"Rzeczpospolita" ujawnia
Czego Bondaryk szukał w Erze
Zeznania pracownika operatora GSM. Krzysztof Bondaryk, żądając tajnych danych, miał sugerować, że może zwolnić go z pracy
Firmy telekomunikacyjne muszą – w myśl prawa – współpracować z organami ścigania.
U każdego z operatorów są specjalne wydziały do kontaktów ze służbami, których pracownicy posiadają specjalne poświadczenia bezpieczeństwa. Zajmują się np. przekazywaniem billingów czy zakładaniem podsłuchów.
W 2005 roku pojawiły się podejrzenia, że dane o tajnych operacjach służb specjalnych mogą wyciekać z firmy PTC (właściciel sieci komórkowych Era i Heyah).
Śledztwo w tej sprawie prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod nadzorem warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Świadkowie odpowiedzialnością za kopiowanie tajnych danych i próby wydobycia tajnych informacji od pracowników Ery obciążyli m.in. dzisiejszego szefa ABW Krzysztofa Bondaryka.
Bez poświadczenia
W aktach śledztwa, do których dotarła “Rz”, jest wiele informacji o nieprawidłowościach w ochronie informacji niejawnych w PTC.
Wynika z nich, że na przełomie lutego i marca 2005 r. Bondaryk, który właśnie rozpoczął pracę w Erze, miał się dopominać od Władysława Nai – pełnomocnika do spraw informacji niejawnych – informacji o zainteresowaniach służ specjalnych abonentami sieci komórkowej Era GSM. Bondaryk nie miał wówczas ważnego poświadczenia bezpieczeństwa osobistego umożliwiającego dostęp do informacji niejawnych. Sam zeznał, że otrzymał je dopiero w kwietniu 2005 r.
Podczas konfrontacji w prokuraturze z Nają utrzymywał jednak, że informacjami niejawnymi zaczął się interesować dopiero po otrzymaniu poświadczenia bezpieczeństwa.
Jak wierzący katolik pyta o Solorza
Według Nai Bondaryk wypytywał go, czym interesowały się służby specjalne, a szczególnie, czy były zainteresowane osobą właściciela Polsatu Zygmunta Solorza.
W tej sprawie Bondaryk zeznawał w towarzystwie adwokata. Zasłaniał się brakiem pamięci. “Nie pamiętam, żebym pytał p. Naja o kierunki zainteresowań uprawnionych organów ścigania wynikających z nadsyłanych przez nie zapytań. Nie pamiętam, żebym pytał go również o to, czy ktoś, i do jakich spraw, interesuje się osobą
p. Zygmunta Solorza, właściciela Polsatu” – czytamy w protokole zeznań.
Zygmunt Solorz został przesłuchany w tej sprawie 12 lipca 2007 roku. Przyznał, że zna Krzysztofa Bondaryka, który dla niego pracował. “Nikogo nie prosiłem, by sprawdził, czy ktoś zbiera na mnie materiały. Ja nie mam nic do ukrycia. Nie interesują mnie sprawy związane z polityką” – zeznał Solorz.
Naja twierdził też, że Krzysztof Bondaryk, usiłując wydobyć od niego informacje, uciekał się do specyficznej argumentacji.
“Mógłbym pana zwolnić już teraz, ale jestem wierzącym katolikiem. Wiem, że kupił pan sobie bogate mieszkanko, biorąc to na wysoki kredyt i nie zamierzam Pana niszczyć” – tak pracownik PTC relacjonował śledczym słowa Bondaryka.
Czyszczenie u mecenasa
W aktach jest też potwierdzenie innej historii, którą opisywały już media.
Świadek Ryszard Ł. – administrator systemu Ery “Chopin”, który monitoruje abonentów i rejestruje wiele danych, m.in. na potrzeby specsłużb – zeznał, że na polecenie Bondaryka wraz z Eugeniuszem T. (inspektorem bezpieczeństwa teleinformacyjnego Ery) pojechali do Suwałk. Specjalną aparaturą sprawdzili, czy pomieszczenia używane przez mecenasa Władysława H. (przyjaciela Bondaryka) nie są podsłuchiwane. W aktach są dokumenty dotyczące tej delegacji.
Adwokatem Władysławem H. w tym czasie interesowały się organy ścigania w związku z aferą w suwalskim wymiarze sprawiedliwości. H. zasłynął tym, że wraz z synami próbował uprowadzić swoją byłą asystentkę, która mogła dysponować kompromitującymi go materiałami.
Prokurator Grzegorz Masłowski, który prowadzi sprawę afery w suwalskim wymiarze sprawiedliwości, zażądał akt ze śledztwa w sprawie wycieku tajnych informacji z Ery. Chce sprawdzić, czy przegląd pomieszczeń Władysława H. przez pracowników operatora nie był przestępstwem utrudniania śledztwa.













