Pekin 2008
Wolność słowa w Świątyni Słońca
- Wybiórcza wolność słowa
- Może się nie uduszę na olimpijskiej trasie
- Polska flaga już na maszcie
- Tygrys nadal spokojnie śpi
- Otylia nawet przede mną zakrywa karty
- Biało-czerwone paznokcie
- Ile kosztuje duch
- Bez obietnic i bez kompleksów
- Sobota w Pekinie – czas polski
- Pekin 2008: czy polityka przyćmi sport
Od dziś na czas trwania igrzysk trzy pekińskie parki mają się stać oazą wolności słowa. Każdy będzie mógł w nich publicznie wyrażać swe niezadowolenie i protestować. Oczywiście w zgodzie z obowiązującymi przepisami
Dwie panie pilnujące wejścia do parku Świątyni Słońca natychmiast podrywają się z miejsc na widok wielkiej, żółtej plakietki zawieszonej na mojej szyi. Najwyraźniej zostały poinstruowane, że tak właśnie wyglądają zagraniczni dziennikarze akredytowani przy igrzyskach. Jedna z nich uprzejmie wręcza mi broszurę informacyjną o atrakcjach Pekinu, oglądając przy tym uważnie moją akredytację.
– W jakim celu pan tu przyszedł? – pyta, po czym dyktuje koleżance numer mojego paszportu i wizy oraz informuje kogoś o moim przybyciu przez krótkofalówkę. Takie środki ostrożności są zrozumiałe.
Rząd ChRL obiecał przed igrzyskami, że podczas ich trwania stworzy specjalne „strefy protestu”, w których każdy będzie miał możliwość demonstrowania swych poglądów. Park Świątyni Słońca, którego główne wejście mieści się vis-a-vis polskiej ambasady, to jeden z trzech stołecznych parków oficjalnie desygnowanych jako takie właśnie strefy.
Nazwa gazety?
Już po chwili niczym spod ziemi wyrasta przy bramie wejściowej pan Cao, przedstawiciel kierownictwa parku. Na jego piersi widnieje plakietka z czerwonym sierpem i młotem.
– Skąd pan jest? – pyta, zanim jeszcze zdążyłem wyjaśnić, w jakiej sprawie przychodzę.
– Nazwa gazety?
– Numer akredytacji?
– Spisałaś dane? – upewnia się jeszcze u podwładnej pilnującej wejścia i dopiero wtedy gotów jest do wysłuchania moich pytań.
Pan Cao kręci głową, gdy pytam o to, czy w parku wyznaczono jakieś specjalne strefy dla demonstrantów i czy w ogóle poczyniono jakieś szczególne przygotowania.
– Niczego nie przygotowywaliśmy, bo to nie jest potrzebne. Organizacją protestów ma się zająć Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, nie my. To przedstawiciele urzędu mają towarzyszyć protestującym w parku i zadbać o ich bezpieczeństwo – wyjaśnia z uśmiechem.
Takie przepisy to jego zdaniem nic nadzwyczajnego. – Przecież w każdym normalnym kraju tak jest: istnieje prawo i trzeba go w imię porządku publicznego przestrzegać – przekonuje.
Generał Liu Shaowu, szef bezpieczeństwa igrzysk, wyjaśnił nie tak dawno dziennikarzom, jak wygląda procedura. Każdy, kto ma zamiar zaprotestować w którymś z trzech parków, musi z co najmniej pięciodniowym wyprzedzeniem poinformować o tym stosowne organy bezpieczeństwa. Te z kolei muszą najdalej dwa dni przed planowaną demonstracją dać wnioskodawcy odpowiedź. Jej brak uznawany jest za zgodę.
Po co taka procedura? Z dbałości o społeczną harmonię.
– Do tego parku przychodzą okoliczni mieszkańcy, zwyczajni, spokojni ludzie, którzy tu odpoczywają lub uprawiają sport. Musimy zadbać o to, by nikt nie zakłócał ich spokoju – wyjaśnia pan Cao.
Na wielkim okrągłym placu w dawnej Świątyni Słońca, której park zawdzięcza swe imię, paru mężczyzn ze sporymi kołowrotkami w rękach w skupieniu oddaje się pasji puszczania latawców. Nieco dalej emeryci uprawiają gimnastykę. To normalny widok w każdym chińskim parku. Gdzieniegdzie między drzewami przechadzają się wyposażeni w krótkofalówki strażnicy.
– Gdzie jest dziennikarz? Ktoś widzi dziennikarza? – pyta męski głos w krótkofalówce.
Od Paryża po Kreml
Jeśli komuś nie pasuje Świątynia Słońca, może spróbować protestu w innej strefie: w parku Światowym. Położony jest on na południowych obrzeżach miasta – kilkanaście kilometrów od placu Tiananmen i ponad 20 od wioski olimpijskiej. Ten obiekt to świat w miniaturze. Są tu pseudozabytki z całego globu, za których obejrzenie trzeba zapłacić aż 65 juanów (niespełna 10 dolarów). Teoretycznie można by wyobrazić sobie protest z wieżą Eiffla w tle, a nawet przed miniaturą Kremla.
– Od kiedy można protestować przed Kremlem? – pytam Liu Huimina, zastępcę kierownika ds. relacji zagranicznych parku, lecz panu Liu wyraźnie nie jest do śmiechu.
– Gdzie jest dziennikarz? Ktoś widzi dziennikarza? – pyta męski głos w krótkofalówce
– Jeśli ktoś wejdzie do parku i zacznie demonstrację bez stosownego pozwolenia, to takie zachowanie będzie niezgodne z prawem – odpowiada spokojnie, ale zdecydowanie. Pan Liu potwierdza, że organizacją protestów zajmuje się służba bezpieczeństwa. – To nie nasza sprawa, nie dostaliśmy w tej kwestii żadnych wytycznych – dodaje.















