Recenzje filmowe
Artysta z domu złego
- „Róża” rozkwitła w stolicy
- Inna twarz kina
- Nie wyrzucajcie Smarzowskiego do Hollywood
- Konkurs: Graj i wygrywaj!
- Miłość i polityka
- Legenda wciąż intryguje
- Orły 2012: Najwięcej nominacji dla filmów Holland, Smarzowskiego i Komasy
- Graj i wygrywaj! (10.02.2012)
- Orły polskiego kina
- Wielki triumf "Róży"
- Ciałem też się gra
- Wiosenne transfery aktorów
- Sukces reżysera, rozczarowanie aktorstwem Dorocińskiego
Wojciech Smarzowski mówi bez znieczulenia o tożsamości Polaków. Jego „Róża" od piątku na ekranach – pisze Barbara Hollender
Wojciech Smarzowski mówi, że zrobił film o miłości. Bo „Róża" jest opowieścią o trudnym, nieśmiało rodzącym się uczuciu dwojga wypalonych ludzi. Mazury, rok 1946. Tadeusz, powstaniec warszawski, ma pod powiekami obraz bestialsko zamordowanej przez Niemców żony i umierającego miasta. Mazurka Róża – wdowa po żołnierzu Wehrmachtu, gwałcona przez hordy Rosjan, przeszła przez piekło. Kobiecość kojarzy jej się tylko z upokorzeniem. Dla tych dwóch ludzkich wraków miłość jest szansą, by wbrew losowi uwierzyć w życie, na zgliszczach zachować godność. Zobacz fotosy z filmu
W tle tej dramatycznej opowieści jest skrawek ziemi, naznaczony cierpieniem jego mieszkańców.
– Ty nie jesteś stąd? – pyta stary pastor Tadeusza, który trafia na Mazury, bo był świadkiem śmierci męża Róży i w ludzkim odruchu chce oddać kobiecie pamiątki po nim. – Nie, z Polski – odpowiada przybysz. – Polska jest teraz tutaj – mówi spokojnie pastor.
Potem w kościele wysłuchamy jego kazania: – Jesteście Mazurami wrośniętymi w tę ziemię. Bez was będzie ona bezimienna. Przed wiekami wasi dziadowie przybyli tu z ościennych krajów. Również z Polski. Dziś ostatni raz mówię do was po niemiecku.
Pisane cierpieniem
Pastor pójdzie na wiele kompromisów, byle zostać w swojej małej ojczyźnie. Ale na mazurskiej ziemi karty rozdaje historia. Autochtoni zmuszani są do opuszczenia domów i wysiedlani z Polski. Miejsca szukają tu przesiedleńcy ze Wschodu, traktowani jak intruzi zajmujący cudze mienie. Maruderzy z Armii Radzieckiej plądrują i palą wsie, gwałcą kobiety, zabijają mężczyzn. A swoje porządki krwawo i bezwzględnie zaprowadza nowa, ludowa władza.
Wojciech Smarzowski ,reżyser, scenarzysta
Urodził się 18 stycznia 1963 r. w Korczynie. Studiował filmoznawstwo na UJ, w 1990 r. skończył wydział operatorski w PWSFTviT w Łodzi. Autor teledysków i dokumentów, pracował przy serialach, m.in. „Londyńczykach". Każdy jego film – od telewizyjnej „Małżowiny" przez „Wesele" i „Dom zły" aż po „Różę" staje się wydarzeniem.
„Róża", nakręcona według scenariusza Michała Szczerbica, jest filmem wstrząsającym. Mazury tylko w rzadkich chwilach szczęścia bohaterów przypominają Krainę Tysiąca Jezior. To ziemia przesączona krwią i bólem, gdzie mieszały się zawsze wpływy pruskie i polskie. Po wytyczeniu nowych granic Polski w 1945 roku, wyjechało stąd blisko 100 tysięcy rdzennych Mazurów. Tragedia ludzi żegnających się ze wszystkim, co było dla nich ważne – jest w filmie. – Ziemię żryjcie, tu nic nie jest wasze – krzyczy do mieszkańców wsi „utrwalacz" z biało-czerwoną opaską. – Mój mąż miał rację. Tylko Niemcy byli dla nas dobrzy – powie zdesperowana Róża. Po polsku. Reżyser pokazuje też okrucieństwo czasu, który nadchodzi: Tadeusz, inteligent, były AK-owiec, staje się wrogiem klasowym.
Smarzowski nie uznaje środków znieczulających. Nie było jeszcze w polskim kinie tak realistycznie sfilmowanych wojennych gwałtów na kobietach czy butnego chamstwa przedstawicieli władzy ludowej, a sceny esbeckich tortur bestialstwem przewyższają nawet drastyczne obrazy z „Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego. Nikt dotąd tak boleśnie nie pokazywał fundamentów, na których zbudowany został PRL.
Z Polską w tle
Wojciech Smarzowski jest dziś jednym z najciekawszych polskich reżyserów. Mówi: „Trzeba wiedzieć, po co wyciąga się kamerę z robura" i konsekwentnie zadaje pytania: skąd przyszliśmy, jacy jesteśmy.
W „Weselu" zmierzył się z mitem Wyspiańskiego. Rejestrując współczesne polskie wesele sportretował mentalność, jaką wnieśliśmy w nowy czas z komunizmu: bezinteresowną zawiść, skłonność do korupcji, wiarę w moc „układów", chciwość spotęgowaną jeszcze przez kapitalizm. W wybitnym „Domu złym" cofnął się do lat 1978 – 1982. Przyjrzał się PRL-owi położonemu z dala od Krakowskiego Przedmieścia. Pokazał moralne błoto: wódkę lejąca się strumieniami, skorumpowaną władzę, przekręty, donosicielstwo, szantaż. Niegodziwości, które zagnieździły się w polskiej duszy.















