REKLAMA
Tutaj jesteś: Weekend rp.pl

Weekend rp.pl

Prawo i niesprawiedliwość

Adam Bodnar 18-02-2012, ostatnia aktualizacja 18-02-2012 00:00
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa

Ostatnio mamy do czynienia z serią porażek prokuratury – głośne procesy kończą się uniewinnieniem, akty oskarżenia uznawane są za bezzasadne. A jednak to prokuratorzy triumfują

Tekst z tygodnika Przekrój

W ostatnich tygodniach toczy się dyskusjana temat wewnętrznego kryzysu w prokuraturze, rozdziału urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego oraz zasadności utrzymywania prokuratury wojskowej. Są to problemy, które wymagają refleksji. Do zainteresowania nimi niewątpliwie przyczyniło się „wydarzenie" z udziałem prokuratora Mikołaja Przybyła.

Niestety aż takiego poziomu „medialności" nie mają inne przypadki z życia prokuratury, dotyczące pojedynczych osób oraz ich złamanych (lub na jakiś czas załamanych) życiorysów. W ostatnim roku mieliśmy do czynienia z całą serią spektakularnych porażek prokuratury. Ważne sprawy kończyły się uniewinnieniem, a akty oskarżenia uznawane były za oczywiście bezzasadne. Jeszcze w innych prokuratura kierowała do sądu akty oskarżenia, które z góry skazane były na porażkę – tak, jakby chciała się pozbyć gorącego kartofla i wreszcie coś zrobić z niechcianą sprawą, którą kiedyś ktoś politycznie rozpoczął, a nikt nie chciał zaryzykować jej umorzenia.

Przykre jest, że opinia publiczna nie zajmuje się tymi historiami, dziennikarze nie śledzą, który z prokuratorów zawinił, dlaczego prokuratura popełniła błąd oraz jak go uniknąć w przyszłości. Gdyby każdej z tego typu spraw poświęcić choć 10 proc. czasu antenowego, jaki dany był prokuratorowi Przybyłowi, miałoby to o wiele większe znaczenie dla ogólnego stanu praworządności w Polsce. Niestety w większości przypadków ofiary pozostawione są same sobie. Muszą zastanawiać się, jak przywrócić „własnoręcznie" utracone dobre imię. No bo przecież prawomocny wyrok uniewinniający nie jest dla wielu z nich wystarczający – skoro media w najlepszym przypadku odnotują go gdzieś na piątej czy szóstej stronie gazety codziennej, ewentualnie poświęcą mu program publicystyczny. Dla mediów znacznie ciekawsze było, kiedy dana osoba publiczna została oskarżona. Łatwiej poszukiwać skazy na charakterze, ujmy na honorze czy śledzić upadek kolejnego autorytetu, niż relacjonować zawiły proces.

Przyjrzyjmy się kilku takim głośnym sprawom. Wybór ten jest selektywny, podobne problemy miało wiele innych osób. Jednakże te sprawy – dotyczące osób znanych i powszechnie szanownych – są szczególnym świadectwem poważnej choroby prokuratury. Ich spektakularny charakter powinien być ciosem wymierzonym w dotychczasowe funkcjonowanie prokuratur, owocującym głębokimi zmianami.

Oczywiście niewinny

Adwokat Jacek Dubois – pochodzący ze znakomitego rodu prawniczego – został w 2005 r. oskarżony o utrudnianie śledztwa wobec osób podejrzewanych o działalność przestępczą. Miało to polegać na przekazywaniu im informacji ze śledztwa, zanim formalnie został ustanowiony ich obrońcą. Pomimo że za mecenasem Dubois wstawiły się liczne osoby i instytucje, a postawione zarzuty były powszechnie uznawane za absurdalne, proces ruszył i toczył się przez wiele lat. Dopiero w 2011 r. adwokat został uniewinniony, a sąd w ustnym uzasadnieniu potwierdził, że sprawa w ogóle nie nadawała się do sądu, a zarzuty były oczywiście błędne. Adwokat jednak przez sześć lat żył pod pręgierzem oskarżenia. Po ogłoszeniu wyroku w jego sprawie stwierdził: „Mam nadzieję, że prokurator generalny, widząc, że jego urząd nie ma twarzy, zapyta, dlaczego w ogóle skierowano to oskarżenie". Niestety nie uzyskał nigdy odpowiedzi na to pytanie.

Jeszcze innym przypadkiem jest sprawa Emila Wąsacza, który został oskarżony o popełnienie przestępstwa działania na szkodę interesu publicznego w związku z rzekomymi zaniechaniami przy prywatyzacji PZU. Sprawa toczy się od 2006 r. Niedawno Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił zwrócić prokuraturze akta postępowania przygotowawczego, twierdząc, że na ich podstawie nie można przeprowadzić procesu. Janina Paradowska w liście otwartym do prokuratora generalnego („Polityka" nr 3/2012, str. 8) wyliczyła skwapliwie, co m.in. wchodziło w skład 27 tys. kart akt głównych, ile było w tym zbędnych i przypadkowych dokumentów. Nietrudno się domyślić, że prokuratura wysłała po prostu wszystko to, co miała w szafach, a tym samym pozbyła się problemu. Tylko że sąd się na to nie dał złapać. Efekt jest taki, że sprawa na tym etapie nadaje się do programu satyrycznego. Zapewne wciąż nie do śmiechu jest Emilowi Wąsaczowi, bo dla niego nie jest zakończona. A odwagi na jej umorzenie najwyraźniej w prokuraturze brak.

Poprzednia
1 2 3
Przekrój
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:

Komentarze

Dodaj komentarz

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany Załóż konto|Zaloguj się

Pozostało znaków: 2500