Wywiady
PiS był jak kolonia karna
Kaczyński powinien być jak dyrygent. W ręku batuta, wsłuchany w skrzypce, w świetne brzmienie wiolonczeli. Ale batuta pomyliła się dyrygentowi z batem – mówi były polityk PiS Michałowi Majewskiemu i Pawłowi Reszce
Jak było w PiS?
Kochałem tę partię, oddałem jej najlepsze lata i pomysły. Dlatego trudno mi odnosić się do niej krytycznie. Nie ukrywam jednak, że szczególnie w ostatnim czasie czułem się, jakbym był w kolonii karnej połączonej z przedszkolem, a nie partii politycznej. U nas będzie obowiązywał inny styl.
Bo, jak wiadomo, Kurski i Ziobro to mistrzowie stylu...
Nie jesteśmy gorszymi klonami Jarosława Kaczyńskiego. Mamy potencjał i zmienimy politykę na prawicy. Czy wy wiecie, że na ostatnim posiedzeniu Klubu Parlamentarnego Solidarna Polska, które trwało 5 godzin, do końca frekwencja wynosiła 100 proc.? Taki jest głód debaty, rozmowy, poważnego, podmiotowego traktowania po latach drylu i lekceważenia. W Klubie PiS po pół godzinie większości posłów nie ma na sali.
Prezes mówi, że jest pan mózgiem spiskowców i knuł pan od dawna.
Jak taki mózg jak prezes nazywa mnie „mózgiem" to czuję się zaszczycony. On mnie uformował jako polityka, mam do niego, nawet jeśli formułuje nieprawdziwe tezy, dożywotni szacunek.
Dlatego wbija mu pan właśnie rdzawy kindżał w plecy.
To my, czyli najpierw trójka, a potem dziewiętnastka, zostaliśmy wyrzuceni z PiS. Ta decyzja dzieląca polską prawicę stworzyła nową sytuację. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Paradoksalnie nasza inicjatywa to jedyna szansa, by Jarosław Kaczyński miał kiedykolwiek jakiś udział we władzy. Jako nasz koalicjant. PiS w obecnej formule nie wygra żadnych wyborów. Dlaczego? Bo w PiS nie ma refleksji nad porażkami, tłumi się krytykę i dyskusję nad popełnionymi błędami, nie wyciąga wniosków. Z wyborów na wybory jest tak samo, tyle że jeszcze bardziej. Właśnie odwołano wybory szefów okręgów. Prezes mianuje komisarzy. Kolonia karna.
Może Kaczyński pogodził się z myślą, że nie wygra wyborów i myśli tylko o partii?
Wygląda to, jakby najważniejsze było utrzymanie stuprocentowej kontroli nad partią. To skrajnie nieefektywne. Dlatego my chcieliśmy odejścia od syndromu, w którym przywództwo utożsamiane jest z zarządzaniem, bieżącym kierowaniem tysiącami spraw.
A Kaczyński tak właśnie kieruje partią?
Tak. Dlatego działalność aktywnych członków partii nastawiona jest na dotarcie do koterii wokół prezesa po to, żeby wyjednać sobie u niego decyzję korzystną dla jakiegoś rozstrzygnięcia w Koziej Wólce. Następuje atrofia woli, partia zamiera, następuje selekcja negatywna i wszystko dzieje się na zasadzie „centralizmu demokratycznego", gdzie o wszystkim musi decydować jeden człowiek, który nie zna tematu, o którym decyduje.
Kim są ludzie, którzy zostali przy Kaczyńskim?
Inaczej niż my pojmują lojalność. Dla nich lojalność to salutować i zgadzać się na wszystko, co powie prezes. Dla mnie lojalność to imperatyw, by, kiedy trzeba, powiedzieć w oczy, co się myśli. To Ziobro i ja byliśmy lojalni. Staraliśmy się mówić, co jest źle. Wielokrotnie.
Może Kaczyński ma złe doświadczenia z takimi jak wy? Zaufani zdradzali go nieraz...
Nie do nas ten zarzut. Nie ma dwóch innych ludzi w PiS, którzy dla wspólnej sprawy straciliby i zaryzykowali więcej niż Ziobro i ja. Życiowo, rodzinnie czy wizerunkowo. W partii coś się zmieniło gdzieś w końcu 2006 roku. Do tego czasu wypracowywano decyzje na podstawie rozmowy, która miała przynajmniej pozory partnerstwa. Po podwójnym zwycięstwie wewnętrzny dyskurs zaczął przeszkadzać.















