Muzyka
Gwiazdy soulu uczą się w kościele
Z Angie Stone rozmawia Paulina Wilk
Zaczęła pani śpiewać jako dziecko w kościelnym chórze. Tata tam panią zapisał?
Angie Stone: O nie, ojciec był członkiem kwartetu wokalnego i zabierał mnie na koncerty gwiazd gospel, do kościoła chodziliśmy regularnie całą rodziną. Nikt mnie nie popychał do śpiewania, to było moje pragnienie. Jako 11-latka samodzielnie zdecydowałam, że dołączę do chóru.
Jak przebiega nauka śpiewu w chórze gospel?
Nie ma mowy o regularnym ćwiczeniu, zaczynasz śpiewać i z czasem wszystkie elementy układanki znajdują właściwe miejsce. Rozwijasz się przez doświadczenie, a z wiekiem wrastasz w wokalne rzemiosło. Mnie nie dawano lekcji śpiewu, byłam tylko zachęcana, by robić to dalej. Dorośli w chórze wiedzieli, że mam dar i umiejętności. Wystarczyło, że dawali mi szansę – pozwalali śpiewać solo i stanąć w pierwszym rzędzie.
Wszystkie diwy soulu uczyły się śpiewu w kościele. Dlaczego właśnie to doświadczenie rodziło wspaniałe talenty?
Rodzi nadal – w Ameryce większość dobrze śpiewających dziewczyn wyrosła w kościele. W chórze gospel mają pełną swobodę w okazywaniu miłości do Boga, są wolne – mogą śpiewać bez obawy, że będą oceniane. W kościele nie liczy się, jak wyglądasz ani co masz na sobie. Ważne jest tylko, co czujesz, kiedy śpiewasz.
Czy to, że pierwsze kroki muzyczne stawiała pani w kościele, trwale połączyło muzykę z Bogiem? Czy dziś to także forma modlitwy?
Nie w sensie dosłownym. Mam bardzo osobistą i bliską relację z Bogiem. Nie pozwalam, by inni decydowali, co mam robić z talentem. Tylko Bóg wie, w jakim celu mnie tak wyposażył, a więc śpiewam muzykę, jaka daje mi szczęście i jego zadowala.
Czyli talent to forma błogosławieństwa?
Oczywiście, a to zobowiązuje do odpowiedzialności. Chociażby za ludzi, którzy na mnie patrzą i mnie naśladują. Nie sprowadzę ich na złą drogę, zawsze będę śpiewać o uczuciach, z którymi mogą się utożsamić. Moje piosenki mają dawać oparcie, pociechę.
Z takim podejściem do muzyki musi być pani rozczarowana, obserwując zmiany w soulu i na rynku muzycznym. Coraz częściej chodzi o pieniądze.
Nie mam powodów, aby narzekać ani czuć się rozczarowana. Spędziłam w tym biznesie cudowne trzy dekady, udało mi się wywrzeć wpływ na soul. Jestem jedną z osób, które go bezpowrotnie zmieniły. Kiedy w latach 90. zadebiutował D'Angelo i nastąpiły ponowne narodziny soulu, natychmiast zawiązało się bractwo naśladowców, kopistów. Nie są innowatorami, mielą tylko zapożyczone treści – to mnie nie cieszy, ale też przesadnie nie martwi. Od dawna mamy do czynienia z powrotami w soulu. To, czego słuchamy dziś w radiu, w niewielkim stopniu różni się od wczesnych nagrań Arethy Franklin. Wspaniała dekada lat 60. stanowi niewyczerpane muzyczne archiwum i nie zaszkodzi jej nawet to, że żerują na nim popowe gwiazdki, radio i rynek. Kręgosłupem soulu jest Kościół, a Kościół to ogromna siła.
Ma pani jeszcze jakieś zawodowe marzenia?
Odcisnęłam swoją pieczęć w historii muzyki, miałam wszechstronną karierę. Gdybym musiała jutro zejść ze sceny, czułabym się spełniona.
rozmawiała Paulina Wilk















