Rozmowa "Rz"
Nonszalancja, ułańska fantazja i ciągły PR
Lotnisko w Smoleńsku nie powinno być otwarte. To było wprost zaproszenie do tragedii. A za to odpowiada Federacja Rosyjska – mówi Jerzy Polaczek, były minister transportu, lider Polski Plus
Rz: Podobno prowadzi pan prywatne śledztwo w sprawie katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem...
Jerzy Polaczek: To dużo powiedziane – na tyle, na ile pozwala mi moje zaangażowanie w Sejmie. Rozmawiam m.in. z pilotami, ekspertami ds. lotnictwa. Pomagają mi kontakty z czasów, kiedy byłem ministrem transportu. Podlegało mi wtedy m.in. lotnictwo cywilne.
Co mówią panu fachowcy, gdy pyta pan ich o ostatni lot Tu-154?
Kipią ze złości! Ich zdaniem katastrofa to wynik nonszalancji i bezwładu najważniejszych rządowych służb w państwie odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
Zacznijmy od początku.
Początku trzeba szukać w złej sytuacji panującej w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego odpowiedzialnym za przewożenie najważniejszych osób w państwie.
Co to znaczy zła sytuacja? Jakieś przykłady?
Pierwszy: program szkolenia w lotnictwie transportowym na jaka-40 i Tu-154 pochodzi z 1973 roku z pewnymi modyfikacjami. Drugi: załoga, która poleciała z prezydentem, według wszelkich danych nie trenowała nigdy wspólnie na symulatorze lotów.
Po co miała trenować na symulatorze? Przelatali ze sobą w realu wiele godzin i byli zgrani.
To nie tak. Każdy pilot 36. pułku powinien przynajmniej dwa razy w roku szkolić się na symulatorze. Symulatory są w Moskwie i tam się nie ćwiczy standardowych lotów, tylko sytuacje zagrożenia: awarię podwozia, pożar w kabinie, nagły zanik widoczności itp. Problem polega na tym, że załoga, która poleciała do Smoleńska z prezydentem, nigdy nie ćwiczyła na symulatorze w takim składzie. Powtarzam, ani razu. Sądzę również, że nie byli dobrze zgrani.
Jak to?
Z całym szacunkiem dla wiedzy, kompetencji i nabytych uprawnień 32-letniego nawigatora – on miał ledwie 59 godzin wylatanych na samolocie Tu-154 i to większość w czasie lotów na Dominikanę i z powrotem. Narzuca się pytanie: dlaczego dowództwo 36. SPLT posłało na tak trudne lotnisko tak młodego nawigatora? Może powinien polecieć dwa dni później z Donaldem Tuskiem na szczyt nuklearny do Waszyngtonu? Waszyngton to na światowym poziomie wyposażone lotnisko, podczas takich zadań młody oficer powinien nabierać doświadczenia. Kto miał lecieć do Waszyngtonu? Jeszcze mniej doświadczona załoga? Powiem tylko, że CRM (Crew Resource Management), czyli czynnik zgrania załogi, to jeden z ważniejszych w lotnictwie.
Na lotnisku w Smoleńsku określa się pogodę na podstawie kontaktu wzrokowego, to znaczy: wychodzi człowiek z wieży i patrzy, w jakiej odległości widać punkty orientacyjne, i podaje dane
Dlaczego dowódcy 36. pułku wysłali – jak pan mówi – niezgraną dobrze załogę?
Zaraz po katastrofie zadałem sobie pytanie: dlaczego samolotem z głową państwa i pełnym dowództwem Sił Zbrojnych nie dowodził dowódca 36. pułku bądź jego zastępca? Do sierpnia 2008 roku standardem było, gdy leciała głowa państwa lub premier, że ktoś z dowództwa pułku był za sterami lub przynajmniej w kokpicie.
Dziś już pan wie dlaczego.
Tak. Powołany w 2008 roku dowódca ani jego zastępca nie mają uprawnień do latania na samolotach Tu-154. Mają uprawnienia na jaka-40.
Minister obrony Bogdan Klich już to tłumaczył: nie ma przepisu, który mówi, że dowódca musi umieć latać każdym samolotem.
Formalnie takiego wymogu nie ma. Jednak zauważmy specyfikę 36. pułku, który jest odpowiedzialny za wożenie najważniejszych osób w państwie. Tu-154 to podstawowy samolot prezydenta i premiera w Polsce. Nie jest łatwo zostać dowódcą tego typu statku powietrznego. Najpierw trzeba mieć papiery kapitana mniejszego jaka-40, potem trzeba praktykować jako nawigator, a następnie jako drugi pilot w tutce, dopiero potem można samodzielne zasiąść za sterami dużego, bardzo trudnego Tu-154. Oznacza to, że dowódcy 36. pułku od sierpnia 2008 roku mają mniejsze uprawnienia niż ich podwładni. Od 1989 roku w tej jednostce nie było podobnej sytuacji.













