Publicystyka
Prawda jest gdzie indziej
Neomesjanizm, którego źródłem jest zmartwychwstanie Chrystusa i oczekiwanie na jego ponowne przyjście, bez Smoleńska będzie eskapizmem, ucieczką od własnej historii, przez którą Bóg chce mówić do człowieka – uważa poeta i publicysta "Gazety Polskiej"
Udowadnianie, że nie jest się wielbłądem, to zajęcie wyjątkowo niewdzięczne. Dlatego długo się zastanawiałem, czy odpowiadać na tekst Filipa Memchesa „Smoleńsk pogrąża Polskę" („Rz" 25.07). Czynię to wyłącznie ze względu na skalę manipulacji, przy użyciu których autor próbuje podważyć wiarygodność wielu ludzi, nie tylko moją.
Fałszywe przedstawianie poglądów tych Polaków, dla których Smoleńsk jest doświadczeniem formacyjnym, to obecnie najpoważniejszy problem polskich mediów. Kreatywni publicyści od kilkunastu miesięcy uganiają się – również na tych łamach – za stworzonymi przez siebie fantomami „mętnej smoleńskiej mistyki" czy „religii obywatelskiej". A kto domaga się zbadania ewentualności zamachu, natychmiast jest stygmatyzowany jako wariat.
Memches wychodzi od mojego felietonu z „Gościa Niedzielnego", gdzie rzekomo „ciskałem gromy na »neomesjanizm bez Smoleńska«". Jego zdaniem takie określenie neomesjanizmu świadczy o tym, że „nowy polski romantyzm polityczny" to „rodzaj świeckiej religii obywatelskiej". Na jakiej podstawie tak sądzi, trudno zgadnąć. W felietonie chwaliłem jedynie młodych ludzi, którzy po 10 kwietnia 2010 roku odkryli zakorzenienie swojej wiary w realnym świecie: „Nie interesuje ich neomesjanizm bez Smoleńska, idea sprawiedliwości społecznej bez biednych i poniżonych, a chrześcijaństwo bez żywego Chrystusa, który uobecnia się nie w świecie idei, lecz pośród ludzi i ich realnych dramatów".
Jeśli neomesjanizm ma mieć jakiś sens, a nie być tylko snobistycznym hasłem, wymyślonym przez redaktorów pisma „Czterdzieści i cztery", musi odnosić się do rzeczywistości historycznej, społecznej, politycznej, pozwalając ludziom znaleźć w swoich zbiorowych losach duchowy sens. Chrześcijanie wierzą, że każdy z nas ma swoją historię, pisaną przez Boga. Trudne dzieciństwo, choroba czy bankructwo finansowe to nie doświadczenia przeklęte, lecz służące rozwojowi duchowemu, pozbywaniu się skóry „starego człowieka".
Ale oprócz indywidualnego losu każdy z nas posiada też los wspólnotowy. Doświadczenia rodziny, wspólnoty religijnej, małej ojczyzny, w końcu narodu komunikują nas z Bogiem tak samo jak prywatne. Mówiąc bliskim Memchesowi językiem Drogi Neokatechumenalnej, także przez historię Polski, w której uczestniczymy, przechodzi żywy Jezus Chrystus. Również wydarzenia narodowe mogą stać się głębokim duchowym przełomem. Czy koniecznie trzeba dezawuować tych, którzy wobec smoleńskiej tragedii śpiewają: „O Panie mój, nie omijaj mnie, proszę, chciej się zatrzymać"?
Pora szczegółowo odnieść się do manipulacji obecnych w tekście „Smoleńsk pogrąża Polskę". Dla klarowności wywodu cytaty z Memchesa podaję kursywą.
1. ... katastrofa smoleńska urasta do rangi centralnego wydarzenia w dziejach nie tylko Polski, ale i całego świata.
Nie wiem, od kogo autor usłyszał takie brednie. W tekstach publikowanych po 10 kwietnia 2010 r. pisałem wyraźnie, że katastrofa smoleńska jest centralnym wydarzeniem mojego życia. Gdybym urodził się w innych czasach, być może centralnym wydarzeniem mojego życia stałoby się inne dramatyczne doświadczenie: wojna, rzeź wołyńska, powstanie warszawskie albo Grudzień '70. Żyję jednak tu i teraz. Ani w życiu prywatnym, ani wspólnotowym nie doświadczyłem wcześniej podobnej tragedii. I nigdy niczego nie przeżyłem tak głęboko, również na poziomie duchowym.
Napisałem gdzieś, że Smoleńsk to jedno z najważniejszych wydarzeń w naszych dziejach. To kwestia faktów, a nie interpretacji: katastrofa, w której zginęli dwaj prezydenci i znaczna część politycznej elity państwa, bez wątpienia jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Polski. Ilu? Kilkunastu czy kilkudziesięciu? Takie licytacje nie mają najmniejszego sensu.















