Chiny
Chiny: to nie jest kraj dla słabych ludzi
Mapę Pekinu czasami lepiej czytać do góry nogami. Na anglojęzyczną pomoc można liczyć w stopniu ograniczonym. Trzeba uzbroić się w boską cierpliwość. I... ruszamy do Państwa Środka
W drodze do Chin przeczytałam „Chinlandię" Damiana Leszczyńskiego i Romana Konika. Myślałam wielokrotnie: „e tam, czepiają się". Teraz już nie jestem tego tak pewna.
Cały kraj w pigułce
Pekin okazał się klasyczną stolicą. Mieszanką wszystkich regionów, zapewne też języków, kuchni, religii... Tylko portret Mao Zedonga niezmiennie pilnuje wejścia do Zakazanego Miasta. Choć podczas mojego pobytu nawet on się zmienił, bo obraz trafił do renowacji.
My pamiętamy masakrę studentów na placu Tiananmen, ale sam Tiananmen zdaje się żyć swoim życiem. We wrześniu szykowany był do narodowego święta, rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej, przypadającej 1 października. Kwiaty, lampiony i oczywiście kolejka do mauzoleum Mao. Zobacz galerię zdjęć
Po zamieszaniu związanym z bezpłatnym wejściem (tak, owszem, jest bezpłatne, tyle, że najpierw trzeba oddać wszystko, już za opłatą, w pobliskiej przechowalni bagażu) odstałyśmy z przyjaciółką swoje. Dobrze, że jesteśmy wysokie i, czekając w upale na wejście, rzadko dostawałyśmy w oko parasolką, nieodłącznym gadżetem Chinek dbających o białą, prawie przezroczystą skórę.
Przejście przed budynek, w którym jest mauzoleum, przypominało wyścigi, a sama „wizyta" u wodza trwała kilka sekund.
Po co im ten mur?
Dwa miejsca w pobliżu Pekinu, gdzie można wejść na Chiński Mur, są zawsze przepełnione turystami i w efekcie zamiast samej budowli widzi się tłumy ludzi. My wybrałyśmy miejsce polecane przez Lonely Planet, określane jako zamknięte dla turystów. Bajka czy bańka made in China? - czytaj w uwazamrze.pl
Chińczyk – jak Polak - też potrafi. Lokalni mieszkańcy za 2 juany (ok. 1 zł) z chęcią wpuszczają w okolice tej niesamowitej konstrukcji. Dalej trzeba się dostać po drabinie, ale wrażenia – bezcenne, choć osobiście ciągle nie wierzę, że mur widać z kosmosu. Ale ważne, co widać z muru. A te wielkie przestrzenie robią wrażenie.
Targowanie się to podstawa
Wielu Europejczyków jedzie do Chin z zamiarem zrobienia tanich zakupów. Dziś o to trudniej, bo juan się umocnił, ale nadal, kto umie się targować, może liczyć na sukces. Z każdym dniem nabiera się wprawy. Na początku niezbędną przy wszechobecnej mrożącej klimatyzacji chustę „pure cashmir" (akurat!) kupowałyśmy po 40 juanów, pod koniec wyjazdu już za 20 juanów, a jakby się bardziej postarać, to pewnie i za 10 by się dało.
Pekiński Silk Market i Pearl Market to jednak zakupowa Mekka i nadal trudno się oprzeć pokusie, by się tam nie zapuścić „na chwilę", która przeciąga się do kilku godzin. Jakość? Made in China. Oczywiście, sprzedawcy zapewniają nas, że wszystko jest ręcznie robione (przy czym identycznych bluzek „ręcznie malowanych" są dziesiątki), że uwielbiają Polaków, dla których cena to jedyne 1000 juanów (dla Amerykanów rzekomo byłoby 1500), że wszystko jest original i w ogóle lepiej trafić się nie da.
Osobiście z zakupów jestem zadowolona, choć też dałam się nabić w butelkę. Pendrive nie działa. Ale ładny breloczek do kluczy z niego będzie...
Po co komu angielski
Podstawowym dla turysty językiem komunikacji w Chinach jest gestykulacja. Perfekcyjne porozumiewanie się na migi to jeden z najlepszych sposobów, by dogadać się w Państwie Środka.
Jeśli chcemy spytać o drogę, najlepiej zaczepiać nastolatków. Oni uczą się angielskiego, więc prawdopodobieństwo sukcesu jest duże. Nie dziwmy się, gdy zagadnięty poprosi do współpracy przy tłumaczeniu kolejne trzy osoby. Chińczycy najlepiej czują się w grupie. Są jednak takie rejony, jak miasto Zhengzhou (druga obok Luoyang baza wypadowa do klasztoru Shaolin), gdzie z angielskim nie ma co próbować, strata czasu.
Kłopoty pojawiają się też w restauracjach. Często nie ma anglojęzycznego menu. Zamówiony kurczak może się okazać gołębiem. Całkiem zresztą smacznym, póki nie wyłowimy z talerza jego głowy z dziobem i oczami.















