Krzyż przed pałacem
Syndrom Antygony
W miejscu, w którym tysiące ludzi oddawały hołd poległym, musi stanąć trwały znak. Jego częścią może być 96 dłoni, jak chce część rodzin ofiar. Jednak ostentacyjne unikanie znaku krzyża na pewno konfliktu nie zakończy – pisze publicysta
Antygona złamała zakaz pochówku jej brata. Została skazana na śmierć. Przeciwstawiła się legalnemu władcy. Jej przypadek opisany w dziele Sofoklesa stał się jedną z podstaw rozważań o prawie naturalnym.
Żaden mandat, nawet w stu procentach demokratyczny, nie daje bezgranicznej władzy. Ograniczeniem jest oczywiście prawo, które określa zakres kompetencji rządzących. Jest też inne ograniczenie, równie ważne: normy moralne, które określone są w tym, co uważamy za prawo naturalne. Chodzi o to, że nawet wtedy, kiedy władca nie ma zakazu robienia świństw, to tych świństw jednak nie zrobi.
Jak ma się zachować obywatel, gdy władza łamie jego naturalne prawa i zmusza do postępowania niezgodnego z sumieniem i podstawowymi normami? Wzorzec Antygony jest uniwersalny. Czy jej przypadek można przyrównać do dzisiejszej sytuacji protestujących na Krakowskim Przedmieściu? Można oczywiście emocje tysięcy ludzi, którzy nie pozwolili zabrać krzyża, potraktować tak, jak to zrobił TVN, który próbuje przypisywać im szaleństwo, albo jak biskup Tadeusz Pieronek widzący tam wyłącznie sektę. Nie trzeba jednak być bardzo uważnym obserwatorem sceny publicznej, by zobaczyć, co chcą upamiętnić ludzie domagający się trwałego znaku pod prezydenckim pałacem.
Spełniony sen o II RP
Rozmawiałem z ludźmi, którzy protestowali 3 sierpnia i którzy przychodzą się pomodlić albo chociaż przynieść kwiaty i znicze pod Pałac Prezydencki. Przeżywają tragedię smoleńską w sposób szczególny. Dla nich prezydentura Lecha Kaczyńskiego była powrotem do Polski rodziców i dziadków. Była ożywieniem II Rzeczypospolitej zbudowanej na zbiorowym wysiłku i czynie zbrojnym, zwycięskiej wojnie z bolszewikami, ofierze września 1939 r., Oświęcimia i lasu katyńskiego. Wreszcie na bohaterskim zrywie Powstania Warszawskiego.
Bez upamiętnienia tych, którzy modlili się i zapalali znicze pod pałacem, w Polsce będą ciągle mieszkały dwa narody. Jeden ten, który zatrzymał się przy krzyżu, drugi, który mija go obojętnie
II Rzeczpospolita umarła rozmyta w PRL-owskiej propagandzie i szarości życia, niszczona w ubeckich więzieniach. Lech Kaczyński i wielu innych uczestników tragicznego lotu, jak Janusz Kurtyka, Tomasz Merta, Stefan Melak, ożywiali tamtą pamięć i przywrócili milionom wykluczonych miejsce w polskim społeczeństwie. Owi wykluczeni to żołnierze i rodziny żołnierzy AK, NSZ, Szarych Szeregów, zbrojnego podziemia po 1945 r. i antykomunistycznej opozycji. Przeżywają tę tragedię tak jak ci, którym zabrano kolegów niedoli i dowódców.
Żadne gadanie polityków do nich tu nie dotrze. Jarosław Kaczyński nie mógł ich podburzyć, bo to nie on ich stworzył, a Bronisław Komorowski nie może odesłać ich do domu, bo nie ma u nich żadnego posłuchu. Mógłby zyskać szacunek, gdyby szczerze zaangażował się w wyjaśnienie sprawy Smoleńska i uczczenie poległych. Na razie zrobił wszystko odwrotnie.
Nagonka ze strony zaprzyjaźnionych z PO mediów, a nawet podpuszczanie mniej lub bardziej spontanicznie zebranych bojówek, które próbują prowokować awantury, raczej tych ludzi nie przekona. Małą wiedzę o tych ludziach mają PR-owcy obozu rządzącego, jeżeli sądzili, że szykanami albo wyśmiewaniem zmuszą ich do odstąpienia od protestu.
Zły kompromis
Do błędów obozu rządzącego, szczególnie Bronisława Komorowskiego, jeszcze do niedawna lekceważącego sprawę odpowiedniego uczczenia ofiar katastrofy w Smoleńsku, doszedł kolejny, zupełnie koszmarny – walka z krzyżem. Komorowski dał się podpuścić „Gazecie Wyborczej”, która krzyż ustawiony przez harcerzy potraktowała jako front ideologicznej wojny. O intencjach redakcji „GW” najlepiej świadczy pierwsze zdanie tekstu opisującego wydarzenia z 3 sierpnia: „Przegrało państwo, które pokazało, że nie potrafi obronić swego świeckiego charakteru („GW” 4. 08.2010)”.
Przez miesiące żałoby i czuwania pod krzyżem chyba nikomu z tam obecnych nie przyszło do głowy, że akurat w tym czuwaniu chodzi o poszerzanie zakresu oddziaływania chrześcijaństwa. Krzyż w naszej kulturze jest znakiem, którym czci się zmarłych. Pod pałacem na Krakowskim Przedmieściu była co do tego zgoda aż do nieszczęsnego wywiadu prezydenta elekta dla „Gazety Wyborczej”.















