Weekend rp.pl
Na ratunek nosorożcom
Pogawędka z Tomaszem Michniewiczem, dziennikarzem i podróżnikiem
Wrócił pan właśnie z Zimbabwe.
Tak, dwa tygodnie temu. Byłem tam już kilka razy, ponieważ od ponad roku staram się upowszechnić w świadomości Polaków problem wyginięcia afrykańskich nosorożców. Pisząc książkę „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów", trafiłem do rezerwatu, gdzie kilka lat wcześniej doszło do makabrycznej historii. Do placówki, w której hodowano nosorożce, by odtworzyć ich populację, wdarli się uzbrojeni w karabiny, mający noktowizory najemnicy, którzy okaleczyli obsługę i oprócz jednego zabili wszystkie nosorożce i odcięli ich rogi. To miejsce jest pozostawione samo sobie. Nie pomaga mu ani rząd Zimbabwe, ani wielkie organizacje ekologiczne. A jeśli my także nie pomożemy, to czarnych nosorożców już wkrótce nie będzie.
Nie chcę być złośliwy, ale w Polsce też są gatunki zagrożone. Trzeba jechać na koniec świata, by je chronić?
Jasne, że są, choćby rysie. Ale nie uzdrowimy świata na wszystkich frontach. Mnie chwyciła za serce akurat ta historia, to było coś, co mnie pchnęło do działania. Nigdy nie posunąłbym się do gradacji tego, co jest ważniejsze: chronienie zwierząt tu czy tam.
Poleciłby pan Zimbabwe polskim turystom?
Zdecydowanie. Piękny i choć ma złą prasę, bardzo bezpieczny. Turysta jest tu świętym gościem, ludzie są bardzo przyjaźni, nie ma naciągactwa.
A jakaś propozycja dla mniej zamożnych?
Może brzmi to niedorzecznie, ale w Polsce bym polecił... Rzeszów. Wspaniałe miasto i niesamowita starówka. Tam mieszka największy odsetek ludzi zadowolonych ze swojego miasta.















