Zbliżenie
Do kina wchodzę tylko po ciemku
Z Danielem Radcliffe’em rozmawia Roman Rogowiecki
Czy może pan wskazać z jednej strony najbardziej zabawne momenty, a z drugiej – najgorsze chwile w pracy nad filmami z serii o Harrym Potterze?
Daniel Radcliff: Bardzo trudno byłoby mi wybrać najlepsze momenty z dziesięciu lat kręcenia przygód Harry’ego Pottera, bo to byłyby też najlepsze momenty z mojego życia. Naprawdę dobrych chwil było bardzo dużo. Nie sposób wybrać jednej. Nawet kiedy nie kręcimy zabawnej sceny, to nie oznacza, że nie jestem zadowolony i szczęśliwy. Jeśli chodzi o najmniej przyjemne momenty, to zdecydowanie najgorszą rzeczą, jaka spotkała mnie podczas kręcenia Harry’ego Pottera, jest gra w Qudditch – trzema rodzajami piłek. Wspomnienie o niej wywołuje u mnie sporo bólu, choć wiem, że Tom Felton uwielbiał kręcenie tych scen. Dla mnie to koszmarny czas.
Ma pan ulubioną część przygód Herry’ego Pottera?
Mój ulubiony odcinek to trzecia część „Harry Potter i więzień Azkabanu” – dzięki pracy z Garym Oldmanem, którego bardzo podziwiam i cenię jako aktora. Gra wszystko z wielką łatwością, a przy tym jest zawsze skoncentrowany na roli. Inspiruje mnie to, jak zachowuje się na planie. Dlatego granie z nim było dla mnie dotychczas największym przeżyciem i najciekawszym doświadczeniem.
A jak by pan opisał pierwsze filmy z serii?
Pierwszy ma formę genesis przygód głównego bohatera. W tym filmie pokazane są wszystkie postacie i jest wyjaśnione ich pochodzenie. W drugim filmie Harry zagłębia się bardziej w ciemnym świecie czarów.
Co pan powie o własnych doświadczeniach z tych wczesnych filmów?
Jeśli chodzi o ogólne wrażenia, były i są niesamowite. Mogę powiedzieć, że moje życiowe przejścia przez dziesięć lat kręcenia sagi na pewno były bardziej miłe niż przeżycia Herry’ego Pottera. Na planie spotkałem wielu ludzi, którzy na zawsze pozostaną moimi przyjaciółmi. Ponadto granie w tych filmach otworzyło przede mną wiele drzwi w przemyśle filmowym i dało możliwość robienia innych rzeczy.
Czy pamięta pan jeszcze operatora Sławomira Idziaka, który pracował z panem przy filmie „Harry Potter i Zakon Feniksa”?
Oczywiście, że go pamiętam. Wykonał niezwykłą robotę, cudownie oświetlając piąty film. Nie rozmawiałem z nim zbyt często, bo mój polski jest do kitu, ale na szczęście jego angielski brzmi znacznie lepiej. Była mała bariera językowa, ale pamiętam Sławomira Idziaka jako uroczego człowieka.
Czy miał pan kiedyś wątpliwości czy kontynuować granie Pottera?
Był taki moment po trzeciej części, że zastanawiałem się, czy uda mi się nadal grać Harry’ego. Kłopot rozwiązał się sam, bo przecież nie ma specjalnie dużo ról dla 15-latków. Byłoby to zresztą bardzo głupie – odejść z filmu, który daje mi tyle szans. Swoją drogą tak się dziwnie składało, że dotychczas grałem rolę ludzi w moim wieku, tak było w przypadku filmu „December Boys” czy „My Boy Jack”.
Jak bardzo lubi pan ryzykować jako aktor? Granie w sztuce „Equus” wzbudziło wiele kontrowersji i było bardzo śmiałym krokiem w pana karierze...
Trzeba podejmować ryzyko. To dla mnie bardzo ważne. Moim zdaniem wspólnym mianownikiem dla wszystkich najlepszych aktorów na świecie jest chęć podjęcia się zagrania roli, co do której nie mają pewności, że im się to uda. Mimo to próbują. Nawet jeśli rzecz będzie klapą, mogą powiedzieć, że spróbowali. Uważam, że o wiele lepiej jest próbować – nawet za cenę porażki – niż nie podjąć wyzwania. Dla aktora nie jest to przecież sprawa życia czy śmierci. Osobiście lubię takie ryzyko i uważam, że nie można się bać. Nie zagrałbym paru ról, gdybym nie miał ochoty na coś, co się nazywa ryzykiem aktorskim. Gdyby ktoś mnie pytał, jakim chcę być aktorem, odpowiedziałbym: takim, który próbuje grać role trudne. Cenię aktorów za to, że potrafią ryzykować swoim nazwiskiem dla roli.
W sztuce „Equus” kontrowersje wzbudził fakt, że pojawia się pan na scenie nago.
Z aktorskiego punku widzenia „Equus” nie był kontrowersyjny. Dla mnie nagość nie była wcale czymś szokującym. Nie sądzę też, by wzbudziła kontrowersje u tych, którzy wcześniej znali tę sztukę. W tym dramacie, przynajmniej dla mnie, szokiem był wątek oślepienia koni, ale to jakoś nie przykuło uwagi dziennikarzy.















