Kompromitacja eksperymentu multi-kulti

aktualizacja: 29.07.2011, 00:00
Foto: Fotorzepa, Marek Obremski Marek Obremski

Eksperyment multi-kulti się skompromitował. Jak zresztą większość społecznych eksperymentów, w których tak się lubuje lewica – pisze publicysta

Nietrudno było przewidzieć, że masakra, jaką urządził w Norwegii Anders Breivik, zostanie wykorzystana do stworzenia kilku powtarzanych w nieskończoność klisz. Zbitka „chrześcijański fundamentalista, przedstawiciel radykalnej prawicy" została wbita w głowy setkom tysięcy ludzi, choć nawet pobieżna lektura zapisków Breivika musi prowadzić do wniosku, że mamy do czynienia z brakiem jakiejkolwiek czytelnej idei.
Jest tam wszystko: tolerancjonizm obyczajowy, nacjonalizm, ciągotki totalitarne, masońskie odniesienia, dziwny historycyzm i wiele innych wątków, których nijak nie da się ze sobą połączyć.
Czynów Breivika nic nie usprawiedliwia, to oczywiste. Jeżeli jednak przyjąć, że nie mamy do czynienia z osobą chorą umysłowo – a na razie nic na to nie wskazuje – warto odpowiedzieć na pytanie, co mogło być iskrą zapłonową dla jego czynów. Z wyjaśnień i zapisków mordercy można ten czynnik łatwo wyłowić: to kwestia multikulturowości oraz liberalnego stosunku do imigracji, zwłaszcza islamskiej.

Dogmat lewicy

I tu charakterystyczna jest reakcja przedstawicieli lewicy. Po pierwsze – upierają się, aby nie dostrzegać problemu. Więcej nawet – jak deklarowali w mediach Sławomir Sierakowski czy Rafał Pankowski (jeden z „zawodowych antyfaszystów") – tym bardziej trzeba upierać się przy multikulturowości, żeby „Breivik nie wygrał". Innymi słowy – trwajmy przy skompromitowanej i niewydolnej polityce na złość Breivikowi.
Jak widać, przedstawiciele lewicy lubią sięgać do korzeni swojego światopoglądu i odwoływać się do Heglowskiego stwierdzenia: „Jeżeli teoria nie jest w zgodzie z faktami, tym gorzej dla faktów". Dogmatem jest tolerancjonizm i multikulturowość i nic nas nie przekona, że te projekty się nie sprawdzają.
Nie ma żadnych podstaw, aby nazywać Breivika chrześcijańskim fundamentalistą, bo nie istnieje odłam chrześcijaństwa, który nawoływałby do zabijania niewinnych ludzi
Ważne, aby zrozumieć, w jaki sposób lewica rozumie multikulturowość. Nie jest to po prostu postulat, aby przyjmować imigrantów i podchodzić do nich z tolerancją. Tolerancja we właściwym, niewypaczonym przez lewicę znaczeniu tego słowa oznaczałaby bowiem tyle, że jesteśmy gotowi przyjmować w naszym obszarze kulturowym przybyszów z innych obszarów, ale nie jest to gościna bezwarunkowa. Podstawowym zaś warunkiem jest, że owi imigranci nie mogą przenosić do nas kompletu swoich zwyczajów, bo nie każdy da się bezkonfliktowo wkomponować w europejską wrażliwość, historię, cywilizację.
U podstaw takiego podejścia musi leżeć stwierdzenie, że różne kultury tworzą spójne całości, których elementami są właśnie religia, tradycja, historia, kody kulturowe. Nie da się ich do woli mieszać jak farb, uzyskując tęczowy, uładzony i optymistyczny obrazek. Jeżeli na tym obrazku pojawiały się pęknięcia, lewica miała na to jedną radę: ustępować. Bo przecież z zasady to my, biali, europejscy chrześcijanie jesteśmy „tymi złymi" i imigrantom coś się od nas należy.

Bezmyślna akceptacja

Zabawne były momenty, kiedy dochodziło do konfliktów pomiędzy tym radosnym tolerancjonizmem a innymi obsesjami lewicy. Jak np. pogodzić multi-kulti z rytualną rzezią zwierząt albo tradycyjnym dla islamu przedmiotowym stosunkiem do kobiet? Tu lewica prostej odpowiedzi nie miała – wikłała się w sprzecznościach własnego doktrynerstwa.
Multi-kulti w dotychczasowym wydaniu opierało się na radosnej – można by nawet powiedzieć: bezmyślnej i pozbawionej refleksji nad konsekwencjami – akceptacji dla niemal wszystkich żądań i postulatów imigrantów. To w imię ich komfortu psychicznego w niektórych państwach ograniczano możliwość eksponowania symboli należących do europejskiej tradycji, przede wszystkim religijnej. Gdy jednak ktoś zgłaszał uwagi do budowy kolejnego rekordowo wysokiego minaretu lub sprzeciwiał się głośnym śpiewom muezina – ogłaszany był „wrogiem tolerancji", nacjonalistą lub nawet złowrogim faszystą.
Można się zatem spodziewać, że historia Breivika zostanie teraz wykorzystana do stworzenia kolejnego kłamliwego skojarzenia: każdy, kto ośmieli się podważać sens multikulturowości rozumianej tak, jak chciałaby tego lewica, może zostać okrzyknięty wspólnikiem norweskiego zbrodniarza. Czekam tylko, aż w tym gronie znajdą się choćby XIX-wieczny filozof Feliks Koneczny (w swoim dziele „O wielości cywilizacji" pisał o islamie, że trudno odnaleźć w nim jakąś przejrzystą myśl teologiczną, a Koran jest przegadany; podkreślał, jak złe skutki może mieć mieszanie ze sobą różnych kultur), czy, z postaci współczesnych, Agnieszka Kołakowska, autorka świetnego zbioru esejów „Wojny kultur", pokazującego absurdy polityki multi-kulti i poprawności politycznej.
Dziś można powiedzieć, że eksperyment multi-kulti się skompromitował. Jak zresztą większość społecznych eksperymentów, w których tak się lubuje lewica. Nie da się stworzyć dobrze działającego, wolnego od przemocy i napięć społeczeństwa przez wyrzeczenie się własnej tożsamości, zwłaszcza w sytuacji, gdy korzysta na tym grupa, której tożsamość kulturowa i religijna jest niezwykle mocna. Społeczeństwo, w którym swobodnie i radośnie przeplatają się rozmaite kody kulturowe z oddalonych od siebie obszarów, jest utopią. Nie byłoby to zresztą społeczeństwo wielu tożsamości, ale społeczeństwo bez tożsamości w ogóle, bo ta może być tylko jedna.
Inna rzecz, że takie społeczeństwo nigdy nie powstanie – cywilizacja zachodnia i islamska do siebie nie przystają. Zachód, ogarnięty obsesją „neutralności światopoglądowej", a więc wyrzekający się podstaw własnej tożsamości, wpuścił masy ludzi, których tożsamość kulturowa i religijna definiuje bez reszty sposób postrzegania przez nich świata – w tym krajów, które ich goszczą.

Wygrywa silniejszy

W takim starciu – bo jest to starcie cywilizacji, a nie rozmowa u cioci na imieninach – wygrywa po prostu ten, kto jest silniejszy ideowo. W tym sensie jest to gra o sumie zerowej. W perspektywie strategicznej – albo jako warunek pobytu u nas postawimy przybyszom zrozumienie, że są tu gośćmi i muszą się dostosować; albo za jakiś czas obudzimy się już nie we własnym domu. Goście przejmą rolę gospodarzy.
Na oficjalnym poziomie nie znajdziemy oczywiście tak wyrazistych opinii. Poprawność polityczna nakazuje uciekanie od wskazywania, kto konkretnie wywołuje problemy, co na poziomie praktycznym wywołuje absurdalne, nawet komiczne skutki. Aby na przykład nie uznano, że kontrola osobista na lotniskach kogoś dyskryminuje, losowe sprawdzanie osób o wyglądzie, który może wskazywać, że pochodzą z krajów islamskich, trzeba równoważyć kontrolami osób o wyglądzie „neutralnym".
Fakty jednak pozostają niezaprzeczalne: nie ma żadnych podstaw, aby nazywać Breivika chrześcijańskim fundamentalistą, bo nie istnieje odłam chrześcijaństwa, który nawoływałby do zabijania niewinnych ludzi. Tymczasem, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, w islamie istnieją bynajmniej nie marginalne odłamy lub szkoły, które wprost nawołują do stosowania przemocy wobec „niewiernych". To islamiści rekrutują dzieci do przenoszenia swoich bomb – nie chrześcijanie. Tu nie ma równowagi.

Sygnał do odwrotu

Tak się jednak szczęśliwie składa, że lewicowcy, nawołując, aby w imię sprzeciwu wobec poglądów Breivika nadal forsować multi-kulti, jawią się coraz bardziej jako oderwani od rzeczywistości epigoni. Europa zabrnęła oczywiście zbyt daleko w urzędową, tolerancjonistyczną retorykę, żeby wycofać się z niej jednorazowo. Jednak kolejne zdarzenia pokazują, że przywódcy krajów mających największe problemy z imigracją zaczynają się od tej polityki odwracać.
Pierwsze sygnały zaczęły już dość dawno temu dobiegać z Francji, gdy rozgorzała tam dyskusja o prawie kobiet do zasłaniania twarzy. To o tyle ciekawe, że akurat noszenie czadoru nie jest najbardziej kontrowersyjnym muzułmańskim obyczajem, a wychodząc z liberalnego paradygmatu, można by nawet argumentować, że to sprawa indywidualnej decyzji. Dziś czadory we francuskich szkołach są zakazane, ale trudno uznać, żeby decyzja ta została bezproblemowo zaakceptowana przez muzułmanów.
Zarazem, paradoksalnie, poprawność polityczna nie pozwala oficjalnie stwierdzić tego, co widać gołym okiem: że w większości wypadków to muzułmanie rozpoczynają burdy na przedmieściach francuskich miast i zarazem mają wobec francuskiego państwa ogromne roszczenia. Za swoją sytuację niemal nigdy nie winią siebie, ale właśnie Francję. To skutki treningu w politycznej poprawności. Na tej samej zasadzie Murzyn, zatrzymany w USA za przekroczenie prędkości, będzie oskarżał policjantów o rasizm.
Także w Niemczech trwa ostra debata nad przyszłością multikulturowej polityki. W ostrej formie zapoczątkowała ją głośna książka byłego członka rady nadzorczej Bundesbanku Thilo Sarrazina (zresztą, żeby było śmieszniej, członka SPD), zatytułowana „Samolikwidacja Niemiec". Sarrazin zawarł w niej kilka oczywistości – że rdzenni Niemcy zaczynają stanowić w swoim kraju mniejszość, a dominacja imigrantów wiąże się m.in. z ich dzietnością, o wiele większą niż w przypadku Niemców. Tego było za wiele dla niemieckiego establishmentu – Sarrazin został wyklęty. Tyle że jakiś czas później Angela Merkel została pierwszym europejskim przywódcą, który odważył się publicznie stwierdzić, że multikulturalizm zawiódł.

Jak ugasić pożar

Na tle Niemiec czy Francji kraje skandynawskie (poza Danią), w tym Norwegia, charakteryzowały się zawsze bardzo liberalnym podejściem do imigrantów. Nie tylko chętnie ich przyjmowały i obdarzały socjalem, ale też właściwie niczego nie wymagały w zamian. Polityka integracji imigrantów z krajów islamu niemal nie funkcjonowała.
Casus Breivika jest ekstremalny. Wskazuje jednak na realny problem, od którego nie da się uciec. Im bardziej zachodnie społeczeństwa będą abdykować ze swojej tożsamości i im mniej warunków będzie się stawiać imigrantom spoza naszego obszaru kulturowego, tym więcej będziemy mieli groźnych frustratów. Nawoływania lewicy, aby tym bardziej na siłę promować multi-kulti, brzmią tak, jakby ktoś chciał gasić pożar, polewając ogień benzyną.
Autor jest komentatorem dziennika „Fakt"

POLECAMY

KOMENTARZE