Społeczeństwo
Ekolodzy: nie zjadajcie ryb, które giną
Według WWF wiele gatunków ryb nie przetrwa, bo mamy na nie zbyt duży apetyt. Czy dzięki akcji WWF Polacy zmienią gust?
Zaciekawiła Cię ta informacja? Dołącz do nas! "Polub" serwis Zwierzęta i Ludzie na Facebooku :)
Wieczorny wiatr w nadmorskim Mielnie niesie zapach smażonej ryby. W knajpce, która przyciąga klientów dowcipnym szyldem „Daj zarobić”, można też zjeść karkówkę, kaszankę czy kebab, ale ryba w panierce to nadbałtycki klasyk. Rybne menu jest tu długie, podobnie jak w większości smażalni: dorsz, flądra, halibut, miruna, mintaj, łosoś, panga, sola.
Sola? Przecież sola ma czerwone światło od ekologów! Czerwone znaczy „Nie jedz!”. Pan Waldemar, właściciel smażalni, robi wielkie oczy. – Jakie czerwone światło? Jak pracuję w tym biznesie od 11 lat, nigdy nie słyszałem, żeby klient zamawiał rybę, martwiąc się o to, czy z powodu jego apetytu dany gatunek nie wyginie.
Jednak ekolodzy z organizacji World Wildlife Fund alarmują, że wiele gatunków ryb może wyginąć właśnie dlatego, że zbyt chętnie i często są spożywane.
Od „nie jedz” do „smacznego”
„W wyniku nadmiernych połowów na świecie aż 120 z około 200 jadalnych gatunków ryb może całkowicie zniknąć z naszych mórz i oceanów – a co za tym idzie i z naszych talerzy już w połowie stulecia – ostrzega WWF. – „Zagrożenie to można wyeliminować, m.in. ograniczając tymczasowo ich spożycie. Każdy z nas może wpłynąć na to, które ryby będą łowione, wybierając w sklepach i restauracjach te gatunki, których liczebność jest stabilna. (...) Ograniczając lub całkowicie rezygnując z zakupu zagrożonych gatunków, dajemy jasny sygnał, że nie akceptujemy ich dalszego połowu”.
Z apelem wiąże się akcja „Wybieraj ryby z zielonym światłem”, która zaowocowała m.in. wydaniem kieszonkowego poradnika pt. „Jaka ryba na obiad?” z gatunkami ryb oznaczonymi kolorami jak w drogowych sygnalizatorach. Ekolodzy, w zależności od stanu populacji danego gatunku ryb, przyznali każdemu z nich czerwone, żółte lub zielone światło (czerwone, czyli „nie jedz” dotyczy gatunku na skraju wymarcia, żółte, czyli „uwaga” – gatunków, których populacja jest przetrzebiona”, i zielone, czyli „smacznego”, dla ryb i owoców morza, których wciąż jest pod dostatkiem). W Polsce WWF wydała 400 tysięcy takich poradników.
– To część większej akcji, związanej z europejską polityką zrównoważonego rybołówstwa – tłumaczy Piotr Prędki z WWF, przypominając m.in. o unijnym programie subwencji dla tych armatorów kutrów, które stoją w portach po to, by inni w tym czasie łowili. – Trzeba przerwać, a właściwie przyhamować to błędne koło, które polega na tym, że im większy jest popyt na daną rybę, tym więcej się jej łowi. Bo przecież nie chodzi o to, żeby rybę na zawsze skreślić z jadłospisu, lecz o to, żeby dać gatunkowi szansę na odbudowę populacji.
Bo lubimy i już
WWF prowadzi imprezy uświadamiające w kurortach. Ekolodzy byli już m.in. w Kątach, Ustce i Łebie.
– Trzeba się uzbroić w cierpliwość i przekonywać do zmiany postawy konsumenckiej – mówi Prędki. – Przeraża mnie, kiedy ludzie wokół zamawiają solę czy karmazyna albo kiedy sprzedawcy czy kelnerzy nie wiedzą, skąd pochodzi serwowana ryba. Ale to się z czasem zmieni. W Szwecji np., gdzie świadomość ekologiczna jest wysoka, masowa odmowa kupowania dorsza sprawiła, że łowi się go znacznie mniej.
Łatwo nie będzie. Z przeprowadzonych na zlecenie WWF badań SMG/KRC wynika, że mimo iż większość Polaków (63 proc.) zdaje sobie sprawę, że wiele gatunków ryb jest zagrożonych, to jednak rzadko przekłada się to na ich wybór w restauracji czy sklepie.
Badania potwierdza zawartość talerzy w nadmorskich smażalniach. Wciąż świetnie sprzedaje się sola, nie brakuje amatorów łososia bałtyckiego, nikt też nie pyta, w której części Bałtyku złowiono smakowitego dorsza z grilla.













