Kalendarium podróżnika
Od podwórka do podwórka
Tydzień upłynął pod znakiem kolejnych rocznic: kapitulacji Warszawy, ostatnich bitew i potyczek kampanii wrześniowej, których wspólnym mianownikiem jest początek okupacji prowadzonej przez dwie „braterskie” czerwone flagi – ze swastyką oraz z sierpem i młotem.
Można przy tej okazji podążać śladami wielkiej historii. Odwiedzić pola bitewne i wielkie cmentarze. Można upomnieć się o, ciągle traktowane po macoszemu, fragmenty tej wielkiej historii i odwiedzić podhrubieszowskie Husynne, Wytyczno opodal Włodawy, czy Szack tuż po drugiej stronie granicy (skądinąd w centrum bardzo ciekawego ukraińskiego Parku Narodowego Jezior Szackich) gdzie oddziały polskie, głównie KOP-u, zaciekle biły się z sowieckimi siłami inwazyjnymi. Można.
Jednak chciałbym zachęcić do zwrócenia się przy tej okazji.w stronę historii „małej”: prywatnej, domowej, czasem podwórkowej. Jak można to zrobić? Wystarczy się rozejrzeć wokół. Służę dwoma podpowiedziami.
Warszawskie podwórkowe kapliczki
Początek okupacji to między innymi nadchodzące obostrzenia i wstęp do życia z reżimem godziny policyjnej. Nie trzeba wielkiej wyobraźni (czy choćby sięgania pamięcią do początku lat 80.) by sobie uświadomić jak wielkie to jest piętno dla życia miejskiego. Za zamkniętymi bramami warszawskich kamienic wytworzył się nowy samoistny obieg życia. Także życia duchowego.
Masowo zaczęto fundować podwórkowe kapliczki. Były one wyrazem lęków i nadziei, wokół nich gromadziła się lokalna społeczność na modlitwie. W okupacyjnych wspomnieniach warszawian często powracają odprawiane przy nich nabożeństwa (majowe, różańcowe). Bodaj najwięcej ufundowano ich w 1943 r. To bardzo wymowne, to był przecież rok wojennego przesilenia. Dla Warszawy to rok powstania w Gettcie, i pierwszych sowieckich bombardowań, złowrogich przepowiedni przyszłego losu miasta.
O skali zjawiska najlepiej mówi fakt, że po dzień dzisiejszy zachowało się ich dobrze ponad 0,5 tys. W ostatnich latach stały się nawet dosyć „modnym” tematem, jednak nadal pokutuje dość silnie zakorzeniony stereotyp, że – podobnie jak np. kamienice – jest to fenomen praski.
Tymczasem są one dość równomiernie rozrzucone po całej starej Warszawie. Wystarczy – dla przykładu – wyliczyć kapliczki znajdujące się w ścisłym śródmieściu, w granicach jakichś 10–15 minut spaceru od Dworca Centralnego.
Proszę bardzo: ul. Poznańska 8; Al. Jerozolimskie 101; Bracka 23, 18; Ciepła 3; Emili Plater 8, 12, 13, 14, 17; Gałczyńskiego 8; Hoża 27, 57, 59; Jasna 17; Koszykowa 20, 31, 49A, 59, 67; Krucza 7, 13; Marszałkowska 43, 60, 62, 81; Mokotowska 57/59, 65; Noakowskiego 10, 12, 16; Nowogrodzka 10, 19, 44, 46; Piękna 22, 54; Poznańska 3, 12, 14; Profesorska 4; Sienkiewicza 4; Sienna 45; Szpitalna 6; Smolna 38; Widok 11, 18, 22; Wilcza 15, 19, 25, 32; Wspólna 54, 63B. Warto wzbogacić agendę zwiedzania stolicy o kilka z nich.
Tak się dobrze składa, że można się wesprzeć przy tej okazji towarzystwem bardzo dobrego ciccerone. W ubiegłym roku nakładem Domu Spotkań z Historią ukazały się „Warszawskie kapliczki”. Znakomite zdjęcia Anny Marii Bohdziewicz, która dokumentuje to zjawisko od ponad ćwierćwiecza oraz fascynujące, przejmujące, a często barwne, opowieści mieszkańców zebrane przez Magdalenę Stopę, dają wszechstronny obraz tej trochę niedocenionej strony stołecznego dziedzictwa.
Dla tych zaś, którzy z różnych powodów nie mogą się wybrać na taki spacer, dają szansę bardzo zajmującej wędrówki wirtualnej. Choć chyba trzeba się pospieszyć bo chodzą słuchy, że nakład bliski wyczerpania.
Historia mówiona
Zupełnie innym sposobem jest nastawienie ucha. Zwolnienie tempa podróży, zatrzymanie się na pogawędkę przy płocie, czy na ganeczku, i posłuchanie opowieści seniorów.
Pamiętam takich opowieści dziesiątki, może setki. Pozwalają one ujrzeć historię jako doświadczenie jednostki. To bardzo ważna zaleta w odniesieniu do historii XX wieku zdominowanej przez magię wielkich, niewyobrażalnych liczb. Można dostrzec jej oblicze egzotyczne, jak opis przekraczania Bugu przez wycofujące się siły niemieckie i węgierskie, jakiej wysłuchałem kiedyś w Niemirowie. Poznać zjawiska takie jak „bezwładzie” – brak jakiejkolwiek skutecznej władzy w latach 1943-1944 – o którym nasłuchałem się swego czasu w kolejce do „chlibawozu” w Jabłonowie opodal Kołomyi. Czy usłyszeć: „u nas to już mało, ale tam o, za Zbruczem (i tu ręka wyciąga się na wschód ku Podolu) tam to sami Polacy”, jak to miało miejsce pewnego razu w Skale Podolskiej. I to, że znakomita większość tamtych Polaków nie mówi już wcale po polsku, czy ledwie najprostsze modlitwy, nie niweczy wrażenia tej rozmowy.















