Meksyk
Wieczorem przyjdź na zócalo
Wystarczy 15 peso, by szaman znalazł przyczynę każdej choroby lub życiowego niepowodzenia. Okadzi cię dymem z ziół, powróży z rozbitych jajek
By skorzystać z jego usług, trzeba w miasteczku San Cristóbal de las Casas w południowym Meksyku znaleźć nierzucające się w oczy muzeum medycyny naturalnej Majów. W pomieszczeniach urządzonych na wzór tradycyjnej indiańskiej chaty unosi się zapach ziół i kadzidła. Szaman urzęduje w mrocznej salce, której podłoga zasypana jest miękkim igliwiem, otoczony figurami chrześcijańskich świętych. To do nich i do lokalnych bóstw zwraca się o wstawiennictwo na początku rytuału.
Szepcze coś w języku Majów, recytuje jakieś formułki, uderza delikwenta pękami ziół, krąży wokół niego i okadza wonnym dymem. Co jakiś czas każe mu wstać, usiąść i znów wstać. Pokazuje, by zapalił kilka świeczek. Spryskuje go tajemnym napojem. Na końcu wbija do szklaneczek kilka jajek i patrzy w nie z zainteresowaniem. Po wyglądzie żółtka – tym, czy pozostało całe, rozdzieliło się lub chaotycznie rozlało – poznaje przyczyny dolegliwości pacjenta. Tłumaczy po hiszpańsku: „żółtko nie jest całe, twoje problemy biorą się z zazdrości”. I wszystko jasne. Za dodatkową opłatę można dostać przygotowany przez szamana amulet.
Cztery kolory świata
San Cristóbal uchodzi za jedno z najładniejszych miasteczek w całym Meksyku. Kilkadziesiąt uliczek w centrum to brukowane nitki idące pomiędzy kolorowymi lub bielonymi domami z ceglaną dachówką. Co kilka minut trafia się na kolonialne kościoły, zabytkowe bramy, pałace i hacjendy, będące pozostałością po hiszpańskim panowaniu.
Otoczone górami miasto powstało w 1528 r., biorąc nazwę od imienia biskupa – dominikanina Bartolome de las Casas, znanego z walki o prawa Indian. Przez długi czas stan Chiapas, w którym leży miasto,był podporządkowany Gwatemali, do Meksyku został włączony dopiero w 1824 r. Przez prawie 70 lat San Cristóbal było stolicą całej prowincji (obecnie jest nią Tuxtla Gutiérrez).
Nie sposób się tu zgubić. Niemal wszystkie ulice przecinają się pod kątem prostym, a środek miasta wyznacza plac 31 del Marzo, tak zwane zócalo. Jego zachodni kraniec zamyka ratusz, a od północy widać charakterystyczny budynek katedry. Fasada pomalowana jest na żółto, biało, czerwono i czarno. Według tradycji Majów kolory te symbolizują cztery strony świata. Wschodnia część placu należy natomiast do ukrytych pod arkadami kawiarenek i niewielkich biur podróży.
Rozgrzewająca kawa
Zaraz po przekroczeniu progu wiem, że udało mi się znaleźć miejsce, do którego przez następne dni będę z pewnością wracał. W powietrzu unosi się zapach świeżej, dobrej kawy. To nowość – w innych kawiarniach w Meksyku można liczyć wyłącznie na cafe americano, mętny napój o mdłym smaku. To paradoks, bo w kraju produkuje się ogromne ilości kawy. Ta z Chiapas uchodzi za jedną z najlepszych w całej Ameryce Środkowej, jednak prawie w całości idzie na eksport. Na lokalnym rynku ostają się tańsze ziarna gorszego gatunku. San Cristóbal jest jednak wyjątkiem. Przyjeżdżający tu turyści mają swoje wymagania i są gotowi za nie płacić. Do tutejszych lokali trafiają więc ziarna najwyższej jakości, wprost z upraw rozrzuconych u stóp gór, zaledwie kilkanaście kilometrów od miasta.
W kawiarni, w której jestem, na głównym placu miasta kawę pali się w starym metalowym piecu stojącym tuż przy wejściu. W głębi nieustannie pracuje duży ekspres, który potrafi wycisnąć z ziaren wszystko, co najlepsze. Niedrogo, jedyne 11 peso (ok. 2,3 zł) za filiżankę. Przyjemność, której trudno sobie odmówić, tym bardziej że kawa świetnie rozgrzewa. A gorący napój może się przydać. Miasto leży na wysokości 2500 m n.p.m. Wieczorami potrafi być tu naprawdę chłodno, a i w dzień temperatura rzadko przekracza 20 st. C.
Z myślą o turystach, ale też i miejscowych, przecinające centrum miasta ulice Hidalgo i 20 de Noviembre zostały wyłączone z ruchu samochodowego. Brukowanymi pasażami płynie tłum turystów, sprzedawcy lodów popychają swoje wózki, a pucybuci zapraszają, by przysiąść na stołkach i dać butom przeżyć drugą młodość. Mijam wesołego staruszka w wymiętej koszulce, który tańczy na ulicy i głośno chwali imię Pana. Obok przemykają ubrane w tradycyjne stroje Indianki i młode dziewczyny w obcisłych topach z odsłoniętymi brzuchami, nic sobie nierobiące z chłodnego powietrza.















