Kataryna i Robert Mazurek o związkach partnerskich

aktualizacja: 08.06.2011, 18:20
Ustawa o związkach partnerskich nie jest końcem, ale dopiero początkie...
Ustawa o związkach partnerskich nie jest końcem, ale dopiero początkiem długiej drogi środowisk homoseksualnych - piszą Kataryna i Mazurek
Foto: Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska

Nawet gdyby ustawa o związkach partnerskich nie była wstępem do adopcji dzieci przez homoseksualistów, należałoby ją odrzucić – piszą blogerka i publicysta „Rzeczpospolitej"

Apele niektórych polityków, by o związkach partnerskich przed wyborami nie rozmawiać, są co najmniej dziwaczne. Donald Tusk przekonywał niedawno, że to temat poważny, wart namysłu i sensownej dyskusji, więc nie warto poświęcać go na kampanijną bijatykę. Jeśli tak, jeśli nie o ważnych i kontrowersyjnych sprawach mamy rozmawiać, to o czym? O co ciekawszych ustawkach medialnych kandydatów na posłów, o nachalnym lansie i partyjnej propagandzie?
Jeżeli to nie stosunek do związków partnerskich, in vitro czy aborcji mówi nam coś o kandydacie, to czym mamy się kierować – zaaranżowanymi fotkami podczas joggingu, zakupów czy Pierwszej Komunii? Wszak gdy tak się dzieje, wszyscy sarkają, że "przemiana była nieautentyczna", albo oburzają się na przykrywanie spraw zasadniczych lukrem piaru.
W demokratycznym świecie związki partnerskie często stają się przedmiotami referendów, a zawsze są w sercach kampanii wyborczych. Dlaczego u nas miałoby być inaczej? Na razie interes w tym, by o ustawie mówić, mają tylko liczący na przeciwników związków homoseksualnych politycy PiS i wabiący wszystkich wyborców tolerancyjnych, otwartych i europejskich działacze SLD. Odwołująca się zarówno do konserwatystów, jak i socjalliberałów Platforma Obywatelska wolałaby jeszcze w tej sprawie pokluczyć, tym bardziej że wewnątrz niej samej opinie są podzielone.
Niewykluczone jednak, że zmieni zdanie, jeśli uzna, iż lepiej wyjdzie na debacie na temat związków partnerskich niż choćby na analizie stanu polskich dróg czy służby zdrowia. Wtedy mogłaby sobie przypomnieć, że dość ciepło o związkach partnerskich mówili premier i jego prawa ręka – minister Michał Boni. A Bronisław Komorowski jeszcze jako marszałek Sejmu zapewniał: "Jeśli istnieją bariery prawne, które utrudniają ludziom o odmiennej orientacji seksualnej okazywanie sobie opieki, wsparcia, dziedziczenia, to ja bym te bariery likwidował, bo w tej sprawie musi być równość".

Geje, których nie ma

W całym projekcie zgłoszonym przez SLD nie pada słowo "homoseksualizm", ale przecież ustawa ta wywołuje ogromne emocje właśnie ze względu na dopuszczenie do zawierania związków partnerskich lesbijek i gejów.
Pozornie sprawa jest prosta i mało kontrowersyjna: oto dwoje bliskich sobie ludzi chce zawartą przed urzędem stanu cywilnego umową ułatwić sobie dziedziczenie wspólnie wypracowanego majątku czy też być dzięki niej informowanym o stanie zdrowia ukochanej osoby w szpitalu. A któż przy zdrowych zmysłach nie chciałby ograniczenia absurdalnej biurokracji i uproszczenia życia obywatelom? "Jeżeli miałoby im to ułatwić takie rzeczy [jak dziedziczenie czy wspólne opodatkowanie], to ja jestem człowiekiem w tej dziedzinie tolerancyjnym" – deklarował nie kto inny jak kardynał Kazimierz Nycz i trudno się tu z metropolitą warszawskim nie zgodzić.
Ale to, niestety, pozory. Ustawa o związkach partnerskich nie jest bowiem końcem, ale dopiero początkiem długiej drogi środowisk homoseksualnych. I zanim zdecydujemy się przejść nią razem z nimi, zastanówmy się, jaki ma być jej kres, bo raz na ową drogę wkroczywszy, trudno się zatrzymać. I tu odpowiedzi udzielają wcale nie fanatyczni homofobi ulegający obsesjom i przeczuleni na punkcie spisków, nie zawodowi demaskatorzy, ale sami autorzy ustawy z Grupy Inicjatywnej na rzecz Związków Partnerskich. "Tak, naszym celem w przyszłości, ale nie wbrew woli Polaków, jest doprowadzenie do adopcji dzieci" – przyznał szczerze Krystian Legierski.
Legierski wie doskonale, że na razie jest to niemożliwe. Jeśli jednak nie rozmawiamy dzisiaj o wprowadzeniu małżeństw homoseksualnych, to wyłącznie dlatego, że lobby gejowskie – całkiem słusznie zresztą z jego punktu widzenia – obrało taktykę salami i do czegoś dzisiaj tak trudnego do wyobrażenia dla większości Polaków zamierza doprowadzić stopniowo, małymi krokami, plasterek po plasterku.
Trudno się zatem dziwić, że projekt budzi tyle emocji, skoro w zamyśle pomysłodawców ma doprowadzić do całkowitego zrównania praw par hetero- i homoseksualnych, włącznie z prawem do adopcji. A ten akurat postulat budzi opory nawet wśród osób nieżywiących uprzedzeń do środowisk homoseksualnych i wspierających ich postulaty zniesienia barier biurokratycznych.
Czym innym jest bowiem zrównanie w prawach wobec państwa czy fiskusa, a czym innym uznanie istnienia "prawa do dziecka" i wywrócenie do góry nogami całej filozofii towarzyszącej adopcjom. Dziś wychodzi ona – mówiąc w ogromnym uproszczeniu – z założenia, że każde dziecko ma prawo do rodziców, stąd żmudny proces doboru kandydatów do bycia rodzicami zastępczymi i ich drobiazgowa weryfikacja. Filozofia nowa dawałaby każdemu dorosłemu właśnie owo "prawo do dziecka", a czy tak być powinno, to temat na zupełnie inny, równie poważny spór.
Dzisiejsza dyskusja o związkach partnerskich jest więc tak emocjonalna wcale nie dlatego, że "legalizuje" związki homoseksualne (które zresztą są legalne), nawet nie dlatego, że je sformalizuje, ale dlatego, że jest stopą włożoną w drzwi. A te – wedle logiki zwolenników ustawy – prędzej czy później otworzą się na adopcję dzieci. I tego w dyskusji o projekcie ustawy pomijać się nie powinno.

Raj dla egoisty

Ale zostawmy na moment gejów. Jak zauważają projektodawcy, ustawa ma dotyczyć związków zarówno homo-, jak i heteroseksualnych. Można wręcz przyjąć, że z wielu względów w większym stopniu korzystałyby z niej dotychczasowe konkubinaty dwupłciowe. Nie tylko dlatego, że jest ich statystycznie więcej, ale także dlatego, że z uwagi na wspólne dzieci mają więcej powodów do formalizowania związków niż pary homoseksualne.
We Francji 90 proc. zawartych związków partnerskich stanowią związki heteroseksualne. Tamtejsze statystyki pokazują też, że wprowadzenie związków partnerskich spowodowało spadek liczby małżeństw. Można zatem przyjąć, że owe związki okazały się w dużej mierze wygodnym rozwiązaniem dla tych, którzy – gdyby nie mieli prawnej możliwości zawarcia małżeństwa "light", czyli związku partnerskiego, pewnie zawarliby to bardziej tradycyjne.
Słowo "wygoda" musi się w naszym tekście pojawić choćby z tego powodu, że cała ustawa wydaje się nam szczególnym hołdem złożonym ludzkiej wygodzie. Ale też wygodzie szczególnej, bo wygodzie osób już i tak silniejszych. Czy państwo uwierzą, że ustawa tak szczegółowo wyliczająca zasady dziedziczenia i dająca prawo do wspólnego rozliczania się z podatku zapomina o takim drobiazgu jak alimenty dla porzuconego partnera?
Zwróćmy tu uwagę na ogromną łatwość w rozwiązywaniu takiego związku, o czym pisaliśmy w innych miejscach. Otóż partnerstwo unieważnia się albo wspólną deklaracją, albo pół roku po wystosowaniu pisma do swojej dotychczasowej drugiej połowy, albo wreszcie – i tu trudno znaleźć słowa inne niż "cudactwo" czy "kuriozum" – zawierając małżeństwo z kimś zupełnie innym. Tak, tak, po 30 latach sformalizowanego związku można wpaść do swojej partnerki i powiedzieć: "Pozwól, że ci przedstawię, to moja żona, właśnie się pobraliśmy, pakuj się". Przejaskrawiamy? Tak, ale tylko po to, by pokazać, że takim postawom błogosławiłoby państwo!
No dobrze, ale może ludzie, zawierając taki związek, świadomie godzą się na te rozwiązania, po co więc ubezpieczać ich na siłę? Może, ale państwo w innych sytuacjach broni zawsze  – można powiedzieć, "z urzędu" – interesu strony słabszej. I tak pracodawca może dać pracownikowi dowolne uprawnienia, ale nie mniejsze niż te, które przewiduje kodeks pracy. Państwo bowiem doskonale rozumie, że i tak to pracodawca jest w ewentualnym konflikcie silniejszy i mógłby wymuszać na kandydacie do pracy zgodę na gorsze warunki.
Jak ma się to do związków partnerskich? Współautorka tego artykułu pracowała przez krótki czas jako wolontariuszka w telefonie zaufania. Jedną z dzwoniących była zdesperowana młoda matka i żona, która razem z mężem sprowadziła się do Warszawy. Tutaj coraz zamożniejszy mąż zaczął się nad nią znęcać i życie w stolicy szybko stało się dla niej piekłem. Zrozpaczona kobieta nie znała swoich podstawowych praw. A te dla żony były niemałe. W wypadku rozwodu mogłaby liczyć na alimenty nie tylko na dziecko, ale, w pewnych okolicznościach, i na siebie.
Gdyby parę tę łączył jednak związek partnerski, to zamożny dżentelmen mógłby spławić swą nieprzystającą do warszawskich realiów prowincjonalną żonę, pisząc do niej list zrywający związek bez śladu!
Życie, także polityczne, pokazało, że pięćdziesięcioletnim statecznym ojcom kilkorga dzieci całkiem często zdarza się przy okazji nagłego wzbogacenia pozostawiać swoje zmagające się z ciężką chorobą żony – nauczycielki. Gdyby łączył ich tylko związek partnerski, wystarczyłoby dać im tylko pół, a niechby i całe mieszkanie i zostawić na pastwę losu.
Aż trudno uwierzyć, że lewicowa wrażliwość posłów SLD nie każe im się zastanowić, czy nie dają tą ustawą wspaniałego prezentu silnym i zamożnym mężczyznom, którzy przeżywając drugą albo i trzecią młodość, nie chcą iść przez świat z wymęczonymi rodzeniem i wychowywaniem ich dzieci żonami.
Trudno w taką ślepotę na los kobiet uwierzyć, tym bardziej że to ze strony lewicy pojawiają się słuszne skądinąd postulaty podziału składki emerytalnej męża i niepracującej żony (by była ona później od niego niezależna, mając własną emeryturę).
To niektóre feministki postulują wręcz wprowadzenie pensji dla kobiet niepracujących zarobkowo i zajmujących się wychowaniem dzieci. Wydaje się, że jeśli już państwo i prawo miesza się do związków między ludźmi, powinno czynić to roztropnie, chroniąc stronę słabszą, narzucając jakieś minimum zobowiązań wobec niej stronie silniejszej.

Nowe rzesze wykluczonych

Tropiący wszelkie formy wykluczeń politycy podpisują się pod czymś, co całkiem otwarcie dyskryminuje osoby chore psychicznie i upośledzone umysłowo. Dziś mogą się one ubiegać o zgodę sądu na małżeństwo. Mało tego, rzecznik praw obywatelskich chce im właśnie dać dużo większą swobodę w ich zawieraniu.
Tymczasem posłowie lewicy wprowadzili do nowej ustawy zapisy jeszcze surowsze, całkowicie zakazując upośledzonym i chorym psychicznie zawierania związków partnerskich. Dyskryminacja chorych nie jest być może największym – biorąc pod uwagę skalę zjawiska – problemem projektu, ale znakomicie pokazuje wybiórczą wrażliwość autorów nowego prawa.
Katalog niewiarygodnych bzdur i niedoróbek projektu ustawy można mnożyć w nieskończoność. Niektóre zapewne dałoby się jakoś naprawić podczas prac parlamentarnych, ale inne domagają się podjęcia jakiejś odważnej decyzji, a tej autorzy projektu bali się jak diabeł święconej wody.
Proszę sobie bowiem wyobrazić, że nie uwzględnili oni nawet tego, co z uznaniem dzieci poczętych w takim związku partnerskim, skoro nie ma tu, tak jak w małżeństwie, domniemania ojcostwa. Projekt nie daje zresztą ojcu żadnych praw ani – co równie ważne – nie nakłada na niego żadnych obowiązków, pozostawiając wszystko w rękach sądu rodzinnego. Czy stało się tak dlatego, że wprowadzenie tematu dzieci do ustawy budziłoby dodatkowe emocje, a tych projektodawcy chcieli uniknąć, czy też dlatego, że nie bardzo wiedzieli, jak się z tym zmierzyć, dość powiedzieć, że autorzy ustawy zapomnieli o tak kluczowej sprawie.
Powstał więc projekt niespójny i niedobry, regulujący co prawda prawo do decydowania o pochówku, ale niepróbujący rozwiązać losów wspólnych dzieci czy zobowiązań rodziców. Tej ustawy nie da się uratować, jej miejsce jest tylko w muzeum prawniczych osobliwości. A związki partnerskie? Te będą musiały poczekać.
Kataryna to pseudonim znanej blogerki piszącej m.in. na portalu wsieci.rp.pl
Robert Mazurek jest publicystą "Rzeczpospolitej" i tygodnika "Uważam Rze"

POLECAMY

KOMENTARZE