Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Polska nauka - Polak naukowiec potrafi

Izabela Wagner
Fotorzepa, Rafał Guz rg Rafał Guz
Reformę polskiej nauki zacznijmy od dostosowania warunków pracy do standardów europejskich. Wtedy będzie można wymagać od naukowców „europejskich” rezultatów – pisze socjolog
9 stycznia ukazał się na stronach „Rzeczpospolitej” artykuł Renaty Czeladko o chwytliwym tytule „Polska Nauka na peryferiach œwiata“. Będšc aktualnie w centrum œwiata nauki – Bostonie – i pracujšc na uznawanym za najlepszy uniwersytet na œwiecie – Harvardzie – nie mogę nie zareagować na treœci zawarte w tym tekœcie. Utrzymywanie, iż nauka może być „narodowa“ bez jednoczesnego wskazania na dziedzinę (bo jedynie w pewnych dziedzinach to wyrażenie może mieć sens) wskazuje na wysokie niezrozumienie funkcjonowania œwiata nauki. W ostatnich miesišcach ożywiła się dyskusja na temat funkcjonowaniem szkolnictwa wyższego i nauki. Niestety, debaty te toczš się głównie w przestrzeni tabloidów, sš pozbawione rzeczowoœci i tršcš propagandowym przedstawianiem nauki polskiej jako skansenu socjalizmu, który może ocalić od zapadu jedynie prywatyzacja i konkurencyjnoœć wprowadzona w każdym aspekcie tej działalnoœci. Ponieważ uważam, że czytelnikom „Rzeczpospolitej”, tak jak i wszystkim podatnikom finansujšcym działalnoœć naukowš należy się rzetelna informacja, chciałabym przedstawić podstawowe dane wykazujšce, jak bardzo cytowany artykuł odbiega od rzeczywistoœci.
[srodtytul]Wielokulturowa nauka [/srodtytul] W większoœci dziedzin naukowych, a z pewnoœciš w naukach przyrodniczych, prowadzi się prace badawcze w oparciu o współpracę wielu zespołów (często funkcjonujšcych w różnych krajach). W Mekce nauk medycznych – Bostonie – mieœcie w którym powstaje zdecydowana większoœć publikacji w cytowanym „Nature” i „Science”, w wiodšcym oœrodku badań nad rakiem, w którym realizuję mój socjologiczny projekt badawczy, postęp w nauce dokonuje się dzięki pracy tysięcy uczonych, którzy przyjeżdżajš do Stanów Zjednoczonych z całego œwiata, aby w wyœmienitych warunkach pracy realizować swe projekty badawcze. Tak funkcjonuje większoœć instytutów w naukach niehumanistycznych w Stanach Zjednoczonych w dziedzinach, w których wiedza nie opiera się ani na głębokiej znajomoœci języka angielskiego, ani na specyficznej ekspertyzie opartej na rodzimej kulturze. Publikacje powstajšce na terenie Stanów Zjednoczonych, wpisujšce się w dorobek tutejszych instytucji, sš autorstwa w zdecydowanej większoœci cudzoziemców tu pracujšcych (w naukach przyrodniczych okreœla się na 80 proc. ich liczbę – osoby te sš w większoœci do doktoratu wykształcone w swych krajach). W instytucie, który jest moim terenem badawczym, cudzoziemcy sš zdecydowanš większoœciš pracujšcych tu intensywnie naukowców (zdecydowana większoœć publikuje we wspomnianym „Nature” i „Science”), Europejczycy stanowiš silnš grupę, a Polacy wcale nie należš do „rzadkich przypadków“. Wręcz przeciwnie – sš uważani za naturalny komponent tutejszej społecznoœci naukowej. [srodtytul]Kto jest Polakiem? [/srodtytul] Właœnie dlatego wzbudziło we mnie wielkie oburzenie zdanie przeczytane w artykule Renaty Czeladko: „Publikacje Polaków pojawiajš się w «Science» czy «Nature» raz na cztery lata”. Na podstawie moich obecnych prac mogę stwierdzić, iż teza ta jest daleka od prawdy, ponieważ o ile wiem wiele osób posiadajšcych polskie obywatelstwo (a wiec z pewnoœciš można ich okreœlić mianem Polaka) publikuje w pismach pierwszej kategorii (i to nie tylko jako jeden z 20 autorów). Oczywiœcie, większoœć z publikujšcych w pismach pierwszej kategorii polskich autorów nie pracuje w kraju! Wielu z nich można spotkać między innymi właœnie w Bostonie. Wielu zaœ w innych miejscach w Stanach Zjednoczonych, gdzie bardzo sprawnie funkcjonujš zespoły badawcze kierowane przez polskich naukowców, zwane nierzadko ‚Polish Labs‘ („polskimi labami“), bowiem sš znane z zatrudniania polskich naukowców. (Nie jest to nasza specyfika, sš tutaj tzw. getta labowe, gdzie pracujš zespoły rosyjskie, chińskie, indyjskie czy włoskie.) To nie „publikacje Polaków“, ale publikacje powstałe na podstawie badań zrealizowanych w polskich instytucjach należš do rzadkoœci. A jest to wielka różnica! [wyimek]Prowadzenie prac naukowych w Polsce wymaga niesłychanego samozaparcia oraz wręcz szalonej energii i optymizmu w pokonywaniu rozmaitych przeszkód[/wyimek] Polacy publikujš dobrze (tak jak i inni przedstawiciele wielu krajów œwiata), w momencie kiedy majš odpowiednie ku temu warunki pracy. Pragmatyczni Amerykanie potrafiš doskonale zorganizować pracę naukowš i wykorzystać to, że w rodzimych krajach tysišce naukowców nie posiadajš odpowiednich warunków pracy. Bo w Ameryce ceni się naukę i ceni się naukowca. Odmiennie dzieje się w Polsce, gdzie ostatnio mamy do czynienia ze swoistš nagonkš na tę grupę zawodowš. Przykładem takiej nagonki jest także artykuł powstały na podstawie badania w którym (jak podaje Renata Czeladko) zastosowano kategorię „publikacje Polaków“. Czy w takim razie publikujšcy Polak, pracujšcy poza polskš instytucjš, przestaje być Polakiem? Czy jego wykształcenie zdobyte w kraju automatycznie staje się “zagraniczne”, a on sam jest Amerykaninem, pomimo tego, iż faktycznie pracujšc latami w instytucji amerykańskiej jako obywatel polski przebywa w USA na wizie J-1, czy H-2 i nie posiada "zielonej karty"? [srodtytul]Problem w pienišdzach [/srodtytul] Polacy – ludzie nauki w dobrych warunkach pracy publikujš i sš następnie cytowani. To, że nie sš to prace zrealizowane w polskich instytucjach (lub takimi sš zbyt rzadko) o czymœ œwiadczy. Jakie sš tego przyczyny? Podam dwie najważniejsze: pierwsza dotyczy sumy przeznaczonej na finansowanie nauki, a druga to wysokoœć zarobków w odniesieniu do tej samej pracy, w zależnoœci od kraju w którym jest ona realizowana. Opieram się tutaj na przykładzie przedstawionym w artykule – a więc porównujšc oba wyżej wymienione czynniki w krajach: USA, Niemczech, Włoszech i w Polsce. Wydatki na naukę sš okreœlane jako procent PKB (produkt krajowy brutto). Stany Zjednoczone wydały w 2009 roku na naukę 2,6 proc. PKB, czyli sumę 370 363 mln dol., Niemcy 2,5 proc., czyli 70 157 mln dol., Włochy 1,1 proc., a więc 19 141 mln dol. A Polska? Według szacowań PAN (optymistyczna wersja) wydano 0,64 proc. PKB, czyli 4 408 mln dol. Czyli około cztery razy mniej niż Włochy, 17 razy mniej niż Niemcy i 92 razy mniej niż Stany Zjednoczone (a USA majš populację jedynie osiem razy większš!). Ponieważ cytowane w artykule publikacje powstały przed 2010 rokiem, należy powołać się na starsze dane. Dla orientacji przytoczę tutaj porównanie dokonane przez K. Wojnarowskiego. Otóż budżet jednego z wiodšcych uniwersytetów amerykańskich, Stanfordu, wynosił w 2006 roku 2,9 mld dolarów, podczas gdy w Polsce (skala krajowa, a nie jednej instytucji) na ten cel przeznaczono 1, 84 mld dolarów. Drugš przyczynš obecnego stanu produktywnoœci naukowców pracujšcych w Polsce sš pensje. Dane opracowane przez European University Institute dotyczš pensji pracowników szkolnictwa wyższego i nauki – œrednie płace miesięczne. Podano dwie kategorie odpowiadajšce pozycji adiunkta (associate professor) i profesora zwyczajnego (tenured – co oznacza posadę państwowš z gwarancjš zatrudnienia do emerytury). Zdecydowanie najwyższe pensje otrzymujš osoby zatrudnione w amerykańskich instytucjach: adiunkt zarabia œrednio 4 820 euro (słownie cztery tysišce euro), a profesor 5 785 euro miesięcznie. Oczywiœcie znani profesorowie indywidualnie negocjujš swe pensje, które mogš być wielokrotnoœciš podanej sumy. W Niemczech można zauważyć niewielkš różnicę w zarobkach adiunkta i profesora, który znajduje się na ostatnim szczeblu kariery (tutaj z każdym rokiem naliczana jest wysługa lat): od 3 277 euro do 3 744. We Włoszech ta różnica jest o wiele większa: adiunkt zarabia 2 500 euro miesięcznie, a profesor 4 000 euro. Natomiast w Polsce (przytaczane sš tutaj dane brutto) adiunkt zarabia 586 euro, a profesor 1 127 euro miesięcznie. Tak więc za takš samš pracę adiunkt w USA zarobi prawie osiem razy więcej, w Niemczech ponad pięć razy, we Włoszech cztery razy tyle. Moi koledzy z Harvardu, gdy rozmawiamy o pensji i podaję przeliczonš na dolary mojš pensję adiunkta netto – 2 278 złotych – poprawiajš mnie spontanicznie mówišc: „Pomyliłaœ się! Nie osiemset dolarów, ale osiem tysięcy!” („Not hundred but thousand!”). Niestety, nie pomyliłam się… Nasze pensje liczš się w setkach a nie tysišcach dolarów. [srodtytul]Szalona energia [/srodtytul] Przy zestawieniu powyższych danych mamy sytuację jasnš i logicznš. A wnioski sš raczej bardzo pozytywne, jeżeli badamy produktywnoœć działajšcego w Polsce naukowca. KAŻDY przecież się zgodzi z podstawowš zasadš ekonomii, która mówi o œcisłej zależnoœci pomiędzy płacš a wydajnoœciš! Publikowanie 24 artykułów na 100 pracowników w przypadku polskich naukowców przy 45 na 100 w odniesieniu do Niemców, płaconych pięciokrotnie jest wyjštkowym osišgnięciem! Zwłaszcza gdy zauważymy, że wœród prac liczonych przez ekonomistów z Gdańska za niemieckie, wiele jest takich, których autorami sš polscy naukowcy pracujšcy za Odrš. Należy tutaj przytoczyć tę możliwoœć, ponieważ nie należy ona do rzadkoœci, a sytuacja odwrotna – naukowiec niemiecki publikujšcy w polskiej instytucji – jest ewenementem. Ten aspekt wskazuje na wysokš nieœcisłoœć obecnš w obranych kategoriach. Porównujšc pensje pomiędzy krajami na ogół wspomina się o kosztach życia. Te w Niemczech nie sš wcale niższe niż w Polsce. Wystarczy porównać ceny wynajęcia mieszkań w Warszawie i Berlinie (większe oœrodki naukowo-badawcze), nad Szprewš płaci się za M3 mniej niż nad Wisłš. Tym bardziej nie można mówić o tańszych kosztach prac badawczych: o tym wiedzš ci, którzy za te same odczynniki, płacš drożej w Polsce, niż w innych krajach unijnych. Prowadzenie prac naukowych w Polsce jest zdecydowanie trudniejsze niż w USA czy w Niemczech, wymaga niesłychanego samozaparcia i wręcz szalonej energii i optymizmu w pokonywaniu rozmaitych przeszkód. [srodtytul]Konieczna reforma [/srodtytul] Reformę nauki zacznijmy od dostosowania warunków pracy do standardów europejskich – wtedy będzie można wymagać od naukowców „europejskich” rezultatów. Zagłodzona szkapa daleko nie pojedzie – zawsze będzie można stwierdzić, że wyœcigowym koniem nie była, tylko czy to jej wina? Czy w tych wszystkich badaniach, które sš cytowane w licznych gazetach uczestniczšcych w nagonce na polskich naukowców, autorzy „demaskujšcy“ ich niewydolnoœć nie wiedzš, w jaki sposób i jakie dane się zestawia, aby wytłumaczyć to proste zjawisko? Proponuję przerzucić podobne praktyki na innš dziedzinę – przemysł – i porównać osišgnięcia ludzi przemysłu z krajami takimi jak Niemcy czy USA. Co wtedy otrzymamy? W rankingu œwiatowym z (2006 roku) wypadamy pod względem PKB per capita na 62. pozycji, po Omanie i przed Chile. USA sš na 8. pozycji, Niemcy 19., a Włochy na 22. – jesteœmy więc niestety 40 miejsc dalej od krajów, z którymi nas naukowców się cišgle zestawia. Dlaczego nie porównujemy naszej liczby publikacji do efektywnoœci pracy ludzi nauki w Chile czy Omanie? Ile publikacji w "Nature" i "Science" w ostatnich latach umieœcili Omańczycy? Czy więcej, czy mniej niż Polacy? Na wybiórcze porównanie dotyczšce przemysłu (USA/Niemcy a Polska) nikt się nie odważy – każdy wie jaka jest sytuacja gospodarki w Polsce. Natomiast polskiemu obywatelowi się wmawia od jakiegoœ czasu, że wynik i jakoœć prac w nauce zależš jedynie od szarych komórek naukowca. Jest to pożałowania godne uproszczenie, iœcie propagandowe, uzyskiwane poprzez manipulację danymi, wskazywanie na pewne wskaŸniki, bez podawania tzw. danych podstawowych. Analizujšc efektywnoœć pracy każdego pracownika, niezależnie od sektora, bierze się pod uwagę jego warunki pracy, na którš się składajš: pensja i œrodki do prowadzenia działalnoœci, a następnie dopiero inne wskaŸniki. Czy o tym ci wszyscy eksperci – badacze kwestii zwišzanych z naukš i specjaliœci dziennikarze piszšcy o tej ważnej działalnoœci – nie słyszeli? A może nie mieli czasu, aby przeczytać to, co w każdym podręczniku z zakresu socjologii pracy i organizacji jest podane jako podstawa do jakiegokolwiek badania każdej działalnoœci zawodowej? Polecam dokonane powyżej porównania (finansowania nauki i pensji pracowników tego sektora) jako punkt wyjœcia do kolejnych zestawień. Mówienie o konkurencyjnoœci bez konkretnych propozycji poprawienia podstawowych warunków pracy nie wystarczy aby nazwać zmiany reformš. Nie startuje się w Formule 1 maluchem! [srodtytul]Naukowcy z Europy Wschodniej [/srodtytul] Skoro oczekiwania, czy raczej wymagania wobec naukowców pracujšcych w Polsce sš europejskie (publikacje w "Nature" i "Science"), stwórzmy im europejskie warunki pracy. Do niczego nie prowadzi udawadnianie, że polska nauka jest peryferyjna – jest ona wynikiem takiej a nie innej polityki. Pracujšcy za granicš i publikujšcy w pierwszej kategorii pismach polscy naukowcy otrzymali swe wykształcenie w Polsce. Jeżeli sš specjalistami najwyższej œwiatowej klasy, to coœ to oznacza. Nikt tutaj w Bostonie nie oœmieliłby się powiedzieć, że w Polsce się Ÿle kształci. Codziennie natomiast się rozmawia o katastrofalnych warunkach kształcenia na ostatnich szczeblach nauczania uniwersyteckiego (stšd tylu doktorantów decyduje się na realizację prac nad doktoratem poza Polskš). Reforma może wiele zmienić – oby nie zniszczyła tego co było dobre i cenne. Tego co na każdym kroku podkreœlajš tutejsi badacze: nauczania na wysokim poziomie wielu dziedzin, dzięki czemu dyscypliny takie jak chemia, fizyka, biologia, matematyka w wielu miejscach na œwiecie mogš się rozwijać, bowiem specjaliœci z tych dziedzin pochodzš właœnie bardzo często w Europy Wschodniej (Polska zdecydowanie w USA jest okreœlana jako Europa Wschodnia); w Zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych niewielu studentów decyduje się na wybieranie tych „nieatrakcyjnych kierunków“. Nie oznacza to wcale, że w Polsce się gorzej kształci humanistów czy przedstawicieli nauk społecznych – po prostu te nauki sš bardziej powišzane z językiem i kulturš, a tutejsi, pracujšcy w USA, naukowcy bardzo rzadko interesujš się tym, co w takich naukach dzieje się za Oceanem. Międzynarodowa działalnoœć w przypadku przedstawicieli nauk humanistycznych czy społecznych jest zdecydowanie bardziej ograniczona od tej, którš praktykujš przedstawiciele nauk przyrodniczych i œcisłych. W Stanach Zjednoczonych nie ulega wštpliwoœci, że jednš ze „specjalnoœci“ Europy Wschodniej sš dyscypliny œcisłe (przygotowanie głównie teoretyczne, ale nie tylko). Moi rozmówcy w Ithace, w stanie New York – mieszkańcy miasteczka uniwersyteckiego w którym działa jeden z najlepszych i najstarszych uniwersytetów w tej częœci œwiata Cornell University – mówili o tym, że Polak w tym miejscu to nie jest hydraulik (jak we Francji). „Jak słyszš, że jesteœmy z Polski to się pytajš w jakim labie pracujemy i jaka jest nasza dziedzina. Od razu wiedzš, że jak Polak to naukowiec!”. To czy tak dalej będzie i czy Polska w pewnych miejscach na œwiecie będzie się kojarzyła ze œwietnym przygotowaniem do uprawiania nauki zależy własnie od tej reformy. [srodtytul]Chwalebna przeszłoœć, jaka przyszłoœć? [/srodtytul] Będšc aktualnie w centrum nauki œwiatowej – na Harvardzie – z cała odpowiedzialnoœciš mogę stwierdzić, iż Polska nie jest postrzegana jako kraj peryferyjny. Ostatnie seminarium spędziliœmy z moimi kolegami- historykami nauki o Flecku, wielkim wizjonerze, o naukowcach ze Lwowa i fenomenie polskich szkół matematycznych. To jest postrzeganie historyków – ich œwiat to przeszłoœć. A jak wypadamy aktualnie? Polska jest z pewnoœciš krajem, w którym œwietnie przygotowani naukowcy (poza wyjštkami) nie majš warunków pracy i rozwoju. To reforma zadecyduje o tym, czy można będzie realizować na szerokš skalę prace badawcze w Polsce (i to nie tylko w kilku miejscach okreœlanych jako „wyspy szczęœliwoœci“), czy zaprzepaœcimy tš więdzę, którš posiadaliœmy, a mianowicie umiejętnego kształcenia kolejnych pokoleń ludzi nauki, pochodzšcych ze wszystkich œrodowisk społecznych, bez dyskryminacji klasowej czy etnicznej. To w tej chwili ważš się losy naszych dzieci i tego, czy Polska będzie się kojarzyła z krajem produkujšcym taniš siłę roboczš (panie sprzštajšce w Brukseli czy opiekunki do starszych osób w Paryżu), czy z państwem kreatywnych ludzi, którzy nie będš musieli emigrować, aby kontynuować swš działalnoœć naukowš, ale będš mogli wybierać pomiędzy pracš nad Wisłš czy u wybrzeży zachodnich Atlantyku przy ujœciu Charles River. Może nie tylko wyjštki, ale większoœć z nich, po nauce otrzymanej w œwietnych laboratoriach amerykańskich będzie mogła stworzyć podobne oœrodki w kraju, stajšc się częœciš instytucji działajšcych według standardów międzynarodowych i publikujšcych w pierwszej klasy pismach – tym razem z afiliacjš polskiej instytucji. [i]Autorka jest doktorem socjologii, adiunktem UW, obecnie – visiting researcher na Wydziale Historii Nauki na Harvard University, w Cambridge, USA. Specjalizuje się w socjologii pracy, bada mobilnoœć i kariery ludzi nauki oraz kariery twórcze. Realizuje projekt badawczy „Polish Scientists in America“ przy wsparciu Fundacji Koœciuszkowskiej. [/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL