Ameryka Środkowa
Na podbój Meksyku
Mieszanka kultur, krwawa historia, mocna tequila i doskonała kuchnia nadały meksykańskiej przygodzie pikantny smak
Do Meksyku bez biura podróży? Czemu nie. Nie jest tu tak niebezpiecznie, jak wynika z fragmentarycznych informacji pojawiających się w mediach, za to na pewno jest ciekawie. Poniżej kilka porad, jak niedrogo i fascynująco spędzić urlop w tym kraju.
Wyprostowaliśmy nogi na lotnisku w Mexico City. Mieliśmy za sobą jedenastogodzinny lot z Amsterdamu. Byliśmy świeżo po lekturze przesyłanych przez znajomych mejli z informacjami typu: „W sobotę w meksykańskim stanie Guerrero w starciach pomiędzy wojskiem a "żołnierzami" karteli narkotykowych zginęło 11 przemytników”. Na szczęście czytaliśmy również przewodniki, w których opisy Meksyku były bardziej zachęcające.
Trzy miliony w metrze
W jednym z nich znaleźliśmy informację, że do centrum najtaniej udać się metrem. Rzeczywiście bilet kosztował tylko 3 peso, czyli ok. 80 groszy. Metro w Mexico City obejmuje 11 linii, 163 stacje i 451 kilometrów torów. Jest najbardziej ekonomicznym środkiem transportu, dlatego Meksykanie korzystają z niego ochoczo, codziennie metrem przemieszczają się pond 3 miliony osób. Przewodniki nie zalecają, by w godzinach szczytu wchodzić do metra z bagażami, zajmowanie cennej przestrzeni przez klamoty jest niemile widziane.
Metro to centrum handlowe biedoty. W wagonikach rozbrzmiewają rytmy merengue i przerobionych na latino światowych przebojów. Młodzi ludzie z głośnikami w plecakach zachęcają do kupna płyt. Co chwila ktoś zdartym głosem wykrzykuje ceny batoników i gumy do żucia. To samo na każdej stacji, we dnie i wieczorami.
Nocleg zarezerwowaliśmy w hotelu blisko centrum (ok. 86 zł za dwuosobowy pokój), ale przez przypadek wybraliśmy jedną z najniebezpieczniejszych dróg do tego zakątka. Prosto ze stacji metra wyszliśmy na ciemną ulicę. Zrujnowane kamienice były oblepione górami ciuchów, na których spali bezdomni. Niezbyt zachęcające, zwłaszcza, że było po godz. 22 i nigdzie nie widzieliśmy taksówek. Na szczęście za ciemną uliczką pojawiły się latarnie. Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do hotelu. Okazało się, że nie ma naszej rezerwacji, ale za to są wolne miejsca.
Ciudad de México od kuchni
W stolicy Meksyku i jej okolicach mieszka ok. 25 milionów ludzi. Obok dzielnic pełnych przepychu, takich jak biznesowa Santa Fe i willowa Polanco, są miejsca przepełnione biedotą. Piękne, zbudowane przez Hiszpanów w złotych czasach, kamienice już dawno straciły blask. Teraz straszą powybijanymi oknami i odpadającym tynkiem. Wokół nich toczy się życie. Gra muzyka. Kobiety rozstawiają swoje przydrożne kuchnie. Tuż przy krawężniku przygotowują kukurydziane tortille i mięso. Meksykanie nie gardzą tymi specjałami, może otoczenie nie jest specjalnie wyszukane, ale za to jedzenie jest tanie. Lubią jeść w towarzystwie. Popularne są nie tylko uliczne garkuchnie, również kawiarnie, bary i restauracje. Wybór miejsca zależy od obfitości portfela. Dla każdego coś dobrego.
Śniadanie zjedliśmy w Cafe La Habana. Legenda głosi, że pił w niej sam Fidel Castro. Cafe serwuje poranne zestawy w różnych cenach. Często są to ciepłe i obfite posiłki, do których dodawana jest niemal zawsze pożywna czarna fasola, podobnie jak nachos, którymi można zabić pierwszy głód w oczekiwaniu na zamówione dania. Można zjeść enchiladas - zapiekane tortille, nadziewane mięsem i warzywami, zalewane sosem z zielonych lub czerwonych pomidorów, smażone tortille - quesadillas oraz przygotowane na różne sposoby jaja. Do tego ostre sosy, by nadać potrawom ognisty smak. Stołowanie się w meksykańskich knajpach nie jest drogie, śniadanie kosztuje od 7 do 15 złotych, a dobry obiad od 15 do 25 zł. Nie można zapominać o napiwkach dla kelnerów, którzy oczekują przynajmniej 15 procent. Często do rachunku doliczane jest 10 procent za obsługę, która czasami jest bardzo profesjonalna, tak jak w restauracji w domu handlowym Sanborn's.
Na początek ubrane w piękne, kolorowe spódnice kelnerki proponowały soki ze świeżo wyciskanych owoców. Papaja, arbuz, melon, banan, kiwi - trudno było wybrać. Wielkie kielichy zachęcały do zamawiania, choć przypominały się rady znajomych, by nie jeść surowych potraw w knajpach, nie pić napojów z lodem i nie myć zębów wodą z kranu, bo łatwo nabawić się rozstroju żołądka. Przez kilka dni stosowaliśmy te zasady, ale potem piliśmy soki ze świeżo wyciskanych owoców, jedliśmy sałatki, popijaliśmy je wodą z lodem i przeważnie czuliśmy się świetnie. Wieczorami chodziliśmy na piwo i Margaritę. - Tequila zabija wszystkie zarazki - przekonywał nas niejeden barman. - Poza tym lód na pewno nie jest robiony z wody z kranu, muszą dbać o turystów – dodawał kolega. Imprezą najczęściej wspominaną przez męską część ekipy była wyprawa na Lucia Libre - teatr walki, widowisko w stylu wolnej amerykanki. Do Warszawy przywieźliśmy maskę zapaśnika.















