Kuba
Kraina niebieskim likierem płynąca
Karaiby. Do niedawna myślałam, że likier Curacao produkowany jest tylko w kolorze opalizującego błękitu, ale ten trunek ma kilka barw. Warto się w nich rozsmakować, tak jak w doskonałej miejscowej kuchni
Curacao to karaibska wyspa wchodząca w skład Małych Antyli. Kojarzyła mi się dotąd tylko z niebieskim likierem. Donośne pochrząkiwanie maciory towarzyszyło mi podczas pierwszego obiadu na Curaćao. Wielkie, spasione zwierzę leżało 2 metry od mojego stołu. Do jedzenia dostałam wyśmienite smażone na płycie placki – skrzyżowanie racuchów i naleśników. Zdecydowałam się posilić w niewyszukanym lokalu – raczej budzie lub stodole niż domu. Bar stał przy jednej z głównych szos – dziurawych jednopasmówek przecinających to liczące 444 km kwadratowe państwo zależne od Holandii. Środek knajpki zapełniały stojące rzędem proste drewniane stoły. Przed wejściem w melonach piętrzących się na ziemi buszowały umorusane dzieci, a obok poniewierały się stara opona, pordzewiałe części samochodowe i śmieci.
Takie właśnie Karaiby – widziane od kuchni, a raczej od zaplecza – nie przypominały szerokich piaszczystych plaż z widokówek ani gigantycznych, luksusowych i szpecących wybrzeże hoteli. Dlatego wcale się nie zdziwiłam, gdy kucharz napełnił gotowe placki serem ze sporej plastikowej miski, jakiej my używamy raczej do przepierek. Jej brzegi były poobłamywane i wyraźnie niedomyte, ale serek – palce lizać.
Tęczowy likier
Jeszcze kilka godzin wcześniej, gdy schodziłam na ląd z cruisera cumującego na tej wyspie, byłam przekonana, że produkowany tutaj likier istnieje tylko w wersji blue. Tymczasem już przy wejściu do portu zobaczyłam tubylca, który na odwróconej do góry dnem skrzynce po owocach wystawił butelki z tym trunkiem w kilku odblaskowych kolorach. Ignorując jego miłe skądinąd zaczepki w lokalnym języku papiamento, pobiegliśmy z grupą znajomych do zaparkowanych pod bramą, rozklekotanych busów obwożących turystów po wyspie. Za 5 dolarów od łebka ruszyliśmy prosto do destylarni rumu.
Po drodze nasz kierowca, czarny jak smoła postawny mięśniak, zaproponował nam małą przekąskę. Z piskiem startych opon zahamowaliśmy przed białą budką z napisem Hari Kumi i już po chwili trzymałam w ręku srebrną folię z czarną, gorącą mazią. Potrawa pachniała zachęcająco i, jak się okazało, była bardzo smaczna. Danie z niczym mi się nie kojarzyło. Okazało się, że to kaszanka z krwi kozy. Spałaszowałam lokalny przysmak do ostatniej okruszyny, choć reszta moich towarzyszy zdecydowanie odmówiła degustacji. Zraził ich nie tylko skład potrawy, ale i wygląd lokalu – najpodlejsze chińskie barki w Warszawie wydawały się przy tym kiosku oazą higieny.
W destylarni butelka przedniego rumu – oczywiście go spróbowaliśmy – kosztowała tylko 7 dolarów. Zastanawialiśmy się, czy sprzedawca nie wciska podróby pasażerom statku wycieczkowego, którzy pewnie nigdy tu nie wrócą. Jednak już w Polsce, okazało się, że przywiozłam wyśmienity oryginalny produkt.
Przy okazji poznaliśmy też historię wielobarwnego likieru, który widzieliśmy w porcie. Otóż farmerzy z Europy osiedlający się na wyspie ok. 1800 r. próbowali przeszczepić na ten grunt uprawę pomarańczy. Eksperyment się nie udał z powodu wulkanicznej gleby i bardzo suchego klimatu – owoce były po prostu gorzkie. Po jakimś czasie jednak ze skórki pomarańczowej ze zdziczałych, rozrastających się plantacji zaczęto wyrabiać likier o specyficznym smaku i aromacie. Dziś w sprzedaży jest pięć wariantów tego 26-procentowego alkoholu. Najbardziej znany z nich to Curaćao Blue, ale są też Curaćao Orange, Curaćao Red, Curaćao Green i Curaćao White.
Viagra w płynie
Kolejne zaskoczenie przyniosła nam trzy dni później inna wyspa Małych Antyli – Grenada – należąca do wulkanicznego archipelagu Grenadyn. Postanowiliśmy sprawdzić, na ile sława wyspy korzennej Karaibów ma pokrycie w rzeczywistości. Znów wyruszyliśmy w interior busem – z coraz większą wprawą targowaliśmy się z kierowcami o stawkę od osoby. I znów kierowca zatrzymał się przed niepozorną budką bez drzwi.
W środku obfitych kształtów Karaibka między trzydziestką a pięćdziesiątką, w intensywnie czerwonej sukience, stała za zbitą z desek ladą i pracowicie wydłubywała nasionka z jakiegoś dużego owocu. Ściany od góry do dołu zakrywały proste regały, a na nich w plastikowych, przykurzonych i lepkich torebkach z angielskimi napisami piętrzyły się przyprawy.















