Media i Internet
Cyberzłodzieje kradną co roku 60 mld dolarów
Kradzież pieniędzy z kont, danych personalnych czy danych z tajnych firmowych serwerów to codzienność
W ciągu ostatniego półrocza coraz częściej pojawiają się informacje o zagrożeniu ze strony hakerów. W zasadzie nie ma miesiąca bez kolejnego spektakularnego cyberataku. Medialna burza wokół wirtualnej przestępczości rozpętała się po kwietniowych atakach na serwery Sony. W kolejnych tygodniach włamaniom nie oparły takie giganty jak Google, Nintendo, Lockheed Martin czy Citibank. Internetowi przestępcy przypuścili także szturm na instytucje publiczne – zaatakowano serwery FBI, Pentagonu, CIA, Senatu USA, a także Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Zuchwali włamywacze zagrozili również atakiem na Fed jeśli szef tej instytucji, Ben Bernanke nie zrezygnuje ze stanowiska. Kilka dni temu uderzono w medialne imperium Ruperta Murdocha – ofiarą padły witryny tabloidów The Sun i News of the World. Część z tych głośnych ataków miała charakter pokazowy. Hakerzy w ten sposób chcą zwrócić na błędy w zabezpieczeniach. Najczęściej jednak wirtualni przestępcy włamują się do systemów firm by wykraść bardzo cenne dane i na nich zarobić. Jak informuje firma Kaspersky Lab, zajmująca się bezpieczeństwem IT, jeszcze kilka lat temu włamanie się do serwerów dużej firmy stanowiłoby spory wyczyn dla hakerów. Niestety obecnie podobne incydenty stają się coraz bardziej powszechne. Wszystko wskazuje na to, że niektórzy profesjonalni hakerzy trafili na żyłę złota, rezygnując z masowego infekowania komputerów domowych na rzecz włamywania się do dużych korporacji.
Gospodarka traci miliardy
Specjaliści od zabezpieczeń w firmie Kaspersky Lab wyliczyli, że informacje o przeciętnym użytkowniku Internetu, który ma na koncie ok. 5 tys. zł, dwa adresy e-mail, dwie karty: płatniczą i kredytową, korzysta z komunikatorów i serwisów społecznościowych są warte ok. 1200 zł. Profesjonalni hakerzy trafili więc na żyłę złota.
Niektórzy eksperci są zdania, że w ciągu ostatnich miesięcy wcale nie zwiększyła się w jakiś znaczący sposób ilość, czy częstotliwość cyberataków. Stały się one po prostu bardziej medialne. Faktem jest jednak, że każdy atak jest źródłem poważnych konsekwencji finansowych. Dla przykładu włamanie do serwerów Sony spowodowało utratę danych ponad 100 mln klientów PlayStation Network, internetowej platformy dla użytkowników konsoli do gier Playstation 3. W efekcie Sony zmuszone było zablokować dostęp do usługi na miesiąc. Na to by wszystko wróciło do normy klienci musieli czekać półtora miesiąca, a całe zamieszanie kosztowało firmę 171 mln dol. Utraty zaufania klientów nie sposób wycenić.
Wszystko wskazuje na to, że problem cyberprzestępczości narasta. Jak wynika z raportu Ponemon Institute, niemal wszystkie firmy w Stanach Zjednoczonych padły ofiarą naruszenia ich wirtualnego bezpieczeństwa w przeciągu ostatniego roku. Badanie, które zostało przeprowadzone wśród 583 specjalistów ds. bezpieczeństwa w dużych firmach w USA, Wielkiej Brytanii i Niemczech wykazało, że aż 90 proc. przedsiębiorstw odnotowało w ciągu ostatniego roku, co najmniej jedno włamanie. 59 proc. twierdzi, że doszło u nich do dwóch lub więcej włamań. 41 proc. badanych przedsiębiorstw wyceniło średni koszt jednego ataku na pół miliona dolarów – w kwocie tej uwzględniono utratę przychodów, nakłady pieniężne, przerwy w działalności i inne wydatki.
Z kolei badanie zlecone przez Symantec Corporation pokazuje, że koszt pojedynczego naruszenia bezpieczeństwa danych w 2010 roku wyniósł 7,2 mln dol w porównaniu do 6,75 mln rok wcześniej.
W efekcie internetowa przestępczość uderza w globalne rynki. Według firmy McAfee, zajmującej się ochroną antywirusową i bezpieczeństwem komputerowym światowa gospodarka w wyniku wszystkich cybrkradzieży traci co roku 60 mld dol.
Zagrożenie z Chin
Po włamaniu na należące m.in. do pracowników administracji waszyngtońskiej i chińskich dysydentów konta poczty elektronicznej Gmail, firma Google ostrzegała swoich użytkownik przed atakami hakerów, zaznaczając, że prawdopodobnie stoją za nimi Chiny. W sprawę wmieszał się rząd Stanów Zjednoczonych, który zwrócił się do Chin o przeprowadzenie śledztwa. Wywołało to ostrą reakcję Pekinu. - Zrzucanie odpowiedzialności na Chiny jest niedopuszczalne – grzmiał wówczas rzecznik chińskiego MSZ Hong Lei.






