Publicystyka
Jak przyszpilić budyń do ściany
Jarosław Kaczyński wciąż mówi Polakom o zagrożeniach, których nie widać gołym okiem. Nie przyjmuje do wiadomości, że epoka wielkiego grillowania nie sprzyja organizowaniu ulicznych protestów – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Krytycy teatralni dobrze znają sytuację, w której dojrzały aktor staje wobec sytuacji, gdy traci wzięcie. Zaniepokojony na siłę szuka nowych sztuczek, aby odzyskać popularność. A im bardziej mu nie idzie, tym bardziej się szarpie. I wtedy zaczyna to dostrzegać publiczność. Jedni reagują ze współczuciem, inni pękają ze śmiechu.
Coś podobnego dzieje się z Prawem i Sprawiedliwością – partią, która od przegranych wyborów w 2007 roku próbuje coraz to nowych zwrotów, aby odzyskać utraconą inicjatywę.
Wymyślane na szczycie partii rozmaite nowe taktyki – aktywizacja młodych, otwarcie na inteligencję czy wysunięcie na czoło kobiet – okazują się wyłącznie medialnymi kreacjami rozpadającymi się w zderzeniu z rzeczywistością.
Potwierdził to niedzielny kongres PiS w Poznaniu. Zjazd, który w innej sytuacji można by nazwać poprawnym, a nawet udanym. Ale nie tym razem – parę miesięcy przed bojem o reelekcję Lecha Kaczyńskiego. W tej sytuacji zjazd, który nie zaskoczył komentatorów czymś nowym i rewelacyjnym, musiał być uznany za porażkę. Problemem nie są już jednak pojedyncze niedociągnięcia, ale zjawisko, które nazwać trzeba załamaniem się polityki medialnej PiS.
Prezes na zawsze
Wyliczmy błędy wizerunkowe, które zauważyłby początkujący student marketingu. Gdy w Platformie toczą się prawybory, podczas zjazdu PiS wybór prezesa następuje nieomal jednomyślnie, a przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu nie staje – nawet pro forma – żaden kontrkandydat.
W sytuacji gdy Prawo i Sprawiedliwość gwałtownie potrzebuje wizerunku partii różnorodnej, o wielu obliczach, dramaturgię kongresu buduje się na wielkim skupionym na sobie przemówieniu lidera. Jakby tego było mało, Kaczyński przedstawia się wyborcom jako lider PiS "do końca świata i jeden dzień dłużej" i deklaruje, że chce "jeszcze raz być premierem".
Do tego dochodzą wygłaszane pół żartem deklaracje prezesa, że "będzie się starał zmieniać". Brzmiące dziwnie znajomo. To ten bawiący chyba tylko samego Kaczyńskiego styl. W ten sposób prezes PiS podczas wywiadu dla "Gazety Wyborczej" deklarował kiedyś z figlarnym uśmieszkiem Monice Olejnik i Agnieszce Kublik, że jest w nim "samo dobro". A potem się dziwił, że wrogowie PiS czynią z jego słów prześmiewczy anykaczorowy bon mot.
Politycy PiS się dziwią, dlaczego wykreowanie szefowej klubu parlamentarnego Grażyny Gęsickiej na gwiazdę kongresu się nie udało. Nikt jednak nie zadaje pytania prezesowi, dlaczego nie mógł oddać Gęsickiej rozpoczynającej zjazd soboty. Prezes mógł przecież zejść na drugi plan i dać się wybrać na kolejną kadencję dopiero w niedzielę.
Nie długo przed kongresem z TVP została usunięta – za wiedzą i zgodą ludzi nominowanych przez PiS – Anita Gargas. Wielu zwolenników i potencjalnych wyborców tej partii było tą sytuacją skonsternowanych, zaniepokojonych medialnym dealem Prawa i Sprawiedliwości z SLD. Jak zjazd partii odpowiedział na te niepokoje?
Oto poseł Adam Hofman zadeklarował, że PiS może w przyszłości zawrzeć już całkiem otwartą koalicję z postkomunistami. Jeśli dywagacje Hofmana były tylko wyskokiem niezgodnym z linią partii, to powinien się do nich odnieść z kongresowej trybuny sam prezes.
Być może jednak słowa Hofmana – pisał o tym Piotr Zaremba w "Polsce" – miały skłonić wyborców SLD do poparcia Lecha Kaczyńskiego w drugiej turze. Jeśli rzeczywiście był to sygnał dany zwolennikom lewicy, to wyjątkowo nieudolnie. Przekazywanie tak znaczących komunikatów za pomocą mało znaczącego posła to makiawelizm w powiatowym stylu. Tym bardziej że w tym samym czasie lider SLD Grzegorz Napieralski demonstracyjnie ogłasza, że jego partia nigdy się nie zhańbi sojuszem z PiS.
Dorzućmy podjętą przez europosła Marka Migalskiego nieudaną próbę zorganizowania spotkania panelowego dziennikarzy poświęconego temu, dlaczego PiS źle wypada w mediach. Próbę, którą za pomocą nierealistycznych oczekiwań storpedował Przemysław Gosiewski.













