USA
Muzyczny spacer po Szmaragdowym Mieście
Z tego miasta pochodzi Jimi Hendrix i Bill Gates. Tu narodził się styl muzyczny grunge, a swoje początki miały wielkie korporacje, jak Boeing, Starbucks, Microsoft.
To miejsce jedyne w swoim rodzaju, pełne kontrastów, w którym na każdym kroku słychać dobrą rockową muzykę, a na każdym rogu znajdziemy kiosk ze wspaniałą kawą. Tak funkcjonuje Seattle.
Będzie to spacer w deszczu, bowiem w Seattle pada praktycznie cały czas. Miasto leżące nad Zatoką Puget u wybrzeży Pacyfiku jest spowite gęstymi chmurami wiele miesięcy w roku. „Także nie dziw się, że pijemy tyle kawy, no i że to właśnie tu narodził się grunge” – śmieje się Ethan, mój przyjaciel i przewodnik po Seattle, wokalista undergroundowego zespołu The Vexx. Mam szczęście zwiedzać Szamaragdowe Miasto (ang. Emerald City), nazywane tak od koloru wody, nad którą leży, w towarzystwie lokalnych muzyków. Dzięki temu trafiam do miejsc w przewodnikach raczej nieopisywanych, a moi znajomi i napotkani ‘seattleczycy’ – niezwykle przyjaźni i otwarci – opowiadają wiele ciekawostek.
Muzyka i narkotyki
I tak dowiaduję się, że Seattle jest jednym z najbardziej liberalnych miast USA. Odsetek osób otwarcie przyznających się do homoseksualizmu oraz ateizmu jest tu podobno najwyższy w całych Stanach. Jednocześnie jest tu najwięcej samobójstw, za które winą obarczana jest często depresyjna pogoda. Nie przez przypadek tu właśnie powstał grunge. Nie była to muzyka lekka, łatwa i przyjemna a zaangażowany rock, z tekstami mówiącymi często o poważnych problemach (i tych politycznych, i społecznych). Z pewnością muzyka wyrażająca, a i budząca, bardzo intensywne emocje.
Zespoły, takie jak Mudhoney, Mother Love Bone, Pearl Jam, Soundgarden, Temple of the Dog, Alice In Chains powstały właśnie w Seattle. Nie wymieniam tu celowo sztandarowej grupy grunge’owej - Nirvany, ponieważ choć są oni związani z Seattle, tu właśnie tworzyli i zdobyli międzynarodowy rozgłos, formacja powstała w położonym nieopodal Aberdeen.
Niestety Seattle to również miasto, w którym dostęp do narkotyków jest niezwykle łatwy, co zniszczyło już niejedno życie i niejeden znakomity zespół. W Seattle samobójstwo popełnił Kurt Cobain, wokalista zespołu Nirvana (uzależniony od narkotyków, zastrzelił się we własnym domu), przedawkował Lane Staley z Alice In Chains (znaleziono go martwego w mieszkaniu dopiero kilka tygodni po śmierci) oraz Andrew Wood z Mother Love Bone (przedawkował heroinę).
Drink z idolem
W Seattle zobaczyć można dom Cobaina i motel, w którym spędził swoje ostatnie dni narkotyzując się do nieprzytomności (ostrzegam, że motel „Marco Polo” znajduje się w mocno podejrzanej dzielnicy – przy bulwarze Aurora Avenue, na którym spotykają się dilerzy, narkomani i prostytutki).
Ofiarą narkotyków padł również słynny gitarzysta - Jimi Hendrix. Jimi urodził się w Seattle w 1942, zmarł w 1970 i został pochowany w rodzinnym mieście. Jimi Hendrix Memorial na cmentarzu Greenwood, w Renton (ok. 20 km od Seattle) to miejsce, którego nie ominie żaden miłośnik muzyki rockowej. Nagrobek przez lata stanowiła jedynie płyta, obecnie to większy pomnik.
Zwyczajem fanów jest przemycanie na teren cmentarza symbolicznej ilości alkoholu, wylanie odrobiny trunku przy grobie i wypicie łyka. Wiem, że może brzmieć to nieco obrazoburczo, ale nie o pijaństwo tu chodzi, a oddanie w ten specyficzny sposób hołdu zmarłemu. Biorąc po uwagę słabość muzyka do używek forma wydaje się dość adekwatna.
Obok mieszkania Jetsonów
W Seattle znajdziemy również pomnik Jimiego (centrum miasta, dzielnica Capitol Hill, na rogu ulic Broadway i Pine) oraz niezwykłą wystawę poświęconą jego pamięci. Experience Music Project (EMP) jest położone w samym centrum miasta, zaraz obok najbardziej znanego, „pocztówkowego” symbolu Seattle - wieży Space Needle (kosmiczna iglica) - ponad 180-metrowej konstrukcji zwieńczonej… latającym spodkiem (rysunkowa iglica z kreskówki Jetsonowie była wzorowana właśnie na Space Needle).
EMP to muzeum muzyki o futurystycznej architekturze (zaprojektował je Frank Gehry), ufundowane przez Paula Allena, współtwórcę potęgi Microsoftu i wielkiego fana Jimiego Hendrixa. Podobno, ze względu na problemy ze spadkobiercami muzyka, Allen nie mógł nazwać muzeum jego imieniem, ale wizyta w tym miejscu nie pozostawia wątpliwości, że jest to właściwie pomnik na cześć wybitnego gitarzysty. Przy wejściu wita nas wysoka, strzelista rzeźba wykonana z instrumentów muzycznych - większości gitar.















