Weekend rp.pl
Anatomia telewizji
Jako jedyna ubrała w marynarkę Jacka Kuronia i nie dopuściła, żeby Roman Polański wyszedł ze studia podczas programu na żywo. Nina Terentiew mówi o wadze intuicji podczas pracy nad programem i o tym, dlaczego nie zostanie szefem TVP.
Wywiad ukazał się w styczniowym numerze magazynu Sukces Telewizja...
Oho, zaczynamy z wysokiego „c".
Sens życia?
Narkotyk.
Zabija?
Jak każdy. Zwłaszcza kiedy się go nagle odstawi. Wewnątrz telewizyjnego świata jest się całkowicie odizolowanym od otoczenia; istnieje odrębny język, poczucie humoru, kod zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Niech pan spróbuje się postawić – dla przykładu – na miejscu dwudziestokilkuletniego inżyniera światła, który dzięki pracy w telewizji zyskuje magiczną moc: może odjąć gwieździe 20 lat albo zrobić z niej staruszkę. I te piękne kobiety, mówiące z ekranów do milionów widzów, uwieszają się mu na ramieniu: Marku, pamiętasz, ja mam ten profil gorszy – mówią – więc nie za ostro, zaświeć w sufit, może w kontrze, daj blachę z przodu.
I kiedy pan Marek nagle traci pracę w telewizji...
To jest dla niego koniec świata. Alkohol, psychotropy, znam sporo takich przypadków.
Pani się jakoś broni przed tym uzależnieniem?
Po latach ten narkotyk zaczyna inaczej działać. W pewnym wieku już się tyle nie poświęca: praca w telewizji przestaje dewastować życie osobiste, nie odbija się na zdrowiu. W moim przypadku daje poczucie całkowitego spełnienia... A wie pan, ostatnio syn uświadomił mi wagę użytego przez pana na początku sformułowania „sens życia".
Co powiedział?
Wróciłam z Polsatu do domu „na czworakach", po kilkunastu godzinach pracy, słaniałam się ze zmęczenia. I mówię: „Boże, kiedy ja wreszcie zacznę żyć?". A on spojrzał zdumiony jak rzadko i odpowiedział: „Matka, ty teraz właśnie żyjesz". Usiadłam, pomyślałam chwilę. Ma rację. Nie marzę o zbieraniu znaczków albo podróży dookoła świata po przejściu na emeryturę. Swoje pragnienia realizuję od ręki. „Ja żyję" – pomyślałam.
Bo co to znaczy osiągnąć sukces? Być spełnionym?
Dokładnie to. Być na swoim miejscu, nie mieć żadnych wątpliwości, że to, co się robi, jest tym, w czym niełatwo nas prześcignąć. Należy wierzyć w swój talent i umiejętności, bez względu na potknięcia. Przeć do przodu, cały czas zakładając, że sukces jest kwestią czasu. Nie osiągają go ci, którzy wychodzą z założenia, że jeśli się nie udaje, to znaczy, że światem rządzą kliki i układy. To bardzo polskie – łatwe, wygodne, usprawiedliwiające. Sukces jest udziałem ludzi, którzy skupiają się przede wszystkim na swojej pasji, na swoich twardych, merytorycznych umiejętnościach, a nie na zastanawianiu się, jak tu dotrzeć do odpowiednich ludzi.
Na przykład?
Zespół Enej, który cztery razy zgłaszał się ze swoimi piosenkami na polsatowski festiwal TOPtrendy i cztery razy upadał na podłogę. Mogliby pomyśleć: dobra, to jest ustawiane, ściemniony konkurs. Nie da się. Nie pomyśleli tak jednak, zgłosili się na casting w Olsztynie do „Must Be The Music", wystąpili i wszyscy moi koledzy, wracając do Warszawy po usłyszeniu ich po raz pierwszy, nucili „Radio Hello". Po kilku dniach Eneja grały wszystkie stacje radiowe od Zetki, Jedynki po RMF. Na listach przebojów zaczęli zostawiać w pobitym polu tuzy naszej sceny muzycznej. Bo są dobrzy w tym, co robią, wytrwali i konsekwentni. Tyle że przed kimś, kto osiągnął sukces, prędzej czy później stanie kolejne wyzwanie: jak go utrzymać...
Janusz Głowacki powiedział, że w USA niektórych winduje się na sam szczyt, by ich później spektakularnie z niego strącić. Taka gra. W Polsce jest podobnie, z tym że zazwyczaj pomija się pierwszy etap.
Przypomina mi się historia Cybulskiego, którego podrzucano do góry, aż w pewnym momencie zapomniano złapać. Powiedziałabym raczej, że w Polsce łatwo zapomina się dbać o sukces. On się często rozmywa, rozłazi, rozdrabnia, zanika... Wtedy opór i presja się zwiększają, więc wielu odpuszcza, trwanie na szczycie zaczyna być zbyt trudne, nieraz bardzo bolesne. Dochodzi polskie piekiełko.















