Publicystyka
Komorowski: siła dumy i spokoju
Opinia publiczna widzi w Lechu Kaczyńskim przywiązanego do tradycji patriotę. Ale obok osobistej uczciwości jest to jedyna pozytywna cecha przypisywana obecnemu prezydentowi – pisze socjolog
Prawybory w Platformie nie tylko wyłoniły kandydata tej partii w nadchodzących wyborach prezydenckich, ale także skutecznie wypromowały go na lidera sondaży. Obecnie, według badań CBOS, Bronisław Komorowski cieszy się większym zaufaniem Polaków niż dotychczasowi liderzy – Tusk i Sikorski, nie mówiąc o urzędującym prezydencie, który budzi więcej nieufności niż społecznego zaufania. Przekłada się to na wyniki obecnych sondaży prezydenckich, w których Komorowski wyraźnie wygrywa z Kaczyńskim zarówno w pierwszej, jak i drugiej turze. Czy znaczy to, że kandydat PO ma prezydenturę w kieszeni, a Lech Kaczyński jest bez szans?
W chwili obecnej trudno sobie wyobrazić zwycięstwo i ponowny wybór Lecha Kaczyńskiego. Jednak część komentatorów wskazuje, że wybory prezydenckie są dopiero za kilka miesięcy i wiele może się jeszcze zdarzyć, dlatego Lech Kaczyński nie powinien rezygnować z walki o prezydenturę, zwycięstwo marszałka Sejmu nie jest ani pewne, ani oczywiste, a Lech Kaczyński wcześniej udowodnił, że potrafi zwyciężać wbrew niekorzystnym dla siebie sondażom, tak jak to było w 2005 r.
Doświadczenie 2005 roku
Jednak analogia z wyborami w 2005 r. wydaje się bardziej oparta na mitach produkowanych przez zwolenników obecnego prezydenta niż na empirycznej analizie przebiegu tamtej kampanii. W 2005 r. to Tusk, a nie Kaczyński, startował ze słabszej pozycji w sondażach. W kwietniu 2005 r. Tusk był dopiero na szóstym miejscu w rankingach prezydenckich, z poparciem poniżej 10 procent, ponaddwukrotnie mniejszym niż poparcie dla Lecha Kaczyńskiego.
Wyraźna przewaga Kaczyńskiego utrzymywała się aż do sierpnia. Jeszcze w lipcu 2005 r. tylko 3 proc. ankietowanych przez CBOS przewidywało, że wybory prezydenckie wygra Donald Tusk, podczas gdy 35 proc. sądziło, że zwycięzcą będzie Włodzimierz Cimoszewicz, a 16 proc. – że Lech Kaczyński. Jednak już w sierpniu Tusk nadrobił dystans dzielący go od Cimoszewicza i Kaczyńskiego (wszyscy trzej kandydaci mieli wówczas po około 20 procent poparcia). Miesiąc później – po rezygnacji Religi i Cimoszewicza – Tusk podwoił poparcie i wyszedł na prowadzenie.
W sondażach opublikowanych bezpośrednio przed pierwsza turą w październiku 2005 r. Tusk miał ok. 40 proc. poparcia, a Lech Kaczyński 33 – 35 proc. Jak wiemy, pierwszą turę wygrał Tusk z poparciem 36 proc., a za nim Kaczyński (33 proc.), Lepper (15 proc.) i Marek Borowski (10 proc.). Sondaże przeszacowały wówczas poparcie dla Tuska i Kaczyńskiego, a nie doszacowały dla Leppera i Borowskiego.
Także przebieg drugiej tury nie daje podstaw do rozbudzania wielkich nadziei na temat obecnych szans Lecha Kaczyńskiego w starciu z Bronisławem Komorowskim. Niewielką przewagę Tuska nad Kaczyńskim zniwelowały wówczas głosy zwolenników Andrzeja Leppera, którzy w przedwyborczych sondażach wskazywali Lecha Kaczyńskiego jako swojego drugiego kandydata. Los Tuska przypieczętował wówczas sam Lepper, który – w dniu, kiedy głosami PiS został wybrany na wicemarszałka Sejmu – wezwał swoich zwolenników do poparcia Lecha Kaczyńskiego.
Drugim powodem, dla którego Tusk nie utrzymał prowadzenia z pierwszej tury, była sprawa "dziadka z Wehrmachtu". Wprawdzie pierwsze wypowiedzi Jacka Kurskiego w tej kwestii spotkały się z dość powszechnym oburzeniem, ale ujawnienie po kilku dniach, że dziadek szefa PO był faktycznie w Wehrmachcie, dezorientacja i przeprosiny samego Tuska za to, że wcześniej tym faktom zaprzeczył, wywarły negatywne wrażenie na opinii publicznej. Mogły tego nie wychwycić ostatnie sondaże przedwyborcze realizowane w dniach, kiedy do opinii publicznej dochodziły coraz to nowe i sprzeczne informacje w tej sprawie, ale niemal na pewno sprawa ta zaważyła na ostatecznym wyniku wyborów prezydenckich.
Zmiana wizerunku
Kluczowa różnica pomiędzy kampaniami 2010 i 2005 wynika z radykalnej zmiany społecznego wizerunku Lecha Kaczyńskiego. Od czasu powołania go przez Jerzego Buzka na stanowisko ministra sprawiedliwości w czerwcu 2000 r.















