Publicystyka
Nie będzie końca politycznej wojny
Po wyborach Platforma nadal będzie straszyć zdiabolizowanym Prawem i Sprawiedliwością. Establishment III RP zrobi wszystko, aby zdelegitymizować projekt polityczny naruszający jego uprzywilejowaną pozycję – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Przed drugą turą wyborów prezydenckich pojawiły się opinie, że optymalne dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS byłoby nieznacznie je przegrać. Pozwoliłoby to wzmocnić partię przed wyborami parlamentarnymi, które dają realną władzę. PO, która nie mogłaby już posługiwać się alibi „złego" prezydenta, ponosiłaby pełną odpowiedzialność za stan kraju, co stawiałoby ją w niekorzystnym położeniu. Reprezentanci takich poglądów nie brali pod uwagę dynamiki procesów społecznych. Zwycięstwo Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich byłoby symbolicznym odwróceniem trendu, który, wydawałoby się, zdominował polskie życie polityczne po wyborach 2007 roku.
Opozycja nie wyginęła
Przewaga partii Donalda Tuska wspieranej przez dominujące ośrodki opiniotwórcze w kraju wydawała się miażdżąca. Nie naruszyła jej afera hazardowa, która w normalnych warunkach demokratycznych prowadziłaby, jeśli nie do upadku, to do zasadniczego spadku notowań rządu. Nie wpłynęła na nie indolencja rządu, który wprawdzie usiłował maksymalizować swój stan posiadania, podporządkowując sobie kolejne instytucje państwa, ale nie wykorzystywał swojej władzy do jakichkolwiek działań na rzecz jego poprawy.
Premier i jego otoczenie uprawiali postpolitykę, czyli marketing polityczny, nieustający popkulturowy spektakl, który odbierał polityce jakąkolwiek powagę. W stosunkach międzynarodowych najważniejsze okazywały się gesty akceptacji ze strony przywódców innych krajów i można było sądzić, że nasze interesy sprowadzają się wyłącznie do ich pozyskiwania. W polityce wewnętrznej najważniejsza okazywała się walka z PiS-owską opozycją, która miała zostać zredukowana do nic nieznaczącego skansenu albo wręcz „dorżnięta".
Ten stan rzeczy możliwy był wyłącznie dzięki poparciu rządu przez ośrodki opiniotwórcze i dominującą część mediów. Zajmowały się one polowaniem na opozycję, rezygnując z funkcji kontrolnych, jakie powinny spełniać w stosunku do władzy. W serwisach dominowały informacje o kolejnej „niewłaściwej" wypowiedzi któregoś z polityków opozycji, przy pomijaniu milczeniem kontraktu gazowego, który uzależnia nas od Rosji na 27 lat. PO stała się wyrazicielem interesów establishmentu III RP, a jej polityczne panowanie wydawało się niezagrożone.
Wstrząsem okazała się katastrofa smoleńska. Wprawdzie PO w sojuszu z dominującymi ośrodkami opiniotwórczymi w Polsce potrafiła uczynić z niej polityczne tabu, co spowodowało, że sprawa, która w normalnej demokracji musiałaby się stać głównym tematem wyborczym, w ostatniej kampanii prezydenckiej została przemilczana, ale spowodowała głębokie zmiany świadomości społecznej. Wybory prezydenckie, które miały być grą do jednej bramki i triumfem kandydata PO, okazały się politycznym suspensem do ostatniego momentu. Wyrównana walka między kandydatami PiS i PO pokazuje zasadniczą zmianę sytuacji w naszym kraju. Opozycja nie wyginęła jak dinozaury, co wieścił jej premier. Nie dbając o pozory
Odrodzenie się poparcia dla opozycji, które uczyniło z niej alternatywę wobec PO, spowodowało mobilizację zwolenników PO, a raczej przeciwników IV RP, której karykaturalne straszydło wróciło do propagandy partii Tuska i jej medialnych rzeczników. Kandydat PO wystąpił jako przeciwnik Kaczyńskiego i można zaryzykować tezę, że znaczna większość jego wyborców głosowała nie na Komorowskiego – który dodatkowo w kampanii wypadł słabo – ale przeciw Kaczyńskiemu.
Relatywny sukces Komorowskiego oznacza, że zaszczepiony Polakom lęk przed IV RP, czyli głęboką reformą państwa i traktowaniem serio polityki, ciągle potrafi być czynnikiem mobilizującym. Wykorzystując swoje środki, establishment potrafi przekonywać Polaków, że jego interes jest ich interesem, tak jak potrafił wmówić, że ograniczenie jego przywilejów jest budowaniem autorytarnego państwa. Jednocześnie w liczbach bezwzględnych poparcie dla Kaczyńskiego rośnie. Teoretycznie więc biorąc, zużywanie się rządu, czyli rosnące niezadowolenie z władzy, powinno przynieść znaczący sukces i przejęcie rządów przez partię Kaczyńskiego za rok.















