Internet
Internetowa dżungla bezprawia
Wystarczą dwa kliknięcia myszką, aby bez wiedzy autora przekleić całą książkę do Internetu
W globalnej sieci roi się od skopiowanych utworów
Coraz więcej osób narusza prawa autorskie w Internecie. Globalna sieć roi się od powielanych w tysiącach kopii cudzych utworów. W Polsce procesy o naruszenie praw autorskich w sieci należą jednak do rzadkości.
Sprawdziliśmy, co dzieje się z artykułami "Rzeczpospolitej" po ich opublikowaniu. Okazuje się, że zaczynają żyć własnym życiem. Można je znaleźć na setkach stron internetowych, w tym na oficjalnych witrynach np. firm zajmujących się doradztwem podatkowym lub organizacji samorządowych. Administratorom tych stron wydaje się, że nie naruszają prawa, gdyż każdy tekst jest opatrzony nazwiskiem autora, datą wydania i tytułem naszego dziennika. Nic bardziej mylnego. Jeśli właściciel nie wyrazi na to zgody, nie można przywłaszczać sobie jego dzieła. Tym bardziej gdy czerpie się z tego dochód.
Oczywiście nie ogranicza to prawa do cytowania czy korzystania z prostych informacji prasowych. Tyle że zamieszczanie całego tekstu omawiającego np. skomplikowane zagadnienie prawne to nie są te sytuacje.
Przykład artykułów "Rz" to oczywiście jedynie wierzchołek góry lodowej. W Internecie powiela się wszystko: książki, utwory muzyczne, filmy itd. Powód jest prosty. Nigdy jeszcze kopiowanie cudzych dzieł nie było tak łatwe. Wystarczą dwa kliknięcia myszką, by przekleić całą książkę, nad którą autor pracował kilka lat.
Można cofnąć zgodę
W Stanach Zjednoczonych procesy o ochronę praw autorskich w sieci od wielu już lat są na porządku dziennym. W Polsce wciąż należą do rzadkości.
Udało nam się znaleźć tylko jeden prawomocny wyrok dotyczący publikacji w sieci cudzego utworu. Zapadł on w sprawie internetowego serwisu akwarystycznego malawi.pl i po niedawnym odrzuceniu kasacji przez Sąd Najwyższy jest już ostateczny (zob. "Umowa naruszająca interesy twórcze" w "Rz" z 16 - 17 października). Stronę miłośników akwarystyki tworzyło pierwotnie kilka osób. Potem jednak część odeszła, zakładając własny serwis. Wśród nich znalazła się autorka wielu tekstów, które pozostały pod starym adresem.
To ona pozwała właściciela malawi.pl o łamanie praw autorskich. Przyznała, że wcześniej dawała zgodę na publikację swoich tekstów, ale teraz nie godzi się na dalsze ich udostępnianie. I sądy obu instancji uznały, że ma do tego prawo. Nakazały zdjęcie artykułów z witryny i przeprosiny.
Wyrok jest precedensowy nie tylko dlatego, że dotyczy Internetu. Sąd orzekł, że właściciel praw autorskich może cofnąć daną wcześniej zgodę na publikację jego tekstów. Trzeba jednak pamiętać, że ich autorka nie dostała za nie żadnego wynagrodzenia. Gdyby chodziło o umowę odpłatną, wyrok mógłby być inny.
Co na to prawo
Czy polskie prawo wystarczająco uwzględnia zmieniające się realia techniczne? Michał Błeszyński, radcy prawny specjalizujący się w prawie autorskim, uważa, że tak. - Oczywiście każdą ustawę można ulepszyć i dotyczy to również ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Wydaje się jednak, że obowiązujące przepisy z powodzeniem daje się zastosować do nowych technologii. Choć bowiem Internet i inne nowinki techniczne dają nowe możliwości łamania praw, to samo zjawisko pozostaje niezmienne. Nie ma znaczenia, czy czyjeś prawo złamano w Internecie, czy w inny sposób - przekonuje.
Część prawników nie podziela jednak tego optymizmu. Zwracają uwagę, że pewne zjawiska w ogóle są pominięte przez ustawę. Nie ma np. zgodności, czy tzw. głębokie linkowanie jest dozwolone czy nie. Większość serwisów internetowych utrzymuje się z reklamy. Przechodząc na kolejne podstrony, internauta, chcą nie chcąc, musi je obejrzeć. Tymczasem linki z zewnętrznych witryn skierowują od razu do wybranej strony. To samo dotyczy archiwów płatnych. Jeśli nie są wystarczająco zabezpieczone, można się do nich dostać z pomocą zewnętrznych linków.
PIOTR WAGLOWSKI, AUTOR SERWISU VAGLA.PL PRAWO I INTERNET, CZŁONEK ZARZĄDU INTERNET SOCIETY POLAND
Na naszych oczach faktem staje się rewolucja informacyjna. Wyraźnym tego dowodem są tendencje do tworzenia regulacji przyznających w większym lub mniejszym stopniu wyłączne prawa do informacji. W stosunku do programów komputerowych wyłączone są przepisy prawa autorskiego przewidujące dozwolony użytek własny chronionych tym prawem utworów. Powstała koncepcja sui generis ochrony baz danych, w której chroni się bazę, gdyż jej wydawca musiał poczynić ekonomiczne nakłady, by powstała. Jednocześnie na horyzoncie pojawiły się patenty dotyczące algorytmów, techniczne mechanizmy zabezpieczające utwory (technical protection measures - TPM) oraz systemy zarządzania prawami autorskimi do utworów digitalnych (digital rights management systems - DRM), przy jednoczesnej tendencji do penalizowania procederu zdejmowania cyfrowych zabezpieczeń. W efekcie cyfrowy świat w chwili obecnej podlega podobnemu procesowi, jaki miał miejsce w XVII w. w Wielkiej Brytanii podczas grodzenia gruntów wspólnych, co poprzedzało rewolucję przemysłową. Chroniąc prawa autorskie, nie należy jednak zapominać o podstawowych prawach człowieka, w szczególności swobodzie twórczości artystycznej i prowadzenia badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, a także dostępu do nich, czy wreszcie wolności korzystania z dóbr kultury. Coraz wyraźniej widać konflikty wynikające z ochrony konkurujących ze sobą dóbr (takich jak prawo do pozyskiwania i rozpowszechniania informacji i prawo do prywatności). Czeka nas teraz weryfikacja istniejących granic i to w skali ogólnoświatowej.















