Historia futbolu
Prywatna historia futbolu
Miałem wątpliwości, czy wolno mi podpisać się pod czymś, co nosi tytuł „Historia futbolu”. Obszar czasowy i terytorialny jest ogromny, mimo że prawdziwy futbol ma zaledwie około 150 lat.
Jego starożytnością jest to, co działo się na boiskach Anglii w połowie XIX wieku, a średniowieczem – powstanie FIFA na początku wieku XX. Nie miałem ambicji opisywania dziejów dzień po dniu, uwzględniając wszystko, co działo się od Londynu po Jakucję i Przylądek Dobrej Nadziei. Nie dałbym rady. Chciałem pokazać, jak to się zaczęło na Wyspach Brytyjskich i w Ameryce Południowej, czyli w miejscach niezmiennie ważnych, i jak udało się doprowadzić do pierwszych mistrzostw świata. Wszystko to, co działo się później, jest tylko naturalną konsekwencją starań pionierów.
Żeby futbol lepiej zrozumieć, warto poznać jego brytyjskie korzenie i dlatego poświęciłem im dużo miejsca. Nie da się opowiadać historii bez początku. Ciąg dalszy jest wyborem zdarzeń ciekawych na boisku lub ważnych dla rozwoju piłki. Moim wyborem, a więc prywatną historią. I tylko dlatego jednak zgodziłem się na słowo „historia” w tytule. Przypominam wydarzenia, których nie sposób pominąć, ale i takie, które z jakichś powodów zapamiętałem. Może jako dziecięce lub młodzieńcze zauroczenie, kiedy wielki futbol był dla nas czymś tak egzotycznym, jak coca-cola i lizaliśmy go raz w roku przez szybę telewizora. Na pewno jako część mojej dziennikarskiej pracy, spełniającej tamte marzenia, dającej możliwość uczestniczenia w meczach, które stawały się historią, oglądaną przeze mnie na stadionie.
Wśród setek takich przeżyć był mecz Argentyny z Anglią na stadionie Azteca i dwie najsłynniejsze bramki Diego Maradony. I spotkanie z moim idolem Alfredo di Stefano. Czekaliśmy na samolot w Nowym Jorku, mieliśmy dużo czasu, mogliśmy porozmawiać, ale cóż to była za rozmowa. On, nie dość, że z powodu strachu przed lotem miał skłonności do ziewania, to jeszcze mówił po angielsku w sposób niezbyt zrozumiały chyba dla samego siebie, a mój hiszpański nie docierał do niego. I tak przez dobre dwadzieścia minut. To dało mi sporo do myślenia na temat powszechnie znanych gwiazd, ale i spowodowało refleksję na własny temat. Niestety, nie do tego stopnia, żeby coś pożytecznego z tego dla mnie wynikało.
Coś nie coś jednak di Stefano mi powiedział. Wiele rzeczy widziałem, o innych przeczytałem, usłyszałem od znanych ludzi futbolu, nie-bojących się latać, więc ułożyłem sobie w głowie historyczną wizję futbolu, którą tutaj Państwu przedstawiam. Zauroczony niegdyś fenomenalnymi zagraniami, dryblingami i strzałami, w miarę dorastania, zacząłem zadawać sobie pytanie – dlaczego? Informacja o Ronaldo, zdobywającym w 17. minucie bramkę lewą nogą, jest niewiele warta, jeśli nie towarzyszy jej pytanie – jak do tego doszło? Dlaczego Anglicy, którzy wymyślili futbol, nie są w nim najlepsi? Dlaczego Brazylijczycy byli mistrzami świata już pięć razy, a Hiszpanie, mający Real i Barcelonę, nie osiągnęli na mundialach nawet tego, co Polacy? Czy właściciele klubów i potężnych firm sprzętu sportowego mają nad futbolem taką władzę, jak przed laty politycy? Czy rzeczywiście wygrywają najlepsi, czy tylko najbogatsi?
Takich pytań jest w tej książce wiele i niektóre pozostają bez odpowiedzi. Wynika to albo z moich ułomności, albo z faktu, że w futbolu takich odpowiedzi nie ma. Dlatego jest frapujący, każe nam wierzyć w zwycięstwo swojej drużyny, nawet jeśli ta wiara jest logicznie nieuzasadniona. Jakieś reguły jednak w nim obowiązują. O tym wszystkim jest ta książka.
Przyjemnej lektury















