Opinie
Stan do ruszenia
Pomysł likwidacji stanu spoczynku sędziów i prokuratorów był nieprzemyślany, stąd też zgasł bardzo szybko. Nad reformą emerytur wymiaru sprawiedliwości warto się jednak zastanowić – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Myśl premiera Donalda Tuska rzucona w expose o konieczności zmian "specyficznych uprawnień wynikających ze stanu spoczynku" zaczęła żyć własnym życiem. Zapowiedzią wydawali się być zaskoczeni zarówno w resorcie finansów, jak i sprawiedliwości, gdzie – jak się wydaje – nie powstała wcześniej rzetelna analiza skutków ewentualnych reform.
Pomysł od samego początku wydawał się karkołomny, a cel, jaki miał osiągnąć, czyli oszczędności budżetowe – wątpliwy.
Akademicko – bo żadne konkrety nie padły – pomysł można było rozważać w dwóch wariantach. W pierwszym stan spoczynku byłby "skasowany" wszystkim, pracującym sędziom i prokuratorom oraz tym, którzy weszli już w stan spoczynku i korzystają z uprzywilejowanych emerytur. I w drugim wariancie: przywileje emerytalne traciliby tylko nowi przychodzący do zawodu.
Wariant pierwszy: kosztowny
Wariant pierwszy oprócz tego, że od razu napotykałby barierę w postaci zarzutu naruszenia praw nabytych (a nawet konieczności zmiany ustawy zasadniczej, w przypadku sędziów) rodził też wątpliwości finansowe. Gdyby rząd chciał odebrać wszystkim pracującym sędziom i prokuratorom ich uprawnienia, musiałby najpierw odprowadzić do ZUS miliardy złotych. Od ich uposażeń nie są bowiem potrącane składki: emerytalna, rentowa ani chorobowa.
Przykładowo: jak wskazywali podczas licznych debat sami zainteresowani – jeżeli każdy prokurator i sędzia (jest ich 15 tys.) pracuje w zawodzie od 20 lat i dostaje najniższe wynagrodzenie (6555 zł brutto), to rząd musiałby zaksięgować do ZUS 6 mld 600 mln zł.
Obniżenie stanu spoczynku spowodowałoby, że sędziowie masowo (aby zdążyć przed reformą) odchodziliby w ten stan. Obecnie szacuje się, że czynnych zawodowo jest ponad tysiąc sędziów i prokuratorów, którzy nabyli już formalnie uprawnienia, ale nadal pracują. Szybka ucieczka przed likwidacją stanu spoczynku tak dużej liczby osób na emeryturę mogłaby oznaczać spore trudności w orzekaniu, zwłaszcza w sądach rejonowych. Warto bowiem pamiętać, że powołanie nowego SSR trwa obecnie około roku.
Wariant drugi: konflikt zamiast oszczędności
W drugim wariancie – bardziej realnym – przywileje mieliby tracić tylko nowi wchodzący do zawodu, na wzór reformy emerytur mundurowych. W tym wariancie oszczędności budżetowe byłyby niewielkie. Do zawodu rocznie trafia ok. 100 sędziów i prokuratorów, skutki finansowe reformy byłyby więc widoczne po kilku dekadach.
Warto też zauważyć, że od wynagrodzenia osoby rozpoczynającej pracę, które dziś wynosi 6555 zł brutto, trzeba by potrącić 1835 zł na składkę emerytalną (19,52 proc.), rentową (6 proc.) i chorobową (2,45 proc.). Pracownik zapłaciłby jednak tylko 900 zł. Pozostałe 935 zł to wydatek pracodawcy, a więc pośrednio Skarbu Państwa.
Zmiana wymagałaby również konsensusu politycznego dla zmiany konstytucji. Bo stan spoczynku jest wpisany do ustawy zasadniczej. Art. 180 konstytucji zapewnia sędziom przechodzenie w stan spoczynku. Ma to gwarantować niezależność władzy sądowniczej. Do tego doliczyć należy koszty konfliktu ze środowiskami prawniczymi, które od samego początku groziło protestem w przypadku skonkretyzowania się planów likwidacji przywilejów emerytalnych.
Wystarczy ujednolicić?
Oczywiście wcale nie oznacza to, że sprawa stanu spoczynku jest nie do ruszenia. Rząd powinien przyjrzeć się systemowi emerytalnemu sędziów i prokuratorów, zwłaszcza że w kilku miejscach może on sprzyjać rodzeniu się patologii. Nadużycia może stwarzać m.in. mechanizm przechodzenia do zawodu sędziego – adwokatów czy radców prawnych. Reprezentanci tych dwóch grup zawodowych mogą sięgnąć po tzw. koronę zawodów prawniczych, pod koniec swojej kariery, np. w wieku sześćdziesięciu kilku lat, aby potem w krótkim czasie przejść w stan spoczynku, otrzymując 75 proc. wynagrodzenia np. sędziego sądu okręgowego czy apelacyjnego.















