Pamięć Żołnierzy Wyklętych
Walka „Kotwicza”
Ze środka oddziałów, z traw leśnych, paproci, podnosi się bezręka postać w polówce i pada spokojna komenda: ognia – skokami naprzód
Przeczytaj na rp.pl
Pamięć Żołnierzy WyklętychPo Operacji „Ostra Brama" dowódcy i żołnierze AK zostali zdradziecko osaczeni i ujęci przez Sowietów, z którymi wcześniej atakowali wspólnie Niemców w Wilnie. Część Polaków zaczęła się przedzierać na Nowogródczyznę. Oto pierwsza walka Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza" – wcześniej żołnierza Hubala, cichociemnego, dowódcy Zgrupowania Nadniemeńskiego AK – z obławą NKWD w lipcu 1944 roku w Puszczy Rudnickiej:
Pojawia się zwarta sowiecka tyraliera. Po prostu nadchodzi, nie skacze, nie kryje się, lecz lezie. Akowcy padają na jeża do nich. Jest już z nimi „Kotwicz". Jest bez ręki, w polówce jakby za dużej, wymizerowany, prawie niesamowity. Spłoszone oddziały leżą frontem do nadchodzących, wśród leśnych mchów, w obronnym pogotowiu. Odruchowo, linią, nikt niczego nie formował. Zza drzew zbliżają się gęstą tyralierą spłowiałe drelichy Krasnej Armii. Idą. Cisza jest przerażająca, nawet ptaków nie słychać. Nie pada ani jeden przedwczesny strzał. I wtedy, gdy są już tak blisko i tak dobrze widoczni, wtedy ze środka oddziałów, z traw leśnych, paproci, podnosi się bezręka postać w polówce, jakby w zwolnionym tempie, i bez pospiechu pada spokojna komenda: ognia – skokami naprzód. Zrywa się jeden przeciągły grzmot i poświst, urywa się jakby na wyliczonej ilości naboi i już bez komendy, w rytmie, jak najwspanialsze wojsko, skok i salwa, skok i seria. Znikają spłowiałe widma, nie ma żadnego zamieszania, nie ma już strzelaniny. Armię Krajową wchłania jeszcze raz ochronna puszcza. Tymczasowe odroczenie wyroku, dla niewielu ocalenie.
Całą relację uczestnika tej walki publikujemy w nr. 1 cyklu „Żołnierze Wyklęci 1943 – 1963".















