Ziemkiewicz: koniec polityki miłości, czas na politykę strachu

aktualizacja: 26.10.2011, 20:31
Rafał A. Ziemkiewicz
Rafał A. Ziemkiewicz
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Donald Tusk, w miarę jak budował monopol swego ugrupowania, zaczął świadomie sięgać po socjotechniki analogiczne do używanych przez poprzednią monopartię – pisze publicysta "Rz".

Rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego zapowiedział, że służba ta "przyjrzy się" poszkodowanym przez klęskę żywiołową plantatorom z podradomskiego "zagłębia paprykowego", czy aby nie wyłudzili odszkodowań, zawyżając areał zniszczonych upraw. Zapowiedź była więcej niż niekonkretna, niejasna, ale obiegła wszystkie media i dotarła, gdzie dotrzeć miała. "Paprykarze" dostali jasny sygnał: przez jednego takiego, co w telewizji pyskował premierowi i polazł na konwencję PiS, wszyscy będziecie mieć kłopoty. Potrzebne wam to było?

Minihelikopter  w foliowych tunelach

Jeśli nawet gdzieś na górze liczba zarejestrowanych wcześniej upraw nie zgodziła się ze zgłoszonymi do odszkodowania zniszczeniami, zweryfikowanie wniosków należy do stosownych urzędów znacznie niższej rangi niż jedna ze służb specjalnych państwa. Wyłudzanie nienależnych świadczeń czy odszkodowań, proceder naganny, choć niestety powszechny, jest zresztą czymś innym niż korupcja, do której tropienia stworzono CBA.
Zajmowanie się liczeniem zniszczonych tuneli i porównywanie ich z wypełnionymi wnioskami nie mieści się w kompetencjach Biura, nie pasuje też do tego technika operacyjna, którą się ono posługuje – trudno sobie wyobrazić, co by miał ujawnić sławny podsłuchująco-podpatrujący minihelikopter puszczony pomiędzy foliowe tunele.
Słowem, merytorycznie zapowiedź ta jest podobnym skandalem jak sławne wkroczenie ABW do moderatora internetowej strony antykomor.pl, kiedy to najważniejsza ze służb specjalnych powołana do zwalczania "poważnych zagrożeń dla konstytucyjnego porządku RP" uznała za takowe, na wniosek prowincjonalnej prokuratury, internetowe kpiny z władzy.
Z całą pewnością żadne z tych posunięć nie było przypadkiem. Podobnie jak postawienie przez jedną z prokuratur absurdalnie poważnych zarzutów, zagrożonych rokiem więzienia, grupie kibiców, którzy rozwiesili na płocie napis: "Donald ma Tole". I podobnie jak wdrożenie przeciwko nim policyjnego śledztwa – bo zatrzymani zostali nie na meczu, ale już po całej sprawie w domach.
Podobnie jak upubliczniona instrukcja komendanta wojewódzkiego policji wskazująca funkcjonariuszom jako priorytet podczas "zabezpieczania imprez masowych" zatrzymywanie osób z antyrządowymi transparentami i jak pokazowe wyrzucenie pracownicy izby skarbowej za utrzymywanie kontaktów z partią opozycyjną.

Pochwały dla nadgorliwych

Pytany – nader rzadko – o podobne zdarzenia premier zbywa wszystko frazesem o "nadgorliwości" swych podwładnych, a oddane mu media wydają się takim wyjaśnieniem całkowicie usatysfakcjonowane.
Ale premier nie mówi prawdy. To nie są przypadki i nie jest to też "nadgorliwość". Gdyby zaangażowanie ABW w walkę z żartami z prezydenta czy inne podobne przypadki były skutkiem nadgorliwości, ktoś poniósłby konsekwencje i nikomu innemu nie powinno na tym zależeć bardziej niż samemu premierowi. Tymczasem wszystko wskazuje, że rzekomi "nadgorliwcy" wcale nie są karani, wręcz przeciwnie  – chwaleni.
Mamy tu do czynienia z zupełnie świadomie wprowadzaną nową "piarowską" strategią władzy – strategią izolowania opozycji od społeczeństwa za pomocą strachu. Na razie jest to strach wywoływany łagodnie.
Gospodarza antyprezydenckiej strony internetowej potraktowano bardzo uprzejmie, niczego mu nie odbito, nawet nie ukarano – może dlatego, że zachował się w sposób oczekiwany, to znaczy oznajmił, że nie chce mieć więcej kłopotów i kończy działalność. Chłopcu skazanemu z drakońską surowością za namazanie na ścianie szkoły obelgi pod adresem rządu w drugiej instancji wyrok ten złagodzono. Kibicom od "Toli" też w końcu odpuszczono. A i "paprykarzom" pewnie nic wielkiego CBA nie zrobi, chyba że nie zrozumieją aluzji i nie uspokoją jakoś krewkiego sąsiada.
Ale też – na razie nie trzeba więcej. Pomruk niezadowolenia i pogrożenie przez władzę palcem wystarczają.

Byle się nie narażać

Na niedawnej konferencji zorganizowanej przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy pewien ksiądz opowiedział, jak próbował zebrać podpisy pod petycją o ustawienie w miejscowości pomnika Konstytucji 3 maja. Wszyscy parafianie byli za, ale gdy przyszło do podpisów, nagle zaczęli odmawiać. Charakterystyczne były argumenty, jakimi się przy tym posługiwali: mam syna na studiach w Warszawie, mam córkę za granicą, bratanica pracuje w urzędzie gminy – ksiądz przecież rozumie, nie mogę ich narażać...
Przez salę przeszedł podczas tej opowieści pomruk zrozumienia. Nikt nie był zdziwiony. Takie zdarzenia doskonale są znane każdemu, kto próbował w Polsce jakiejkolwiek działalności społecznej. Przykład jest może o tyle tylko jaskrawy, że poszło w końcu o upamiętnienie wydarzenia historycznego, które trudno uznać za jakoś szczególnie "antyplatformerskie". Gdyby księdzu przyszło do głowy stawiać pomnik ofiarom katastrofy smoleńskiej, natychmiastowe wytworzenie się wokół niego pustki byłoby oczywiste.

Zbiorowość zestrachana

Uważamy się za naród odważny, ale ten stereotyp jest jak najdalszy od prawdy. W istocie Polacy wciąż pozostają zbiorowością ludzi ponadprzeciętnie zestrachanych, bojących się każdej władzy, nawet tak niskiej rangi jak prezes spółdzielni mieszkaniowej czy kółka rolniczego. To oczywiste dziedzictwo PRL. Pamiętam z lat 80. skecz Jacka Fedorowicza – wówczas akurat sympatyzującego z opluwanymi, nie opluwającymi – w którym Kolega Kierownik opowiadał, jak "specialna komórka zabezpieczy emeritom i innej biedocie stracha", rozsiewając pogłoski, że tym, co nie pójdą na wybory, będzie się odbierać recepty. Kilka lat później, już w wolnej Polsce, na własne oczy obserwowałem, jak wiją się ze strachu (z dosłownie tymi samymi usprawiedliwieniami, które przytaczał cytowany przed chwilą ksiądz) ludzie proszeni o podpis pod społecznym projektem konstytucji.
Jak dotąd jednak nikt w III RP do tego wstydliwego dziedzictwa PRL nie próbował się odwoływać. Przeciwnie, władza demonstrowała aż przesadną grzeczność wobec wszelkiego rodzaju protestów. Dopiero Donald Tusk, w miarę jak budował monopol swego ugrupowania jako całkowicie mu podporządkowanej partii władzy, zaczął świadomie sięgać po socjotechniki analogiczne do używanych przez poprzednią monopartię. Pierwsze próby dokonane na "handlarzach dopalaczami" i "kibolach" okazały się udane i dowiodły, że dysponuje oddanymi mediami, zwłaszcza elektronicznymi, a więc z zasady oddziałującymi bezpośrednio na emocje, można się kusić również o otoczenie kordonem strachu i niechęci grup znacznie szerszych. Nawet całego "żelaznego elektoratu" opozycji.
Tym bardziej że przecież Tusk dysponuje całą niezbędną do tego peerelowską infrastrukturą, troskliwie przechowaną, a nawet rozwiniętą przez  III RP. Każdy obywatel wie, że wobec urzędu nie ma i nigdy nie będzie miał racji. Każdy przedsiębiorca wie, że  47 kontroli może go, jeśli tylko zechce, błyskawicznie doprowadzić do bankructwa. A każdy pracownik sfery budżetowej – że może wylecieć.
Strach przed wsparciem jakiejś nieprawomyślnej inicjatywy, przed udostępnieniem sali albo nie daj Boże zaproszeniem "pisowskiego" pisarza do biblioteki publicznej, ostrożność, z jaką ludzie, nawet bardzo młodzi, deklarują swoje sympatie tylko na osobności, publicznie nakładając maskę "nie interesuję się polityką" – są więc całkowicie racjonalne. I z każdą pokazówką, w rodzaju tej dokonywanej na "Staruchu", coraz bardziej.

Stare nawyki

Władza – i szeroko rozumiana elita, która za nią stoi – doskonale to wie. "Oni" są nie tylko "starzy, gorzej wykształceni i z prowincji", obciachowi, niemodni, żałośni, ale na dodatek groźni. Masz jakąś tam pracę, wiążesz koniec z końcem, to się ciesz i od takich, co podskakują, trzymaj się z daleka, bo sprowadzą na ciebie kłopoty. Jak ten pyskaty "paprykarz" na sąsiadów.
Stare wojskowe sposoby – albo sami zrobicie wyrodkowi "kocówę" i przywołacie go do  porządku, albo cały pluton ma przerąbane aż do skutku – w latach 80. doskonale się sprawdziły, sprawiając, że mimo pogłębiającego się kryzysu sympatia do "Solidarności" i gotowość pomagania jej stale malała.  W sytuacji, gdy polityka "miłości" się wyczerpała, grill robi się pusty, a ciepła woda coraz chłodniejsza, odwołanie się przez władzę do wciąż tkwiących w pamięci społeczeństwa nawyków wręcz się narzuca.
Pytanie tylko, jak daleko Tusk jest gotów się na tej drodze posunąć.

POLECAMY

KOMENTARZE