Publicystyka
Abdykacja, a nie rokosz
Jarosław Kaczyński abdykował, a co najmniej oscyluje na granicy abdykowania. Abdykowania nie jako lider PiS, ale jako przywódca chcący realnie wpływać na rzeczywistość kraju i w jakiejś perspektywie sprawować w nim władzę – pisze publicysta
Błyskawiczne wycofanie się z centrowej linii, która Kaczyńskiemu przyniosła w kampanii prezydenckiej sukces, a jego przeciwnikom moment strachu, odepchnięcie na margines twórców tej linii i tego sukcesu (i nie tylko ich – również innych polityków PiS, zdradzających objawy intelektualnej samodzielności) świadczy o tym w sposób oczywisty.
Postrzeganie smoleńskiej katastrofy jako klucza do rzeczywistości, ogłaszanie, że rząd Tuska ponosi za nią odpowiedzialność w stopniu, który winien spowodować jego odejście, jest nie tylko nieprzekonujące, ale też antagonizuje wszystkich, którzy nie są skłonni do bezwarunkowego akceptowania najbardziej radykalnie pisowskiej wizji świata. Podobny efekt ma wygłaszanie fraz dających się zinterpretować jako odmowa uznania Bronisława Komorowskiego za prezydenta RP.
W oczach Kaczyńskiego PO urasta do roli uosobienia zła. Siły duszącej polską przyszłość, niszczącej polską tożsamość
A ogłoszenie, że jeśli Komorowski coś zrobi, to spadnie na poziom „Zapatero i Napieralskiego” (po dwóch miesiącach zachwalania tegoż Napieralskiego!), dodatkowo antagonizuje lewicowców i odbiera PiS świeżo odzyskaną zdolność zawarcia koalicji z tą stroną sceny.
Rycerze się nie obudzą…
Tym, którzy obserwują świat polskiej polityki od wielu lat, linia polityczna prezesa przypomina linię i wizję świata, jaką po upadku swojego rządu przyjął Jan Olszewski. W książce „O jednym takim…” Piotr Zaremba określa ją mianem czekania na koronę. Na koronę, którą w końcu naród przyniesie czekającemu, kiedy tylko wyrwie się – a wyrwie się niewątpliwie – spod zastygłej, „zimnej i plugawej” lawy. Dopóki się to nie stanie, nie trzeba czynić żadnych koncesji na rzecz rzeczywistości. Przecież Polacy w końcu przejrzą na oczy i zerwą się z łańcucha establishmentu.
Podobieństwo jest niewątpliwe. Tylko że Kaczyński zawsze krytykował Olszewskiego za takie złudzenia. To nigdy nie był jego sposób myślenia o świecie i Polsce. Wydaje się, że nie jest i teraz. Sądzę, że Jarosław Kaczyński dobrze wie, że postępując tak, jak postępuje, nie obudzi żadnych rycerzy śpiących gdzieś pod Giewontem.
Wydaje się też, że twórca PiS musi zdawać sobie sprawę z tego, że długofalowo jego partię czekać może los podobny do niegdyś potężnych zachodnioeuropejskich partii komunistycznych. Kiedyś rządziły tam wielkimi miastami, tworzyły największe frakcje w parlamentach, establishment bał się ich śmiertelnie. Ale zaczęły odstawać od zmieniającej się rzeczywistości i z wyborów na wybory traciły poparcie. Dziś są zmarginalizowane albo zupełnie (Francja), albo w dużym stopniu (Włochy).
Prawda Kaczyńskiego
Dlaczego Jarosław Kaczyński godzi się z taką perspektywą? Wydaje się, że jedyna możliwa odpowiedź brzmi: dlatego, że rządzenie krajem, zmienianie go nie jest już dla niego najważniejszym celem. To sprawa ważna, ale nie priorytetowa.
Najważniejsze jest dla Kaczyńskiego dawanie świadectwa prawdzie. Prawdzie takiej, jaką on postrzega. Czyli po pierwsze przeświadczeniu – były premier jest w nim szczery – że za śmierć prezydenta i pozostałych ofiar katastrofy odpowiedzialny jest nie polski bałagan, nawet nie rosyjski bałagan i nawet nie winny degrengoladzie 36. pułku lotnictwa minister Klich. Winien jest premier Tusk, winna jest cała Platforma Obywatelska, która swą polityką niejako wykreowała katastrofę, a co najmniej sytuację owocującą katastrofą.
Po drugie – prawda Kaczyńskiego to przekonanie, że rządząca obecnie partia to nie jest po prostu polityczny przeciwnik. Nawet nie po prostu skorumpowana sitwa. W jego oczach PO urasta do roli uosobienia zła. Siły duszącej polską przyszłość, niszczącej polską tożsamość.















