Polityka
Czas kończyć lustrację
Rozgorzała dziwna dyskusja o testamentach ofiar katastrofy - mówi marszałek Senatu Bogdan Borusewicz
Rz: Czy Bronisław Komorowski dobrze pełni obowiązki głowy państwa?
Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu: Bardzo dobrze. Natychmiast po śmierci Lecha Kaczyńskiego przejął obowiązki i dokonał właściwego wyboru, mianując Jacka Michałowskiego p.o. szefa Kancelarii Prezydenta.
Był krytykowany za pośpiech.
Słyszałem oczywiście te głosy krytyki, ale moim zdaniem marszałek w ten sposób pokazał, że polskie władze panują nad sytuacją. I nie tylko mówią, ale też podejmują decyzje. Myślę, że to uspokoiło tych ludzi, którzy byli w szoku i nawet zadawali pytania, co teraz będzie z Polską.
Czy był pan zaskoczony tłumami, które przychodziły przed Pałac Prezydencki i demonstrowały żałobę?
Ludzie chcieli uczcić głowę państwa, parlamentarzystów, generałów. W tej katastrofie zginęło wielu moich przyjaciół. Z Lechem Kaczyńskim od dwóch lat mieliśmy ochłodzone stosunki, ale przecież przyjaźniliśmy się, byliśmy po imieniu, tak samo jak z jego żoną. Maria Kaczyńska na trzy dni przed śmiercią była na koncercie zorganizowanym w Senacie z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Bo parcie senatorów na wyjazd było tak wielkie, iż postanowiłem coś zrobić, żeby ich tu przytrzymać. Zginął Janusz Krupski, który był moim najbliższym przyjacielem od lat 70., gdy poznaliśmy się na KUL i zaczęliśmy od razu wymyślać, co zrobić, żeby obalić system komunistyczny. Człowiek niesamowicie skromny, jeden z kilkudziesięciu twórców naszej niepodległości. Przyjaźniłem się także z Arkadiuszem Rybickim. A pozostałych znałem dobrze albo bardzo dobrze.
Prosto z żałoby weszliśmy w kampanię prezydencką. Jaka ona będzie?
Miałem obawy, że będzie ostra, co by nas kompromitowało. Bo cały świat nas podziwiał i szanował za tę jedność. Jeżeli teraz pokażemy piekielną kłótnię, to wszystko stracimy. Na szczęście nie zmierzamy w tym kierunku. Oprócz filmu „Solidarni 2010”, pokazanego w publicznej telewizji, o którym można powiedzieć, że był seansem nienawiści, nic się nie zdarzyło. Chyba następuje wyciszanie emocji.
Jak pan ocenia decyzję Jarosława Kaczyńskiego o kandydowaniu?
Jego osoba co prawda kojarzy się z ostrymi starciami, co może budzić obawy o temperaturę kampanii. Ale myślę, że po takiej tragedii konfrontacja wyborcza będzie stonowana. Świadczy o tym fakt, że Joanna Kluzik-Rostkowska została szefem sztabu wyborczego.
Nie będzie ostrych spotów?
Z całą pewnością nie. Znam Kluzik-Rostkowską. Nie będzie malowanym szefem, który pozwoli hasać różnym spin doktorom.
A czy popiera pan decyzję Komorowskiego o podpisaniu kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o IPN?
Miał pełne prawo do podpisania tej ustawy. Tym bardziej że za nią głosował.
Lech Kaczyński chciał odesłać tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Czy marszałek powinien brać to pod uwagę?
Nie podoba mi się takie stawianie sprawy. Ostatnio rozgorzała dziwna dyskusja o testamentach osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem. Mówi się o testamencie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który chciał odesłać tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Ale jest też inny testament, Arkadiusza Rybickiego, który był autorem tej ustawy i osobiście przekonywał mnie do rozwiązań przyjętych przez Sejm. Słyszałem też o testamencie Izabeli Jarugi-Nowackiej, która walczyła o równouprawnienie płci w polityce. Naprawdę przestańmy polemizować za pomocą testamentów.
Uważa pan, że to jest rodzaj szantażu moralnego?
Nie chcę tego rozpatrywać w takich kategoriach.
Rybicki pana nie przekonał. Głosował pan przeciwko tej ustawie. Dlaczego?
Bo jestem przeciwny uszczuplaniu kompetencji parlamentu i przekazywaniu ich gremiom, które nie są do tego powołane. Do tej pory wybór prezesa IPN leżał przede wszystkim w gestii Sejmu i Senatu. Teraz środowiska naukowe będą wybierały Radę IPN, a ona – prezesa. A to oznacza, że parlament traci wpływ na obsadę tego stanowiska, a na dodatek w Radzie IPN zapewne będą zasiadali sami naukowcy, co moim zdaniem wcale nie jest dobre.















