Atrakcje
Wawel OK, ale krowa lepsza
Turyści z importu odkrywają, że objazd Polski z biurem to sztampa i drożyzna. Wolą zaufać nam – tubylcom
– Wy, Polacy, dziwnie i nieufnie reagujecie na widok osoby z rozłożoną mapą i zaczepiającej ludzi – śmieje się Javier, turysta z Hiszpanii poznany w jednym z warszawskich hosteli. – Ale jak już pytam o drogę, to jeszcze nikt nie odmówił mi pomocy. Niektórzy sami prowadzili do miejsc, o które pytałem.
Javier nie ufa tradycyjnym drukowanym przewodnikom. Przed przyjazdem do Polski sprawdzał w Internecie, co warto u nas zobaczyć. Ale nie ukrywa, że jego zdaniem najlepsza pomoc w spędzeniu fantastycznych wakacji to po prostu zwykli ludzie napotykani na turystycznych trasach lub w hostelach.
Opowiada też, że im mniejsza miejscowość, tym ludzie bardziej pomocni. Javier jest w Polsce już czwarty raz. W tym roku był w Malborku i w Gierłoży – słynnym Wilczym Szańcu, kwaterze Adolfa Hitlera.
– U was jest takie powiedzenie. „Tschubek dzensika za pschefodnika” – wyraźnie się męczy, próbując mówić po polsku Javier. – Shit! Guided by the tip of the tongue – przechodzi na angielski i oddycha z ulgą.
Oferta dla starszych z kasą
Co zachodni turysta ujrzy, gdy w okienko wyszukiwarki Google’a wpisze np. po angielsku hasło „wakacje w Polsce”? Na pierwszych miejscach głównie reklamy noclegów i biletów lotniczych. Noclegi zwykle zlokalizowane są w wielkich miastach. Są też anglojęzyczne strony reklamujące zabytki, które zwykle aktywnym turystom i tak są znane.
I tak na przykład internetowy przewodnik „Poland Travel Guide” poleca zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce, Zamku Królewskiego na Wawelu i obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Poleca też spacer uliczkami Gdańska i degustację pierogów.
Jeden z najsłynniejszych portali turystycznych TripAdvisor promuje zwiedzanie i noclegi w wielkich miastach. A portal StayPoland.com krótko wspomina, że w Polsce są też Tatry, Mazury, morze Bałtyckie i Białowieża. Przede wszystkim poleca jednak luksusowe hotele i ośrodki spa.
Żeby w anglojęzycznych informacjach o Polsce odnaleźć nieco bardziej oryginalne propozycje, trzeba wiedzieć, czego się szuka, albo wykonać tytaniczną pracę, przebijając się przez niezliczone linki z turystycznymi banałami. Dopiero wtedy turysta z importu odkrywa, że Polska to nie tylko Wieliczka, ale także rekonstrukcje historyczne, setki zamków czy jaskiń, niezwykła przyroda.
– Promocja polskiej turystyki dla obcokrajowców jest skierowana głównie na miasta. Stąd promowanie Krakowa, Warszawy, Poznania czy Gdańska – tłumaczy „Rz” Andrzej Saja, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Turystyki. – Owszem, jest pewna grupa turystów, głównie młodych, zainteresowanych niszowymi atrakcjami, ale to cały czas jest mniejszościowy segment – dodaje.
Dlaczego mało kto dba o tych wybredniejszych turystów? Przyczyna jest prosta: pieniądze.
Jak tłumaczy Rafał Szmytke, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej, dla polskiej branży turystycznej najważniejszą grupą klientów są zamożni turyści w starszym i średnim wieku.
– To oni zwiedzają duże miasta i korzystają z wysokogwiazdkowych hoteli i restauracji – mówi prezes Szmytke.
Mają kupować srebro i bursztyny, złoto i figurki z soli, nie oszczędzać na biletach i płacić, płacić, płacić. Taki biznes.
Z przewodnikiem pod pachą
Polscy księgarze zauważają, że zwykle oferta przewodników turystycznych wydawanych w Polsce po angielsku czy niemiecku także jest przygotowana pod gust bogatszego, raczej typowego klienta. Bogato ilustrowane wydawnictwa kupują głównie Niemcy i Amerykanie.
– Raczej ci starsi. Szukają informacji o najsłynniejszych zabytkach, komfortowych noclegach i w miarę najmniej uciążliwych dojazdach – opisuje „Rz” typowego zagranicznego klienta sprzedawca w warszawskim Empiku. Dodaje, że coraz częściej turyści dopytują o anglojęzyczne informatory dotyczące historii wielkich miast.
Młodsi turyści szukają w Polsce przygody. Od spacerów po rynku wolą survival w Bieszczadach
Ambitniejszy turysta zwykle przyjeżdża do Polski z przewodnikiem „Poland” renomowanego wydawnictwa Lonely Planet albo konkurencyjnym „Rough Guide to Poland”. Te kompendia mają za cel pomóc przede wszystkim turystom, którzy lubią eksplorować obce kraje na własną rękę. Wadą tego pierwszego jest fakt, że ostatnie wydanie ukazało się w 2008 roku. Lonely Planet wydało za to w 2010 r. osobny przewodnik po Krakowie, zdecydowanym faworycie większości zagranicznych turystów w Polsce.















