Polska nauka - Polak naukowiec potrafi

aktualizacja: 27.01.2011, 18:55
Izabela Wagner
Izabela Wagner
Foto: Fotorzepa, Rafał Guz rg Rafał Guz

Reformę polskiej nauki zacznijmy od dostosowania warunków pracy do standardów europejskich. Wtedy będzie można wymagać od naukowców „europejskich” rezultatów – pisze socjolog

9 stycznia ukazał się na stronach „Rzeczpospolitej” artykuł Renaty Czeladko o chwytliwym tytule „Polska Nauka na peryferiach świata“. Będąc aktualnie w centrum świata nauki – Bostonie – i pracując na uznawanym za najlepszy uniwersytet na świecie – Harvardzie – nie mogę nie zareagować na treści zawarte w tym tekście. Utrzymywanie, iż nauka może być „narodowa“ bez jednoczesnego wskazania na dziedzinę (bo jedynie w pewnych dziedzinach to wyrażenie może mieć sens) wskazuje na wysokie niezrozumienie funkcjonowania świata nauki.
W ostatnich miesiącach ożywiła się dyskusja na temat funkcjonowaniem szkolnictwa wyższego i nauki. Niestety, debaty te toczą się głównie w przestrzeni tabloidów, są pozbawione rzeczowości i trącą propagandowym przedstawianiem nauki polskiej jako skansenu socjalizmu, który może ocalić od zapadu jedynie prywatyzacja i konkurencyjność wprowadzona w każdym aspekcie tej działalności.
Ponieważ uważam, że czytelnikom „Rzeczpospolitej”, tak jak i wszystkim podatnikom finansującym działalność naukową należy się rzetelna informacja, chciałabym przedstawić podstawowe dane wykazujące, jak bardzo cytowany artykuł odbiega od rzeczywistości.
[srodtytul]Wielokulturowa nauka [/srodtytul]
W większości dziedzin naukowych, a z pewnością w naukach przyrodniczych, prowadzi się prace badawcze w oparciu o współpracę wielu zespołów (często funkcjonujących w różnych krajach). W Mekce nauk medycznych – Bostonie – mieście w którym powstaje zdecydowana większość publikacji w cytowanym „Nature” i „Science”, w wiodącym ośrodku badań nad rakiem, w którym realizuję mój socjologiczny projekt badawczy, postęp w nauce dokonuje się dzięki pracy tysięcy uczonych, którzy przyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych z całego świata, aby w wyśmienitych warunkach pracy realizować swe projekty badawcze. Tak funkcjonuje większość instytutów w naukach niehumanistycznych w Stanach Zjednoczonych w dziedzinach, w których wiedza nie opiera się ani na głębokiej znajomości języka angielskiego, ani na specyficznej ekspertyzie opartej na rodzimej kulturze. Publikacje powstające na terenie Stanów Zjednoczonych, wpisujące się w dorobek tutejszych instytucji, są autorstwa w zdecydowanej większości cudzoziemców tu pracujących (w naukach przyrodniczych określa się na 80 proc. ich liczbę – osoby te są w większości do doktoratu wykształcone w swych krajach). W instytucie, który jest moim terenem badawczym, cudzoziemcy są zdecydowaną większością pracujących tu intensywnie naukowców (zdecydowana większość publikuje we wspomnianym „Nature” i „Science”), Europejczycy stanowią silną grupę, a Polacy wcale nie należą do „rzadkich przypadków“. Wręcz przeciwnie – są uważani za naturalny komponent tutejszej społeczności naukowej.
[srodtytul]Kto jest Polakiem? [/srodtytul]
Właśnie dlatego wzbudziło we mnie wielkie oburzenie zdanie przeczytane w artykule Renaty Czeladko: „Publikacje Polaków pojawiają się w «Science» czy «Nature» raz na cztery lata”. Na podstawie moich obecnych prac mogę stwierdzić, iż teza ta jest daleka od prawdy, ponieważ o ile wiem wiele osób posiadających polskie obywatelstwo (a wiec z pewnością można ich określić mianem Polaka) publikuje w pismach pierwszej kategorii (i to nie tylko jako jeden z 20 autorów). Oczywiście, większość z publikujących w pismach pierwszej kategorii polskich autorów nie pracuje w kraju! Wielu z nich można spotkać między innymi właśnie w Bostonie. Wielu zaś w innych miejscach w Stanach Zjednoczonych, gdzie bardzo sprawnie funkcjonują zespoły badawcze kierowane przez polskich naukowców, zwane nierzadko ‚Polish Labs‘ („polskimi labami“), bowiem są znane z zatrudniania polskich naukowców. (Nie jest to nasza specyfika, są tutaj tzw. getta labowe, gdzie pracują zespoły rosyjskie, chińskie, indyjskie czy włoskie.) To nie „publikacje Polaków“, ale publikacje powstałe na podstawie badań zrealizowanych w polskich instytucjach należą do rzadkości. A jest to wielka różnica!
[wyimek]Prowadzenie prac naukowych w Polsce wymaga niesłychanego samozaparcia oraz wręcz szalonej energii i optymizmu w pokonywaniu rozmaitych przeszkód[/wyimek]
Polacy publikują dobrze (tak jak i inni przedstawiciele wielu krajów świata), w momencie kiedy mają odpowiednie ku temu warunki pracy. Pragmatyczni Amerykanie potrafią doskonale zorganizować pracę naukową i wykorzystać to, że w rodzimych krajach tysiące naukowców nie posiadają odpowiednich warunków pracy. Bo w Ameryce ceni się naukę i ceni się naukowca. Odmiennie dzieje się w Polsce, gdzie ostatnio mamy do czynienia ze swoistą nagonką na tę grupę zawodową. Przykładem takiej nagonki jest także artykuł powstały na podstawie badania w którym (jak podaje Renata Czeladko) zastosowano kategorię „publikacje Polaków“. Czy w takim razie publikujący Polak, pracujący poza polską instytucją, przestaje być Polakiem? Czy jego wykształcenie zdobyte w kraju automatycznie staje się “zagraniczne”, a on sam jest Amerykaninem, pomimo tego, iż faktycznie pracując latami w instytucji amerykańskiej jako obywatel polski przebywa w USA na wizie J-1, czy H-2 i nie posiada "zielonej karty"?
[srodtytul]Problem w pieniądzach [/srodtytul]
Polacy – ludzie nauki w dobrych warunkach pracy publikują i są następnie cytowani. To, że nie są to prace zrealizowane w polskich instytucjach (lub takimi są zbyt rzadko) o czymś świadczy. Jakie są tego przyczyny? Podam dwie najważniejsze: pierwsza dotyczy sumy przeznaczonej na finansowanie nauki, a druga to wysokość zarobków w odniesieniu do tej samej pracy, w zależności od kraju w którym jest ona realizowana. Opieram się tutaj na przykładzie przedstawionym w artykule – a więc porównując oba wyżej wymienione czynniki w krajach: USA, Niemczech, Włoszech i w Polsce.
Wydatki na naukę są określane jako procent PKB (produkt krajowy brutto). Stany Zjednoczone wydały w 2009 roku na naukę 2,6 proc. PKB, czyli sumę 370 363 mln dol., Niemcy 2,5 proc., czyli 70 157 mln dol., Włochy 1,1 proc., a więc 19 141 mln dol. A Polska?
Według szacowań PAN (optymistyczna wersja) wydano 0,64 proc. PKB, czyli 4 408 mln dol. Czyli około cztery razy mniej niż Włochy, 17 razy mniej niż Niemcy i 92 razy mniej niż Stany Zjednoczone (a USA mają populację jedynie osiem razy większą!). Ponieważ cytowane w artykule publikacje powstały przed 2010 rokiem, należy powołać się na starsze dane. Dla orientacji przytoczę tutaj porównanie dokonane przez K. Wojnarowskiego. Otóż budżet jednego z wiodących uniwersytetów amerykańskich, Stanfordu, wynosił w 2006 roku 2,9 mld dolarów, podczas gdy w Polsce (skala krajowa, a nie jednej instytucji) na ten cel przeznaczono 1, 84 mld dolarów.
Drugą przyczyną obecnego stanu produktywności naukowców pracujących w Polsce są pensje. Dane opracowane przez European University Institute dotyczą pensji pracowników szkolnictwa wyższego i nauki – średnie płace miesięczne. Podano dwie kategorie odpowiadające pozycji adiunkta (associate professor) i profesora zwyczajnego (tenured – co oznacza posadę państwową z gwarancją zatrudnienia do emerytury). Zdecydowanie najwyższe pensje otrzymują osoby zatrudnione w amerykańskich instytucjach: adiunkt zarabia średnio 4 820 euro (słownie cztery tysiące euro), a profesor 5 785 euro miesięcznie. Oczywiście znani profesorowie indywidualnie negocjują swe pensje, które mogą być wielokrotnością podanej sumy. W Niemczech można zauważyć niewielką różnicę w zarobkach adiunkta i profesora, który znajduje się na ostatnim szczeblu kariery (tutaj z każdym rokiem naliczana jest wysługa lat): od 3 277 euro do 3 744. We Włoszech ta różnica jest o wiele większa: adiunkt zarabia 2 500 euro miesięcznie, a profesor 4 000 euro. Natomiast w Polsce (przytaczane są tutaj dane brutto) adiunkt zarabia 586 euro, a profesor 1 127 euro miesięcznie. Tak więc za taką samą pracę adiunkt w USA zarobi prawie osiem razy więcej, w Niemczech ponad pięć razy, we Włoszech cztery razy tyle. Moi koledzy z Harvardu, gdy rozmawiamy o pensji i podaję przeliczoną na dolary moją pensję adiunkta netto – 2 278 złotych – poprawiają mnie spontanicznie mówiąc: „Pomyliłaś się! Nie osiemset dolarów, ale osiem tysięcy!” („Not hundred but thousand!”). Niestety, nie pomyliłam się… Nasze pensje liczą się w setkach a nie tysiącach dolarów.
[srodtytul]Szalona energia [/srodtytul]
Przy zestawieniu powyższych danych mamy sytuację jasną i logiczną. A wnioski są raczej bardzo pozytywne, jeżeli badamy produktywność działającego w Polsce naukowca.
KAŻDY przecież się zgodzi z podstawową zasadą ekonomii, która mówi o ścisłej zależności pomiędzy płacą a wydajnością! Publikowanie 24 artykułów na 100 pracowników w przypadku polskich naukowców przy 45 na 100 w odniesieniu do Niemców, płaconych pięciokrotnie jest wyjątkowym osiągnięciem! Zwłaszcza gdy zauważymy, że wśród prac liczonych przez ekonomistów z Gdańska za niemieckie, wiele jest takich, których autorami są polscy naukowcy pracujący za Odrą. Należy tutaj przytoczyć tę możliwość, ponieważ nie należy ona do rzadkości, a sytuacja odwrotna – naukowiec niemiecki publikujący w polskiej instytucji – jest ewenementem. Ten aspekt wskazuje na wysoką nieścisłość obecną w obranych kategoriach.
Porównując pensje pomiędzy krajami na ogół wspomina się o kosztach życia. Te w Niemczech nie są wcale niższe niż w Polsce. Wystarczy porównać ceny wynajęcia mieszkań w Warszawie i Berlinie (większe ośrodki naukowo-badawcze), nad Szprewą płaci się za M3 mniej niż nad Wisłą. Tym bardziej nie można mówić o tańszych kosztach prac badawczych: o tym wiedzą ci, którzy za te same odczynniki, płacą drożej w Polsce, niż w innych krajach unijnych. Prowadzenie prac naukowych w Polsce jest zdecydowanie trudniejsze niż w USA czy w Niemczech, wymaga niesłychanego samozaparcia i wręcz szalonej energii i optymizmu w pokonywaniu rozmaitych przeszkód.
[srodtytul]Konieczna reforma [/srodtytul]
Reformę nauki zacznijmy od dostosowania warunków pracy do standardów europejskich – wtedy będzie można wymagać od naukowców „europejskich” rezultatów. Zagłodzona szkapa daleko nie pojedzie – zawsze będzie można stwierdzić, że wyścigowym koniem nie była, tylko czy to jej wina? Czy w tych wszystkich badaniach, które są cytowane w licznych gazetach uczestniczących w nagonce na polskich naukowców, autorzy „demaskujący“ ich niewydolność nie wiedzą, w jaki sposób i jakie dane się zestawia, aby wytłumaczyć to proste zjawisko? Proponuję przerzucić podobne praktyki na inną dziedzinę – przemysł – i porównać osiągnięcia ludzi przemysłu z krajami takimi jak Niemcy czy USA. Co wtedy otrzymamy?
W rankingu światowym z (2006 roku) wypadamy pod względem PKB per capita na 62. pozycji, po Omanie i przed Chile. USA są na 8. pozycji, Niemcy 19., a Włochy na 22. – jesteśmy więc niestety 40 miejsc dalej od krajów, z którymi nas naukowców się ciągle zestawia. Dlaczego nie porównujemy naszej liczby publikacji do efektywności pracy ludzi nauki w Chile czy Omanie? Ile publikacji w "Nature" i "Science" w ostatnich latach umieścili Omańczycy? Czy więcej, czy mniej niż Polacy?
Na wybiórcze porównanie dotyczące przemysłu (USA/Niemcy a Polska) nikt się nie odważy – każdy wie jaka jest sytuacja gospodarki w Polsce. Natomiast polskiemu obywatelowi się wmawia od jakiegoś czasu, że wynik i jakość prac w nauce zależą jedynie od szarych komórek naukowca. Jest to pożałowania godne uproszczenie, iście propagandowe, uzyskiwane poprzez manipulację danymi, wskazywanie na pewne wskaźniki, bez podawania tzw. danych podstawowych.
Analizując efektywność pracy każdego pracownika, niezależnie od sektora, bierze się pod uwagę jego warunki pracy, na którą się składają: pensja i środki do prowadzenia działalności, a następnie dopiero inne wskaźniki. Czy o tym ci wszyscy eksperci – badacze kwestii związanych z nauką i specjaliści dziennikarze piszący o tej ważnej działalności – nie słyszeli? A może nie mieli czasu, aby przeczytać to, co w każdym podręczniku z zakresu socjologii pracy i organizacji jest podane jako podstawa do jakiegokolwiek badania każdej działalności zawodowej?
Polecam dokonane powyżej porównania (finansowania nauki i pensji pracowników tego sektora) jako punkt wyjścia do kolejnych zestawień. Mówienie o konkurencyjności bez konkretnych propozycji poprawienia podstawowych warunków pracy nie wystarczy aby nazwać zmiany reformą. Nie startuje się w Formule 1 maluchem!
[srodtytul]Naukowcy z Europy Wschodniej [/srodtytul]
Skoro oczekiwania, czy raczej wymagania wobec naukowców pracujących w Polsce są europejskie (publikacje w "Nature" i "Science"), stwórzmy im europejskie warunki pracy. Do niczego nie prowadzi udawadnianie, że polska nauka jest peryferyjna – jest ona wynikiem takiej a nie innej polityki.
Pracujący za granicą i publikujący w pierwszej kategorii pismach polscy naukowcy otrzymali swe wykształcenie w Polsce. Jeżeli są specjalistami najwyższej światowej klasy, to coś to oznacza. Nikt tutaj w Bostonie nie ośmieliłby się powiedzieć, że w Polsce się źle kształci. Codziennie natomiast się rozmawia o katastrofalnych warunkach kształcenia na ostatnich szczeblach nauczania uniwersyteckiego (stąd tylu doktorantów decyduje się na realizację prac nad doktoratem poza Polską).
Reforma może wiele zmienić – oby nie zniszczyła tego co było dobre i cenne. Tego co na każdym kroku podkreślają tutejsi badacze: nauczania na wysokim poziomie wielu dziedzin, dzięki czemu dyscypliny takie jak chemia, fizyka, biologia, matematyka w wielu miejscach na świecie mogą się rozwijać, bowiem specjaliści z tych dziedzin pochodzą właśnie bardzo często w Europy Wschodniej (Polska zdecydowanie w USA jest określana jako Europa Wschodnia); w Zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych niewielu studentów decyduje się na wybieranie tych „nieatrakcyjnych kierunków“. Nie oznacza to wcale, że w Polsce się gorzej kształci humanistów czy przedstawicieli nauk społecznych – po prostu te nauki są bardziej powiązane z językiem i kulturą, a tutejsi, pracujący w USA, naukowcy bardzo rzadko interesują się tym, co w takich naukach dzieje się za Oceanem. Międzynarodowa działalność w przypadku przedstawicieli nauk humanistycznych czy społecznych jest zdecydowanie bardziej ograniczona od tej, którą praktykują przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych.
W Stanach Zjednoczonych nie ulega wątpliwości, że jedną ze „specjalności“ Europy Wschodniej są dyscypliny ścisłe (przygotowanie głównie teoretyczne, ale nie tylko). Moi rozmówcy w Ithace, w stanie New York – mieszkańcy miasteczka uniwersyteckiego w którym działa jeden z najlepszych i najstarszych uniwersytetów w tej części świata Cornell University – mówili o tym, że Polak w tym miejscu to nie jest hydraulik (jak we Francji). „Jak słyszą, że jesteśmy z Polski to się pytają w jakim labie pracujemy i jaka jest nasza dziedzina. Od razu wiedzą, że jak Polak to naukowiec!”.
To czy tak dalej będzie i czy Polska w pewnych miejscach na świecie będzie się kojarzyła ze świetnym przygotowaniem do uprawiania nauki zależy własnie od tej reformy.
[srodtytul]Chwalebna przeszłość, jaka przyszłość? [/srodtytul]
Będąc aktualnie w centrum nauki światowej – na Harvardzie – z cała odpowiedzialnością mogę stwierdzić, iż Polska nie jest postrzegana jako kraj peryferyjny. Ostatnie seminarium spędziliśmy z moimi kolegami- historykami nauki o Flecku, wielkim wizjonerze, o naukowcach ze Lwowa i fenomenie polskich szkół matematycznych. To jest postrzeganie historyków – ich świat to przeszłość. A jak wypadamy aktualnie?
Polska jest z pewnością krajem, w którym świetnie przygotowani naukowcy (poza wyjątkami) nie mają warunków pracy i rozwoju. To reforma zadecyduje o tym, czy można będzie realizować na szeroką skalę prace badawcze w Polsce (i to nie tylko w kilku miejscach określanych jako „wyspy szczęśliwości“), czy zaprzepaścimy tą więdzę, którą posiadaliśmy, a mianowicie umiejętnego kształcenia kolejnych pokoleń ludzi nauki, pochodzących ze wszystkich środowisk społecznych, bez dyskryminacji klasowej czy etnicznej. To w tej chwili ważą się losy naszych dzieci i tego, czy Polska będzie się kojarzyła z krajem produkującym tanią siłę roboczą (panie sprzątające w Brukseli czy opiekunki do starszych osób w Paryżu), czy z państwem kreatywnych ludzi, którzy nie będą musieli emigrować, aby kontynuować swą działalność naukową, ale będą mogli wybierać pomiędzy pracą nad Wisłą czy u wybrzeży zachodnich Atlantyku przy ujściu Charles River. Może nie tylko wyjątki, ale większość z nich, po nauce otrzymanej w świetnych laboratoriach amerykańskich będzie mogła stworzyć podobne ośrodki w kraju, stając się częścią instytucji działających według standardów międzynarodowych i publikujących w pierwszej klasy pismach – tym razem z afiliacją polskiej instytucji.
[i]Autorka jest doktorem socjologii, adiunktem UW, obecnie – visiting researcher na Wydziale Historii Nauki na Harvard University, w Cambridge, USA. Specjalizuje się w socjologii pracy, bada mobilność i kariery ludzi nauki oraz kariery twórcze. Realizuje projekt badawczy „Polish Scientists in America“ przy wsparciu Fundacji Kościuszkowskiej. [/i]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE