Niestety, obecne realia, polityczne interesy poszczególnych państw i wszechwładza banków centralnych nie pozwolą na taką radykalną zmianę w przewidywalnej przyszłości.
Realnym – i lepszym – rozwiązaniem byłby powrót do walut narodowych. Z technicznego punktu widzenia nie byłoby to trudne – polegałoby bowiem po prostu na redenominacji euro na poszczególne waluty. Oczywiście pociągnęłoby to za sobą poważne konsekwencje: najpewniej mielibyśmy do czynienia z kryzysem bankowym. Większość walut znacznie straciłaby na wartości względem marki niemieckiej, co przyniosłoby ogromne straty dla banków, które zainwestowały w obligacje skarbowe państw europejskich. Jeśli więc taki ruch miałby zostać podjęty, musiałby być połączony z głęboką reformą systemu bankowego.
Trzeba jednak podkreślić, że kryzys bankowy czeka nas  wcześniej czy później, niezależnie od tego, czy euro będzie nadal podtrzymywane czy upadnie. Europa musi zrozumieć, że straty już zostały poniesione i wydanych na ratunek euro pieniędzy nie da się odzyskać.

W stronę zapaści

Grecja jest niewypłacalna, inne kraje prawdopodobnie też. Możemy więc zaakceptować te straty i nie pozwolić na większe, co – rzecz jasna – doprowadzi do kryzysu, ale i do oczyszczenia systemu bankowego, szczególnie jeśli wzmocnimy go odpowiednimi reformami. Możemy też dalej robić to, co robimy, czyli pompować góry pieniędzy w plany ratowania kolejnych państw i banków, ale sami za to zapłacimy, choćby wzrostem inflacji.
Dlatego im szybciej Europa odejdzie od euro i zaakceptuje straty, jakie zostały już poniesione, tym lepiej. Tylko wtedy możliwe będzie szybkie uzdrowienie całego systemu. Alternatywą jest trwanie w chorej sytuacji, w ukrytym chaosie, mnożenie kolejnych strat i zmierzanie pewnym krokiem do całkowitej zapaści. Bo upieranie się przy euro w obecnym kształcie jest dla europejskiej gospodarki zabójcze. Ponieważ mechanizm ten zachęca do windowania deficytów na koszt innych, a więc w konsekwencji rozdęcie sektora publicznego. Prowadzi to też do coraz mniejszej konkurencyjności europejskiej gospodarki. Taką właśnie drogą poszła Grecja i dlatego jej gospodarka jest tak niekonkurencyjna.
Powrót do narodowych walut odwróciłby tę tendencję i zmusił państwa, aby zachowywały dyscyplinę finansową, a przez to także konkurencyjność.

Winny  – państwo opiekuńcze

Kryzys w strefie euro mówi nam wiele o stanie europejskiej gospodarki w ogóle. Winnym tego położenia, które zagraża stabilności całego systemu, jest idea państwa opiekuńczego. Poprzez ciągle rosnące wydatki i długi drastycznie spada wartość pieniądza. Dobrobyt i poziom życia, jaki ufundowały sobie za te drukowane pieniądze takie państwa jak Grecja, został sztucznie wykreowany.
Oczywiście to naturalne, że gdy obcina się wydatki, ludzie wychodzą na ulice i protestują. Wszyscy jesteśmy wszak beneficjentami tego systemu. Jednak prędzej czy później okaże się, że nie będzie miał kto za to zapłacić. Aby uzdrowić europejską gospodarkę, potrzebne są bardzo głębokie zmiany i odejście od schematu państwa dobrobytu. Potrzebne są nie tylko niższe wydatki, ale również niższe podatki i pobudzenie przedsiębiorczości sektora prywatnego kosztem rozdętej sfery publicznej. Potrzebny jest wolny rynek pracy. Tylko w taki sposób europejska gospodarka może znów odzyskać konkurencyjność i nadal się rozwijać.
not. osk
Philipp Bagus jest niemieckim ekonomistą, profesorem na  Uniwersytecie Króla Juana Carlosa  w Madrycie. Jest przedstawicielem austriackiej szkoły ekonomii.  W 2011 roku ukazała się po polsku  jego książka "Tragedia euro"
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE