Publicystyka
PiS otwiera wrota piekła
Istotą nowej strategii Kaczyńskiego jest koniec walki o wyborcę centrowego i początek batalii o Polskę niegłosującą, w której szef PiS – nie bez racji – widzi swoich, a nie Platformy Obywatelskiej, potencjalnych zwolenników – twierdzi publicysta
Od kilkunastu dni głównym tematem politycznym jest gwałtowne zaostrzenie tonu wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i powrót na scenę publiczną polityków PiS znanych z agresywności, których na czas kampanii wyborczej zastąpiono maskującymi owieczkami: Joanną Kluzik-Rostkowską i Pawłem Poncyljuszem. Pojawiają się różne tłumaczenia tego wirażu.
Wyjaśnienia naiwne
Za naiwne uważam opinie, że to wybuch stłumionej przed wyborami emocji Jarosława Kaczyńskiego, że musi się on wykrzyczeć. Takie komentarze dowodzą nieznajomości tej osoby. To jest polityk pełen emocji, ale przede wszystkim jest to polityk kalkulujący: rano, wieczór, we dnie, w nocy. Pewno i we śnie. Skoro w imię politycznych kalkulacji powściągnął emocje tuż po katastrofie, kiedy z natury rzeczy były najtrudniejsze do kontroli, to dlaczego miałby tracić nad nimi panowanie trzy miesiące później?
To nie żywiołowy wybuch żalu i wściekłości, lecz świadomy zamysł, że dobrze będzie dać im wybuchnąć, bo teraz mogą przynieść korzyści. Podobnie naiwne są opinie, że oto w PiS wybuchł konflikt schowanych na czas kampanii jastrzębi, które postanowiły się rozprawić z gołąbkami za porażkę w wyborach spowodowaną, ich zdaniem, wyciszeniem oskarżeń wobec rządu, Donalda Tuska i Rosjan o spowodowanie katastrofy smoleńskiej.
Przylot tych jastrzębi to nie walka, lecz przyzwanie ich przez szefa PiS, bo pasują do nowego etapu. Tak jak po 10 kwietnia przyzwana została para Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Poncyljusz do odegrania paskudnej roli ukrycia prawdy o tej partii, tak teraz, wezwani, wracają politycy, którzy zawsze dawali świadectwo prawdy o PiS. Przy okazji mogą dołożyć owieczkom.
Przed wyborami mieliśmy kalkulowany odwrót od agresywnej prawdy, bo pasowało, po wyborach mamy kalkulowany powrót do prawdy, bo jej agresywność teraz nie tylko nie przeszkadza, ale nawet jest niezbędna.
Zakrzyczeć prawdę o Smoleńsku
Mamy więc nową strategię zarządzoną przez Jarosława Kaczyńskiego, a nie żywioł emocji. I mamy zmianę narzędzi do realizacji: z gałązek oliwnych na słowne żylety i kastety. Na jakiej kalkulacji jest oparta ta strategia i jakich się oczekuje po niej korzyści? Możliwe są dwa wyjaśnienia. Jedno trywialne, drugie fascynujące nawet w swym rozmyślnym szaleństwie. Nie wiem, które jest bardziej prawdopodobne, ale żadnego bym nie odrzucał.
Wyjaśnienie trywialne, obecne w dyskusjach – to być może zdobyta przez szefa PiS wiedza, co odczytali z czarnych skrzynek TU-154 polscy specjaliści. Przecieki do mediów wzmacniają i tak już silne przypuszczenie, że piloci byli pod potężną presją idącą od prezydenta, by lądować mimo mgły, i niestety jej ulegli z obawy, że inaczej "się wkurzy", że "będą mieć przechlapane" czy "przewalone", że "nas/mnie zabije".
Coraz częściej więc nasuwa się pytanie, czy odpowiedzialnym za katastrofę nie jest aby Lech Kaczyński.
Rola jego brata zaś w kwestii lądowania (prawdę o niej zna oczywiście on sam in pectore) może też ujrzeć światło dzienne. Mówi się przecież, że jego rozmowę telefoniczną z Lechem na krótko przed lądowaniem, i nie tylko o chorej mamie, lecz i o samym lądowaniu, co sam tuż po katastrofie przyznał, jakieś służby nagrały.
Nagła, ostra zmiana postępowania Jarosława Kaczyńskiego i jego partii, polegająca na oskarżeniu o sprawstwo smoleńskiej tragedii Platformy Obywatelskiej, Donalda Tuska i Rosjan, byłaby na gruncie tej hipotezy bardzo głośną, choć rozpaczliwą próbą zakrzyczenia prawdy kompromitującej nieżyjącego prezydenta, a może obu braci. Chodziłoby o zrobienie z niej, zanim wyjdzie na jaw, fałszywego owocu knowań sił wrogich prawdziwej Polsce i utrzymania przez takie zakrzyczenie wiarygodności szefa PiS, jego partii i środowiska wśród tej wielkiej części Polaków, która im zaufała.















