Rozmowa "Rz"
Bez przeprosin z PO nie będę współpracował
Mogą istnieć procedury demokratyczne i jednocześnie demokracji może nie być – mówi „Rz” prezes PiS
Rz: Opłacało się chwalić Edwarda Gierka i Józefa Oleksego?
Jarosław Kaczyński: Józefa Oleksego nie chwaliłem. Używa pan skrótu myślowego, a takie skróty bardzo psują naszą debatę publiczną. Mówiłem tylko o zmianie języka, również mojego. Niestety na razie nie widzę woli takiej zmiany u naszych konkurentów politycznych. To bardzo niedobry znak. Bez zmiany tej negatywnej, złej, szkodliwej retoryki, nie pchniemy Polski do przodu. Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata
Ale o Gierku wyrażał się pan ciepło.
Powiedziałem dokładnie, o co mi chodzi. Warto docenić jego ambicje uczynienia z Polski socjalistycznego mocarstwa. Oczywiście to wszystko odbywało się w realiach tamtego czasu. Ale można było albo zaniżać polskie aspiracje – generał Jaruzelski mówił o polskiej biedzie – albo można było mieć ambicje, choćby nawet były trochę komiczne, jak gierkowskie marzenie o dziesiątej potędze świata. Trzeba też pamiętać, że lata 70. były dla wielu ludzi czasem szczególnym. Dostawało się wtedy mieszkania bez ślepej kuchni, kupowało pierwsze samochody, wyjeżdżało pierwszy raz na Zachód. Dla wielu ludzi to była wyraźna poprawa sytuacji. Patrzę na to inaczej niż młode pokolenie. Tylko tyle powiedziałem i proszę nie robić zbyt daleko idących interpretacji politycznych.
Można było wygrać te wybory?
Sam sobie to pytanie zadaję wielokrotnie i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Jeśli przyjąć, że wszystko było po naszej stronie idealne, to może można by je było wygrać. Ale nigdy nic nie jest idealne. Naszym błędem był na przykład brak przygotowanej reakcji na atak podczas pierwszej debaty wyborczej, dotyczący dopłat. Jestem najbardziej prowiejskim spośród polityków miejskich. Nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby wsi zabierać pieniądze, co więcej, uważałem, że przekleństwem wsi jest właśnie ich brak. Dowodem na to, że zawsze stałem po stronie polskich rolników, są działania mojego rządu. Wieś to doceniła. Dostałem na wsi dużo większe poparcie niż mój konkurent.
Jakie inne błędy popełniliście w kampanii?
Błędów się nie popełnia, jak się nic nie robi. Nie będę ich opisywał w mediach. Mam oczywiście swoje zdanie w tej sprawie, ale zachowam je dla mnie i dla moich współpracowników. Ale w tej kampanii było też dużo dobrego. Udało się uzyskać wynik lepszy niż Donald Tusk w 2005 r. To nie jest mało.
Te niemal 8 mln głosów to sukces czy porażka?
To dużo, ale mniej, niż mój brat dostał w 2005 r. Jednak biorąc pod uwagę, że w naszych sondażach na początku miałem 27 proc. poparcia, a ostatecznie dostałem 47, można powiedzieć, że kampania była skuteczna.
Z analiz wynika, że miał pan dobry wynik w grupie najmłodszych wyborców.
Ta grupa mniej niż starsze pokolenia ulegała prowadzonej za czasów naszej władzy nieprawdziwej kampanii o rządach Prawa i Sprawiedliwości. Była to kampania dezinformująca, kompletnie oderwana od rzeczywistości. Prawdą było tylko to, że mieliśmy nieestetycznych koalicjantów, ale z tego powodu nic złego się nie stało. Przeciwnie, we wszystkich dziedzinach notowaliśmy sukcesy. Dążyliśmy do realnego podniesienia rangi państwa, a nie do uzyskiwania dobrych ocen w gazetach lub uśmiechów polityków. Mieliśmy złą prasę, ale musieliśmy się rozpychać w Europie i robiliśmy to skutecznie. Rząd Tuska nie ma tu żadnych sukcesów. Przegraliśmy rurociąg bałtycki, przegraliśmy sprawę „Widocznego znaku”.
Pod koniec kampania zmieniła się w festiwal obietnic. „Rz” zliczyła wydatki konieczne na realizację obietnic pana i Bronisława Komorowskiego. Czy kandydaci powinni obiecywać rzeczy, których realizacja kosztowałaby miliardy?
Już jako premier mówiłem, że chcę, by w Polsce odbyła się olimpiada. Może to będzie kosztować, ale to zadanie, wokół którego warto ludzi integrować. Nie ma w Europie dużego kraju poza Ukrainą, która niedawno odzyskała niepodległość, w którym nie odbyła się olimpiada, a były też olimpiady w krajach niewielkich i niebogatych jak Grecja.













