Publicystyka

Reforma szkolnictwa wyższego bez uczciwej konkurencji

Dariusz Jemielniak
Archiwum
Lepsze i gospodarniejsze uczelnie nie uzyskują finansowania bezpłatnych studiów tylko dlatego, że nie założyło ich państwo – sytuację w szkolnictwie wyższym krytykuje doktor habilitowany
Czytam z uwagą kolejne projekty reform szkolnictwa wyższego i głosy publicystów i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znaczna część dyskusji dotyczy problemów wyimaginowanych. Jednocześnie pomija się kwestię w oczywisty sposób mogącą dokonać istotnych jakościowych zmian, lecz środowiskowo kłopotliwą.
Chciałbym zatem krótko przedstawić podstawowe powody, dla których tak krytykowana przez media habilitacja słusznie pozostaje utrzymana, a jednocześnie zwrócić uwagę na istotną zmianę, której zapowiadana reforma niestety nie gwarantuje. [srodtytul]Słuszna habilitacja[/srodtytul]
Środowisko publicystów zgodnym chórem krytykuje pozostawienie stopnia doktora habilitowanego. Chociaż jestem jednym z jego młodszych posiadaczy w uprawianej przeze mnie dyscyplinie i wciąż, według ministerialnych kryteriów, zaliczam się do „młodych naukowców”, jestem beneficjentem przywilejów z nim związanych i łatwo mnie posądzić o chęć obrony własnych interesów. Jako młody naukowiec mogę jednak zwrócić uwagę na to, że zniesienie habilitacji, które teoretycznie miałoby ułatwiać karierę osobom w moim wieku, równie dobrze mogłoby ją także zablokować. Dopóki istnieje habilitacja, są konkretne zewnętrzne kryteria, które trzeba spełnić, aby ją uzyskać. [wyimek]Zniesienie habilitacji, które teoretycznie miałoby ułatwiać karierę osobom w moim wieku, równie dobrze mogłoby ją także zablokować[/wyimek] Propozycje jej likwidacji i wprowadzenia zamiast niej możliwości swobodnego nadawania stanowisk przez uczelnie zamiast szybkiej emancypacji obiecujących adiunktów równie dobrze mogłyby doprowadzić do zawłaszczenia tych stanowisk przez wiecznych doktorów – pracowników od lat niebędących w stanie wystarczająco dużo i dobrze publikować. Habilitacja powinna pozostać także dlatego, że jest po prostu światowym standardem. Wszystkim przecierającym ze zdumienia oczy już tłumaczę: stopień doktora habilitowanego jest odpowiednikiem pozycji associate professor. Jest on na świecie powszechne w zasadzie bez wyjątku i ma głęboki sens: to etap pośredni pomiędzy pierwszą stałą pracą po doktoracie a stanowiskiem profesora. Dlaczego więc temat habilitacji wzbudza emocje? Co najmniej z kilku powodów. Przede wszystkim dotychczasowe regulacje czyniły proces uzyskiwania jej traumatycznym. Procedury trwały długo, a od habilitanta wymagano uczestnictwa w stresującym kolokwium, przeprowadzanym przez grono osób o bardzo zróżnicowanych specjalnościach badawczych. Ten problem w ramach reformy nauki jest już rozwiązany: kolokwium znika, a sam proces oceny jest przeprowadzany przez komisję recenzentów wybieranych z uwagi na ich kompetencje w tematyce zainteresowań habilitanta – dokładnie tak samo, jak w wielu krajach zachodnich. Drugi powód niechęci wobec habilitacji bierze się z tego, że tradycyjnie powinna się ona opierać na publikacji tzw. książki habilitacyjnej. W niektórych dziedzinach ma to głęboki sens, w innych z kolei powoduje konieczność pracowania przez kilka lat na publikację, która spełnia wyłącznie funkcję awansową. Już obecnie przepisy pozwalają co prawda na obronę zbioru artykułów, jednakże praktyka pokazuje, że na niektórych wydziałach takie podejście budzi opór. Zakładana reforma nauki rozwiązuje ten problem: ocenie podlega dorobek naukowy, na zasadach i według wymogów określanych w każdej z dziedzin. Także tutaj zatem standardy stopnia doktora habilitowanego zrównały się z międzynarodowymi wymogami wobec pozycji associate professor. [srodtytul]Groźba inflacji[/srodtytul] Trzecim powodem, dla którego habilitacja postrzegana jest jako przeszkoda w rozwoju polskiej nauki, zwłaszcza przez osoby, które jej nie mają, jest długotrwałość procesu jej uzyskiwania. Nie sposób nie zauważyć, że faktycznie średnio wiek uzyskania stanowiska associate professor jest w Polsce wyraźnie wyższy niż na Zachodzie. Częściowo winić za to należy mały nacisk na adiunktów – co prawda mają narzucone terminy, w których powinni się zmieścić z obroną, ale w praktyce bywa różnie. Również w tym zakresie wprowadzana reforma nauki obiecuje zmienić dotychczasową praktykę i umożliwić zdolnym adiunktom szybszą obronę. Zamiast ubolewać nad pozostawieniem habilitacji, wypadałoby zatem raczej się zastanowić, czy jej standardy nie zostaną nadmiernie obniżone i czy nie nastąpi inflacja tego stopnia (zwłaszcza wobec wyraźnie nadchodzącej inflacji doktoratu). [srodtytul]Uczciwa konkurencja[/srodtytul] Reforma polskiej nauki ma jednak jeden istotny obszar, w którym zmiana może w istotny sposób poprawić konkurencyjność krajowych uczelni i który jest jednocześnie traktowany jak gorący kartofel. Polska jest ewenementem w skali światowej – mamy kilkaset uczelni niepublicznych. Jest to oczywiście fenomen zarówno pozytywny (znacznie poprawia się nam skolaryzacja, więcej młodych ludzi może kontynuować edukację itp.), jak i negatywny (wiele z uczelni niepublicznych ma bardzo niskie standardy jakości). Samo istnienie słabych szkół nie jest problemem – także w USA istnieje ogromna liczba niskiej jakości uczelni publicznych i niepublicznych. Zapotrzebowanie na bazowe wykształcenie licencjackie rośnie i wypada się jedynie cieszyć, że mamy możliwości jego oferowania. Problemem jest natomiast sytuacja dobrych szkół niepublicznych – stawiających na jakość, nierzadko posiadających uprawnienia do doktoryzowania, w najlepszych przypadkach – także do habilitowania. Ich poziom w oczywisty sposób przewyższa poziom przeciętnych, a w niektórych sytuacjach także najlepszych uczelni państwowych w danych dziedzinach. Mimo to szkolnictwo wyższe funkcjonuje w warunkach nieuczciwej konkurencji: nawet słaba i niegospodarna uczelnia publiczna dostaje dotacje od państwa, które umożliwiają jej przyjmowanie na bezpłatne studia, podczas gdy lepsza i efektywniejsza ekonomicznie uczelnia niepubliczna takiej możliwości nie ma. Sytuacja ta jest o tyle absurdalna, że wszystkie uczelnie w Polsce, także niepubliczne, nie są nastawione na zysk. [srodtytul]Kryterium gospodarności[/srodtytul] Mamy więc do czynienia z paradoksem: mimo że studia można by realizować lepiej i taniej na uczelni niepublicznej, w dodatku w środowisku prężniejszym naukowo niż na wielu spośród uczelni państwowych, państwo woli nie zadzierać ze stworzonymi przez siebie uczelniami i dotacje na realizację zadań dydaktycznych daje tylko im. Jednocześnie te same państwowe szkoły zupełnie bez oporów i ograniczeń oferują pełnopłatne studia na wolnym rynku. W oczywisty sposób system finansowania szkolnictwa utrwala więc nieuczciwą konkurencję, a także powoduje, że najwybitniejsi absolwenci szkół średnich garną się przede wszystkim do uczelni państwowych, choćby były one gorsze naukowo i droższe w działaniu. Rozwiązanie jest proste: dotacje na realizację studiów bezpłatnych należy dysponować po prostu na podstawie jakości uczelni. Bez wątpienia większość uczelni niepublicznych w takich konkursach wypadłaby gorzej niż te państwowe, ale jednocześnie bez wątpienia można by się spodziewać, że kilka, kilkanaście z nich – lepiej. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, aby nie stawiać na jakość i efektywność ekonomiczną – zamiast trzymać się kurczowo podziału środków opartego na historycznej osobie założyciela szkoły. Oprzeć się można na już istniejących parametrycznych ocenach badań naukowych i jakości dydaktyki, można także wprowadzić nowe kryteria gospodarności. Jest jednak głęboko niezasadne i stojące w niezgodzie z podstawowymi regułami uczciwej konkurencji to, że lepsze i gospodarniejsze uczelnie nie uzyskują finansowania bezpłatnych studiów tylko dlatego, że nie założyło ich państwo. Zwłaszcza w obliczu niżu demograficznego takie podejście bezpośrednio powoduje, że łatwiej przetrwają słabsze szkoły państwowe, podczas gdy lepsze niepubliczne staną w obliczu zagrożenia spadkiem liczby kandydatów – obecna filozofia zatem stoi w sprzeczności z ideami promowania jakości w nauce. [i]Dr hab. Dariusz Jemielniak jest profesorem zarządzania i kierownikiem centrum badawczego CROW Akademii Leona Koźmińskiego. Był laureatem większości nagród i konkursów dla młodych przedstawicieli nauki, w tym m.in. tygodnika „Polityka”, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Collegium Invisibile, Fundacji im. W. Fulbrighta[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL