Australia
Australia: mini w piątek obowiązkowa
Jeśli ten odległy kontynent-wyspa kojarzy się tylko z operą w Sydney, Aborygenami i kangurami, to tkwimy w błędzie
Podróż do Australii kojarzyła mi się przede wszystkim z dziesiątkami godzin spędzonych w samolocie. Wydawało mi się, że dłuższej podróży z Polski nie można zaplanować, choć to nieprawda. Po wylądowaniu w Sydney w zasadzie nie czułam, że jestem ponad 15 tys. km od Warszawy (w linii prostej) poza tym, że dzieliło nas 8 godzin różnicy czasu. Jednak już po kilku godzinach doskonale widziałam coraz więcej różnic między Europą a Australią.
No worries, ale czy na pewno?
Pomijam już to, że ceny w dolarach australijskich należało natychmiast przestać przeliczać na złotówki. W przeciwnym razie bankructwo gwarantowane. Wystarczyło spojrzeć na 1l wody w hotelu (7 dolarów), czy cenę godziny parkowania samochodu (nawet i 10 dol., w zależności od miejsca). Jednak lepiej było skupić się na innych rzeczach wyróżniających ten odległy od nas świat.
Zobacz Australię z bliska - na zdjęciach Karoliny BacyWmyśl zasady no worries (bez obaw) na ulicę aż miło wyjść (mankamentem jest co prawda brak koszy na śmieci). Choć tubylcy przyznają, że Australię można nazwać nawet państwem policyjnym, to chyba dzięki temu jest tam jednak bezpiecznie, a ludzie na ulicy zawsze są uśmiechnięci.
Bynajmniej nie jest to policyjne państwo dlatego, że na każdym rogu widać patrole. Pomijam fakt, że nie ma mowy o przywiezieniu na prezent np. polskiej wódki czy naszych wędlin lub słodyczy (automatyczna konfiskata na lotnisku). Ale np. jeśli ktoś przekroczy prędkość i zostanie zatrzymany, to mówi się o tym w wiadomościach. A przekroczenie jej o 40 km/h z automatu powoduje utratę prawa jazdy. Dlatego choć w Australii autostrad jest jak na lekarstwo, jeździ się tam bezpiecznie (choć ruch jest odwrotny niż u nas) i trzeba się dość szybko nauczyć cierpliwości. Zwłaszcza, gdy mija się pick-upy obudowane specjalnymi palami mającymi chronić przed zderzeniem z kangurem czy wombatem (taki torbacz przypominający trochę świnkę), a takie wypadki akurat do rzadkości niestety nie należą. A zderzenie z takim zwierzem może nawet doprowadzić do dachowania samochodu (nawet przy ich bezpiecznych prędkościach). Słynny żółty znak drogowy z wizerunkiem kangura, koali czy wombata to nie pamiątkowe logo Australijczyków, ale prawdziwe oznakowanie na tamtejszych drogach (podobnie jak u nas np. uwaga jeże).
Aborygenów (rdzennych Australijczyków) zaś trudno spotkać, zwłaszcza w Sydney (wyjątkiem jest jeden, w centrum, grający na swojej tradycyjnej buczącej trąbie, czyli didgeridoo, traktowany raczej jako atrakcja turystyczna w stylu zadomowionych dobrze w Polsce muzyków z Peru etc. grających na ulicach). Moi przewodnicy tłumaczyli, iż wbrew pozorom (biali) Australijczycy nie darzą ich, mówiąc dyplomatycznie, jakąś szczególną sympatią. Ale do innych nacji akurat przywykli. Kierowcami taksówek czy autobusów są bowiem głównie Chińczycy czy Arabowie. Zresztą to akurat nie jest takie złe, bo z porozumienie się z rodowitym Australijczykiem po angielsku wymaga dużej umiejętności słuchania. W przeciwnym razie z konwersacji nici (ewentualnie zamiast piwa Crown można dostać Koronę...).
Krótki spacer po Sydney
Najbardziej charakterystyczny budynek największego miasta w Australii to oczywiście opera w Sydney. Na żywo wcale nie jest biała, choć tak wynikałoby ze zdjęć. Choć mi osobiście przypomina obierana cykorię, większości ludzi kojarzy się z żaglami wydętymi przez wiatr. Ale prawda podobno jest inna, choć słyszałam zarówno o inspiracji muszlami, jak i cząstkami pomarańczy, to chyba jednak najmniej ważne – ważne jest to, że kojarzy się z Sydney tak, jak Pałac Kultury z Warszawą. Obok niej nad zatoką góruje Harbour Bridge, most, na który można się nawet wspiąć na piechotę. To jeszcze jednak nic, skoro okazało się, że można się też wspinać na wieżę Westfield (taka w stylu tej w Seattle czy telewizyjnej w Berlinie). Mam na myśli jednak wspinaczkę po zewnętrznej części...
A po co się tam wspinać? Bo widoki piękne, choćby na portowe budynki zamienione na luksusowe mieszkania (warte kilka milionów dolarów). W jednym z nich mieszka sobie Russel Crowe, którego spotkanie na ulicy nie jest naprawdę żadnym specjalnym osiągnięciem.















