Irak
Wybory w cieniu eksplozji
6300 kandydatów walczyło o 325 miejsc w parlamencie, drugim od obalenia Saddama Husajna
To były wybory decydujące dla przyszłości kraju – podkreślali politycy i komentatorzy. Od ich wyniku zależy w znacznej mierze, kiedy wojska amerykańskie opuszczą ten kraj i czy koncerny naftowe zechcą zainwestować tam setki milionów dolarów. Komisje wyborcze zostały zamknięte w niedzielę o 17 czasu lokalnego, ale wyniki będą znane zapewne dopiero po trzech dniach.
Moździerze i rakiety
Sunniccy islamiści robili wszystko, by zakłócić głosowanie. Współpracująca z al Kaidą organizacja Islamskie Państwo Iraku wezwała obywateli do uchylania się od udziału w wyborach i zagroziła atakowaniem tych, którzy się temu nie podporządkują.
W niedzielę co chwila pojawiały się informacje o kolejnych ofiarach. Wybuchy wstrząsały Bagdadem i innymi miastami – eksplodowały rakiety i pociski z moździerzy oraz bomby podłożone przy drogach. Najgroźniejsza okazała się eksplozja, która spowodowała zawalenie się trzypiętrowego budynku mieszkalnego w irackiej stolicy.
Zginęło tam 25 osób. Ratownicy z trudem wyciągali ocalałych spod gruzów. Cztery osoby zginęły w wyniku wybuchu, który miał miejsce w innym domu. Zdaniem polityków irackich nie wpłynęło to jednak zasadniczo na przebieg głosowania. Niezależna Najwyższa Komisja Wyborcza poinformowała, że z powodu zachowania wymogów bezpieczeństwa trzeba było zamknąć jedynie kilka komisji lokalnych, i to na krótko.
Frekwencja była wysoka, choć wieczorem trudno było dokładnie określić, ilu Irakijczyków z 19 milionów uprawnionych poszło do urn.
Według szefa irackiego MSZ Hosziara Zebariego większość ataków polegała na wystrzałach z moździerzy, które miały na celu wystraszenie wyborców. Zebari podkreślił, że islamistom nie udało się przerwać głosowania. Generał Kassin al Musawi, odpowiedzialny za bezpieczeństwo w Bagdadzie, poinformował, że większość rakiet i granatów moździerzowych wystrzelono z dzielnic sunnickich.
– Jesteśmy w stanie wojny. Działamy na polu walki i nasi żołnierze są przygotowani na najgorsze – mówił. W Bagdadzie wprowadzono w niedzielę zakaz poruszania się samochodów. Zniesiono go po czterech godzinach głosowania. Utrzymano natomiast zakaz jazdy autobusów i ciężarówek. W całym kraju porządku pilnowało pół miliona policjantów i żołnierzy. Wojsko amerykańskie tym razem pozostało w swych bazach.
19 na jedno miejsce
O 325 miejsc w parlamencie walczyła rekordowa liczba 6300 kandydatów ze 165 partii, które utworzyły 12 koalicji. O udział w głosowaniu apelowali liczni politycy, a nawet zaprzysięgły wróg Amerykanów – radykalny duchowny szyicki i polityk Muktada as Sadr. Dowodził, że choć wybory „w cieniu okupacji” nie mają społecznej legitymizacji, to jednak pomogą w wyzwoleniu kraju od wojsk amerykańskich.
Premier Nuri al Maliki poszedł do wyborów ze swą koalicją Państwo Prawa, zbudowaną w poprzek podziałów religijnych i narodowościowych, ale opartą głównie na szyitach. W jej skład wchodzi partia Malikiego Zew Islamu, reprezentanci różnych środowisk i przywódcy plemienni – sunnici, szyici, Kurdowie oraz chrześcijanie. Maliki i jego sojusznicy wygrali wybory lokalne w 2009 r.
Najpoważniejszym rywalem premiera był Iracki Sojusz Narodowy, również oparty na szyitach. Skupia Najwyższą Islamską Radę Iraku (szyicką), zwolenników Muktady as Sadra, a także m.in. grupę ekspremiera Ibrahima Dżafariego.
Inne większe partie to Iracki Ruch Narodowy byłego wiceprezydenta Tarika Haszemiego i ekspremiera Ijada Alawiego, koalicja Jedność Iraku oraz sunnicki Iracki Front Zgody. W Kurdystanie o mandaty walczyły Demokratyczna Partia Kurdystanu i Patriotyczna Unia Kurdystanu oraz nowa partia Goran.
Kto przegra, kiedyś może wygrać
Premier Maliki wezwał wszystkie partie do uznania wyników wyborów. – Kto wygra dziś, może przegrać jutro, a kto przegra dziś, jutro może wygrać – przekonywał. Wielu cytowanych przez agencje zwykłych obywateli wyrażało wątpliwości. – Demokracja iracka jest chaotyczna. Wszyscy kłamią – mówił Abdul Radżid al Tamimi, robotnik z Nadżafu. – Żaden z kandydatów nie zasługuje na wybór. Są albo niekompetentni. albo nieuczciwi – twierdził Umm Salman z Mosulu, dodając, że urzędnicy wrzucają głosy za tych, którzy nie przyszli na wybory.














