Kartka z kalendarza
W amerykańskiej szkole szpiegów
Można poznać tu metody rozpoznawania agentów, obejrzeć strzelającą szminkę i poćwiczyć skradanie w kanałach wentylacyjnych
18 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Muzeów, z tej okazji przypominamy relacje Jacka Przybylskiego, który postanowił odwiedzić dosyć nietypowe muzeum.
Zainspirowany przygodami Jamesa Bonda i ponętnej rosyjskiej agentki Anny Chapman, postanowiłem spróbować sił w drugim najstarszym zawodzie świata. Ubrany w granatowy garnitur – żeby nie rzucać się w oczy – wszedłem do ceglanego budynku stojącego przy F Street w Waszyngtonie. Po okazaniu strażnikowi kupionej w kasie przepustki (normalna: 18 dol., dla dzieci 15 dol.), świat szpiegów stanął przede mną otworem.
No, może nie do końca. Najpierw otworzyły się drzwi windy z podświetlaną na niebiesko podłogą. Gdy się zamknęły, a podłoga rozbłysnęła czerwonym światłem, stanowczy damski głos powitał mnie i grupę podobnych śmiałków w Międzynarodowym Muzeum Szpiegostwa. – Pamiętajcie: będziemy was obserwować – usłyszeliśmy, zanim winda dotarła na pierwsze piętro.
Guzik z kamerą
Pierwsze zadanie: wybierzcie nową tożsamość. Niby banalne, ale trzeba zapamiętać sporo szczegółów. Jeszcze dobrze nie wybrałem, kim chciałbym być, a już przez głośniki wzywają nas na „briefing”. Podczas krótkiego filmu lektorka informuje, że w Waszyngtonie działa najwięcej agentów obcych wywiadów. Co skłania ludzi do zajęcia się sprzedawaniem lub pozyskiwaniem pilnie strzeżonych tajemnic? Pieniądze, zbyt rozbudzone ego, kompromitujące materiały w rękach agentów obcych wywiadów lub patriotyzm. – Wykradanie sekretów państw grozi, w razie wpadki, więzieniem, a czasem też torturami i śmiercią – ostrzegają autorzy filmu. My jednak niezniechęceni zwiedzamy muzeum dalej, teraz już każdy we własnym tempie.
W pierwszej części, „szkole dla szpiegów”, uczę się rozpoznać obcych agentów. Trafnie wskazuję na siedzącego na ławce w parku biznesmena z gazetą, stojącą przy oknie kobietę oraz dwie osoby, które idą w przeciwnych kierunkach, ale mają takie same torby na zakupy. Podejrzewam też mężczyznę z telefonem komórkowym, który jest jednak – ponoć – niewinny. Dowiaduję się także, że aby poinformować kolegów po fachu, że wrzuciłem już tajną wiadomość do skrzynki pocztowej, wystarczy zaznaczyć ją kawałkiem kredy. A jeszcze lepiej zostawić ją w sztucznym pniu drzewa, ukrytym w parku lub lesie.
Oglądam filmy wyjaśniające metody dyskretnych włamań i zakładania podsłuchów, których wykrycie jest tak trudne, że szpiegom udało się ukryć pluskwy nawet w Departamencie Stanu.
Muzeum oferuje też interaktywne formy nauki. Na przykład spotkanie z wirtualnym strażnikiem, który odpytuje ze szczegółów naszej fałszywej tożsamości. Imię i nazwisko? Wiek? Miejsce urodzenia? Miejsce zamieszkania? Cel podróży? Gdzieś się pomyliłem i wzbudziłem podejrzenia strażnika. Szpieg byłby ze mnie kiepski.
Od Bonda do cyberwojny
W kolejnej sali na ekranie komputera uczę się odnajdywać bombowce, okręty i obozy szkoleniowe terrorystów na mapach satelitarnych Chin, Iranu i Afganistanu. Oglądam też eksponaty używane niegdyś przez agentów wywiadu: zegarek z miniaturową kamerą, guzik od płaszcza, w którym ukryty jest obiektyw kamery wideo, oraz but, w którego podeszwie ukryto urządzenie do transmisji podsłuchanych informacji.
Nie brakuje też broni. Ciarki przechodzą po plecach, gdy widzę jednostrzałowy pistolet ukryty w szmince. W czasach zimnej wojny używały go agentki KGB, nazywając gadżet pocałunkiem śmierci. Inne narzędzia zbrodni ukryte są w rękawiczce lub parasolu. Tak zwana bułgarska parasolka, z której wysuwa się igłę i wstrzykuje ofierze truciznę, posłużyła agentom bułgarskiego wywiadu do zlikwidowania w 1978 r. w Londynie dysydenta Georgiego Markowa.
Kilka kroków dalej można zobaczyć okulary z ukrytą kamerą lub aktówkę, która może porazić złodzieja prądem o napięciu 100 tys. volt. – Czy CIA to dobrzy ludzie? – pyta stojący obok mnie kilkuletni malec. – Tak, skarbie, tak – zapewnia go mama.
Czas na praktyczny sprawdzian wywiadowczych umiejętności – wchodzę do szybu wentylacyjnego. Trochę mi szkoda garnituru, ale przecież kilka metrów na czworakach nie powinno mu za bardzo zaszkodzić. Poza tym Bondowi by to nie przeszkadzało. O tym, jak głośno się skradam, informują umieszczone w środku szybu urządzenia pomiarowe. Spoglądam na diody. Na szczęście świecą na zielono – co oznacza, że radzę sobie całkiem dobrze. Nagle do szybu wchodzą jednak kolejni agenci, z których jeden ma jeszcze w buzi smoczek. Krótki ich śmiech wystarcza, by diody od razu zapaliły się na czerwono. Na szczęście przeciwnik się nie zorientował. Przez niewielką szybkę spoglądam na ludzi w sali poniżej, nieświadomych, że ktoś ich obserwuje z sufitu, i wychodzę z drugiej strony szybu.















