Ameryka Środkowa
Chicken busem po Gwatemali
Maximon ma na sobie kolorowe apaszki oraz czarny kapelusz i trzyma cygaro w ustach. Jego spojrzenie jest trochę beznamiętne. Choć mierzy zaledwie metr wysokości, ma ogromną moc
Indianie z Santiago de Atitlan, niewielkiej wioski na południu Gwatemali, przychodzą do swego bóstwa, Maximona (czyt. Maszimona), modlić się, prosić o radę, przychylność lub podziękować za dobry dzień. Co roku trafia on do innej rodziny. Od momentu, gdy przekroczy próg wybranego domostwa, życie jego mieszkańców zostaje podporządkowane opiece nad świętą drewnianą figurą.
Maximon stoi w głównym pomieszczeniu, w nieustannej asyście kilku mężczyzn. Ludzie przychodzą, zapalają świeczki, zostawiają w darze papierosy, ziarna kukurydzy, pieniądze i flaszki wódki. Pieniądze trafiają do rodziny opiekującej się bóstwem, wódkę całymi dniami sączą siedzący za stołem opiekunowie figury.
Maximon to połączenie biblijnego Judasza, konkwistadora Pedra de Alvarada oraz kilku bogów Majów. Przykład wymieszania tradycyjnych indiańskich wierzeń z religią katolicką. Indianie, którzy stanowią niemal 60 proc. społeczeństwa Gwatemali, kultywują stare zwyczaje. Na co dzień chodzą ubrani w plemienne kolorowe stroje, porozumiewają się językami majańskimi, oddają cześć własnym bogom.
Pod opieką ayudante
Rozklekotany autobus przechyla się niebezpiecznie na górskich zakrętach, a ciasno upakowani pasażerowie ze stoickim spokojem kiwają się wraz z nim. Kierowca walczy z pojazdem, próbując wrzucić bieg lub uruchomić gasnący silnik. Nie przeszkadza mu to jednak pędzić bez opamiętania, ignorując znaki i wyprzedzając na zakrętach.
Jego pomocnik, ayudante, stoi w otwartych drzwiach i wykrzykuje po drodze nazwę docelowej miejscowości. W Gwatemali autobusy nie mają oficjalnych przystanków, podróżni ustawiają się po prostu na ulicy. Gdy nadjeżdża pojazd, wskakują do niego niemal w biegu, a ayu-dante, wykorzystując drabinkę przyspawaną do autobusu, umieszcza ich bagaże na dachu. Do jego zadań należy też pobieranie opłat za przejazd. Wszyscy ayudante mają świetną orientację, zawsze wiedzą, kto już zapłacił, a kto dopiero wsiadł. Turyści muszą się pilnować, bo widząc białego, bileterzy często zawyżają cenę biletu.
Autobusy to mające czasem ponad 40 lat amerykańskie school busy. Zostały odremontowane chałupniczą metodą, pomalowane na różne kolory i udekorowane religijnymi hasłami. W ten sposób zamieniły się w chicken busy – nazwa pochodzi podobno od kurczaków i innego żywego inwentarza, który Gwatemalczycy wożą autobusami. Być może wzięła się też stąd, że podróżujący nimi są upchani niczym kurczaki w klatce. Pojazdy zwykle zapełnione są do granic możliwości, na dwuosobowych kanapach potrafi siedzieć i pięciu pasażerów.
Chiki, jak miejscowi nazywają w skrócie autobusy, to czasem jedyny środek lokomocji, którym można dostać się do mniej uczęszczanych rejonów kraju. Ale jazda nim jest męcząca. Podróż, nawet na krótkich odcinkach, trwa godzinami, a Europejczykowi trudno znaleźć miejsce na nogi w ciasnym, przeznaczonym dla dzieci pojeździe. Niscy Indianie nie mają tego problemu. Nie jest też zbyt bezpiecznie. Fatalny stan techniczny i brawura kierowców bywają przyczyną wypadków. Przy tym zdarza się, że właściciele autobusów – rywalizujący ze sobą o poszczególne linie i pasażerów – rozwiązują konflikty przy użyciu maczety lub pistoletu. Na szczęście ponadstukilometrowy odcinek między Santiago de Atitlan a Antiguą udaje mi się pokonać bez przykrych niespodzianek.
Piękne ruiny
Chcesz zwiedzić ruiny? – pyta mnie starszy mężczyzna w lśniących półbutach, gdy siedzę na ławce na głównym placu miasta. To jeden z wielu samozwańczych przewodników, którzy kręcą się po centrum i proponują usługi turystom.
Antigua, niewielkie kolonialne miasteczko położone zaledwie 45 km od stolicy kraju, szczyci się ruinami. Zaznacza je na mapach, podświetla w nocy, każe płacić za wstęp do nich. Kolejne trzęsienia ziemi, zwłaszcza dwa w XVIII w. i jedno przed 30 laty, unicestwiły większość budynków w mieście.
Z katedry na głównym placu pozostały tylko resztki bocznej nawy. Główna część świątyni, wzniesiona przez Hiszpanów w 1542 r., to dziś zaledwie kilka popękanych ścian. Tuż obok, przy drugim boku placu, stoi Palacio de los Capitanos (Pałac Kapitanów) z 1588 r. Od przodu wygląda imponująco – długa dwupiętrowa fasada z łukami i płaskorzeźbami lwów pośrodku, na parterze podcienia. Wystarczy jednak przejść kilka metrów za budynek, by się przekonać, że z tyłu prawie nic nie zostało. Kilka ścian, poszarpane piętra. Ruiny zarosły bananowcami.















