Opinie
Ścigajmy także czerwonych zbrodniarzy
Każdy człowiek, który przelał niewinną krew w imieniu zbrodniczej ideologii, powinien być ukarany. To, czy reprezentował ideologię brunatną czy czerwoną, nie ma znaczenia – twierdzi słynny łowca nazistów w rozmowie z Piotrem Zychowiczem
Rz: Czy nie porwał się pan na coś niewykonalnego? Trudno chyba wygrać wojnę z czasem.
Efraim Zuroff: Czasami rzeczywiście dopada mnie zwątpienie. Na przykład gdy któryś z tropionych przeze mnie zbrodniarzy umrze w samym środku śledztwa, kiedy właśnie zdobyłem obciążające go dowody, albo nawet na sali sądowej. Wojna, którą prowadzę, rzeczywiście może się wydawać beznadziejna. Ale to, co dodaje mi sił, to myśl o ofiarach nazistów. Robię to dla nich. Uważam, że jesteśmy im to winni. Nigdy nie kupiłbym volkswagena ani audi, nie pojechałbym na wakacje do Niemiec czy do Austrii. Ta niechęć to część mojego DNA
Ale czy 65 lat po zakończeniu II wojny światowej ściganie niemieckich zbrodniarzy ma sens? Udowodnienie im czegokolwiek jest chyba niezwykle trudne.
Największego problemu nie stanowi wcale wytropienie tych zbrodniarzy czy znalezienie przeciwko nim dowodów. Jeżeli oni dożyli do dziś, to znaczy, że dożyli także świadkowie. Największy problem, największą przeszkodę stanowią rządy państw, na terenie których mieszkają. Często wydawało mi się, że mam już drania na widelcu, że już mi się nie wymknie, ale rozbijałem się o mur oporu ze strony władz, które nie miały najmniejszej chęci do wytoczenia mu procesu.
Niemcy?
Gwoli sprawiedliwości muszę podkreślić, że w ostatnich kilku latach sytuacja w Niemczech znacznie się poprawiła. Niemcy ze mną współpracują, są bardziej energiczni w tropieniu ostatnich zbrodniarzy wojennych. Natomiast nadal fatalnie jest w Austrii. Jak kiedyś powiedziałem, wzbudzając w Wiedniu oburzenie, Austria jest rajem dla nazistów. Tam od kilkudziesięciu lat nie wytoczono im żadnego procesu.
Austriacy lubią się określać „pierwszą ofiarą Hitlera”.
Dobre sobie! Wystarczy sięgnąć po filmy nakręcone w 1938 roku podczas Anschlussu, aby zobaczyć nieprzebrane tłumy wiwatujące na cześć wkraczającego Wehrmachtu. Choć Austriacy kreowali się na tych „dobrych Niemców”, procent obywateli biorących udział w nazistowskich zbrodniach był wśród nich większy niż wśród Niemców z Rzeszy. Do dziś w Austrii istnieje silne lobby o antysemickich i neonazistowskich przekonaniach. To pod ich wpływem politycy torpedują próby osądzenia zbrodniarzy z czasów wojny.
Wróćmy do Niemiec. Powiedział pan, że sytuacja poprawiła się tam kilka lat temu. Dlaczego dopiero teraz?
Gdyby Niemcy w 1949 roku – gdy przejęli system sądowniczy z rąk okupujących ich terytorium aliantów – chcieli osądzić wszystkich swoich obywateli zaangażowanych w zbrodnie Trzeciej Rzeszy, musieliby wsadzić do paki 10, a może nawet 15 procent populacji kraju. Oczywiście było to niemożliwe. Rozliczanie zbrodniarzy ograniczono więc do głośnych nazwisk, do wyższych oficerów. Morderców, katów zostawiono w spokoju, bo było ich po prostu za dużo. Co się dziś zmieniło? To proste. W roku 2010 sprawców jest już niewielu i teraz można ich pociągnąć do odpowiedzialności.
Czyli Niemcy poczekali pół wieku i pozwolili, by niemal wszyscy zbrodniarze spokojnie umarli. A teraz ścigają tych, którzy mieli to „nieszczęście”, że żyją do dziś.
Dokładnie. Nie mam wątpliwości, że ludzie, których udało się ostatnio postawić w Niemczech przed sądem, w latach 40., 50. czy 60. nigdy nie zostaliby osądzeni. Trwa proces Demjaniuka, niedawno skazano SS-mana Heinricha Boere’a. Kolejni czekają w kolejce. Oczywiście można powiedzieć, że Niemcy zbyt późno pozwolili na procesy takich ludzi. Ale lepiej późno niż wcale.
Pańska największa porażka?
To sprawa dr. Ariberta Heima. Lekarza-mordercy z obozu Mauthausen, który wycinał ludziom organy bez znieczulenia. Opowiem panu o nim. Pewnego mężczyznę, który przyszedł do niego z chorą nogą, wykastrował i obciął mu głowę. Później tę głowę ugotował, obrał ze skóry i postawił czaszkę na biurku jako dekorację. Powiedział, że spodobały mu się jego zęby... Właśnie za takim człowiekiem rzuciłem się w pościg.
Gdzie się ukrywał?
Tego nikt na pewno nie wie. Były plotki, że żył i umarł w Egipcie. Tam nie mógłbym go szukać. Bo po pierwsze nie mógłbym się tam dostać, a po drugie tamtejsze władze na pewno nie chciałyby ze mną współpracować. Gdy zbrodniarz ukrywa się w kraju arabskim, jest poza moim zasięgiem. Heim jednak, podobnie jak wielu innych mu podobnych, ukrył się zapewne w Ameryce Południowej. Tamtejsze kraje po wojnie chętnie przyjmowały „niemieckich specjalistów”, nie zadając im niewygodnych pytań. Właśnie w Ameryce natrafiłem na jego trop. Prowadził mnie przez Chile, Brazylię, Argentynę i Urugwaj. Czasami wydawało mi się, że jestem już o krok, ale zawsze mi się wymykał. Tropy się urywały.















